Dopłaty rolnicze z UE kryją poważny problem cywilizacyjno-kulturowy


Ochrona wozów drabiniastych

Janusz A. Majcherek



Ostatnia faza negocjacji z Unią Europejską oraz obecne spory o system dotacji dla rolników robią wrażenie, jakby chłopi byli najważniejszą grupą społeczną w Polsce, a ich przyszłość – racją stanu 
III RP. Poprawa ich sytuacji materialnej nie musi jednak zapewnić ochrony tradycyjnej kultury wiejskiej – a to właśnie ona jest naszą sprawą narodową, która mogłaby liczyć w UE nie tylko na wsparcie finansowe.



Wspólna polityka rolna UE (tzw. CAP) jest i absurdalna, i logiczna. Absurd polega na tym, że unijni rolnicy mogliby bez eurocenta dotacji zaspokoić (i to z nadwyżką) potrzeby unijnych konsumentów. Tymczasem Unia swą drobiazgowo regulowaną produkcję rolną silnie dofinansowuje: a pochłania to połowę jej budżetu. Z drugiej strony trudno odmówić tej polityce logiki: dopłaty mają bowiem zapobiec problemom, jakie powstałyby, gdyby przywrócić w rolnictwie zasady wolnego rynku.

Góry masła, morza oliwy
Nowoczesna gospodarka rolna w umiarkowanej strefie klimatycznej jest w stanie wyprodukować wielokrotnie więcej żywności, niż mogłaby skonsumować zamieszkująca ją ludność. Ograniczone możliwości przyswajania kalorii przez człowieka powodują jednak, że popyt na żywność jest stały. Co więcej, wzrost zamożności konsumentów zmniejsza masę i kaloryczność spożywanych pokarmów: w bogatych społeczeństwach coraz mniej ludzi pracuje fizycznie, panuje moda na zdrowe odżywianie i dbałość o figurę.
W latach 70. europejski wolny rynek rolny dostarczał tyle żywności, ile był w stanie wyprodukować. Efektem była nadprodukcja gór masła, mięsa i zboża oraz oceanów mleka, oliwy i wina. Europejczycy nie mogli tego zjeść ani wypić, magazynowanie kosztowało krocie, a ceny przy takiej nadpodaży spadały do poziomu rujnującego wytwórców. Stąd wziął się pomysł limitowania produkcji. Rolnikom wyznaczono maksymalne kwoty ilościowe na każdy produkt. Rekompensatą za limity hamujące rozwój produkcji są dopłaty bezpośrednie. 
Gdy w Europie nadprodukcja żywności sięgała zenitu (i absurdu), w Polsce wprowadzono kartki żywnościowe, a opowieści o górach masła czy mięsa słuchano jak bajki o żelaznym wilku. Wprowadzenie wolnego rynku w 1989 r. także u nas zamieniło niedobór żywności w jej nadmiar, ze wszystkimi tego skutkami. Domaganie się objęcia polskich rolników dopłatami bezpośrednimi jest uzasadnione, ale wspólna polityka rolna nie ma sensu ekonomicznego i czeka na zapowiadane zmiany.

Kultura ludowa przez mieszczuchów chroniona
Obrońcy CAP często powołują się na wartość wiejskiego krajobrazu, tradycyjnych upraw rolnych i towarzyszącego im trybu życia, jako elementów tradycji kulturowej, cennej dla europejskiego i narodowego dziedzictwa. Te pozaekonomiczne argumenty zasługują na uwagę. 
Pojęcie kultury pochodzi z łacińskiego słowa cultura, oznaczającego także uprawę roli, a większość współczesnych Europejczyków i Polaków wywodzi się z chłopstwa. Zwłaszcza w zacofanej cywilizacyjnie, późno i słabo zurbanizowanej Polsce, zjawiska wywodzące się z kultury chłopskiej zdominowały kulturę narodową. Jej wzory i standardy wyznaczyła kultura szlachecka (ziemiańska), czyli też wiejska. Nie powinniśmy więc pochopnie odrzucać kulturowej wartości wsi i tradycji z nią związanej. Czy jednak chłopi i obecni mieszkańcy wsi są w stanie tę kulturę ochronić i wywiązać się z roli depozytariuszy tej części narodowego dziedzictwa? Jest to na tyle wątpliwe, że można traktować to już jako wyzwanie.
Nie bez powodu przecież po ostatniej wojnie zaczęto masowo dewastować nie tylko dworki, ale i wiejskie chałupy oraz wytwory kultury materialnej wsi. Giną kapliczki i wiejskie cmentarze. Drewniane kościoły zastępowane są betonowymi świątyniami z wszędobylskim sidingiem i lastrykiem, mającymi w intencji parafian i proboszczów podnosić ich prestiż. Kultura polskiej wsi, poza nielicznymi wyjątkami (góralszczyzna, Kurpie, Podlasie, Śląsk i Kaszuby) raczej uboga, nie jest już autentyczna i nie posiada wartości porównywalnej z bogatymi tradycjami zasobniejszych regionów europejskich, których dorobek jest w Unii chroniony (nie tylko w ramach CAP). Zainteresowanie kulturą wsi i chęć jej zachowania wykazują raczej mieszczuchy zauroczone wiejskimi chatami, które ratują przed zatraceniem pieczołowicie odnawiając na letnie dacze lub całoroczne siedziby. Tymczasem politycy chłopscy forsują przepisy zakazujące nabywania nieruchomości ziemskich przez osoby spoza środowiska rolniczego.
Obserwując przemiany na wsi łatwo więc przewidzieć, że kulturowym skutkiem ich przyspieszenia będzie wzbogacenie chłopów i likwidacja przez nich resztek dawnej zabudowy dla postawienia w ich miejsce nowych betonowych klocków. Dawne zdobnictwo czy wystrój zastąpi standardowe wyposażenie, gęsto okraszone plastikowymi gadżetami.

Nie agraryzm, lecz rustykalizm
Autentyczna i żywa kultura ludowa nie przetrwa, jeśli zniknie jej gospodarcze i obyczajowe tło. Kobiety wiejskie nie wrócą jednak do darcia pierza i ręcznego tkactwa, a mężczyźni do konnej orki i drabiniastych wozów. Wytwory kultury ludowej trzeba i można ochronić, lecz nie uczynią tego sami chłopi, chętnie pozbywający się „staroci” na rzecz nowoczesnego wyposażenia. Twórców ludowych uważa się w macierzystych środowiskach za odmieńców. Z tej przyczyny odbiorcami sztuki ludowej są zazwyczaj hobbyści-amatorzy z miasta, a świątki czy malowidła na szkle częściej można spotkać w muzeach etnograficznych niż wiejskich domostwach (jedną z największych kolekcji zgromadził w latach 60. i 70. cudzoziemiec – Ludwik Zimmerer). To miastowi pasjonaci rozjeżdżają się po wsiach i organizują Węgajty (teatr na Mazurach) czy Krasnogrudę (pismo związane z ośrodkiem „Pogranicze” w Sejnach), grupy folklorystyczne, ludowe zespoły artystyczne, reaktywują zapomniane formy kultury wiejskiej, zakładają stowarzyszenia dla jej podtrzymania. 
UE, wbrew propagandowym sloganom jej ideologicznych przeciwników, wspiera kultury regionalne. Oryginalne produkty rolne (od sera feta po szampana) mają tam specjalną ochronę, podtrzymującą związaną z ich wytwarzaniem kulturę materialną, obyczaje i style życia. Na razie z polskich specjałów chyba tylko oscypek może liczyć na takie wsparcie, pozwalające utrwalić relikty kultury pasterskiej na Podhalu (rygorystyczne wymogi jakościowe wymuszą utrzymanie tradycyjnych form wytwarzania, bez podróbek).
Czy wzrost zasobności polskiej wsi, jakiego możemy spodziewać się po wstąpieniu do UE, przełoży się na lepszą ochronę polskiego krajobrazu wiejskiego, tradycji chłopskiej i kultury ludowej, co stanowi jeden z celów polityki, nie tylko rolnej, Unii? Doświadczenia są tu niepokojące, bo wieś łacno wyrzeka się kulturowego dziedzictwa pod naporem nowoczesności.
Ideologie agrarystyczne, sugerujące ekonomiczny lub cywilizacyjny prymat rolnictwa i rolników w społeczeństwie, są anachroniczne i nieuchronnie prowadzą do zacofania. Ten błąd popełniali nasi przodkowie, żyjący przeważnie na wsi, upajający się pracą na roli jako podstawą bytu narodowego, lekceważący przemysł, gardzący handlem i pomniejszający rolę mieszczaństwa. Rolnictwo w krajach rozwiniętych ma zaledwie kilkuprocentowy udział w wytwarzanym produkcie krajowym (w Polsce ok. 4 proc.) i niewiele większy udział rolników w społeczeństwie (w Polsce ok. 20 proc., co jest właśnie oznaką zacofania). Choć żyjemy w cywilizacji poprzemysłowej, rustykalny krajobraz i kultura zasługują na ochronę, nie tylko w skansenach. Wzrost zainteresowania kulturą regionalną i ludową, jej adaptacje w kulturze wysokiej i popularnej świadczą o istnieniu takiej potrzeby, a nie tylko konieczności.
Trawestując znane porzekadło: jeśli kultura ludowa ma dla kultury narodowej tak duże znaczenie, jest sprawą zbyt poważną, by pozostawiać ją chłopom i ludowym politykom.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2796), 9 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl