LISTY





Czy „TP” jest pismem katolickim?

Tekst ks. Adama Bonieckiego „Wolność i odpowiedzialność w Kościele” („TP” nr 3/2003) może stać się zaczynem potrzebnej i arcyważnej dyskusji. Chciałbym się odnieść do jednego z zawartych w nim pytań: czy prezentując w katolickim piśmie „inny punkt widzenia, przekonań czy nawet zachowań” zawsze należy się do nich odnosić polemicznie lub apologetycznie? Problem jest istotny dla czasopisma, które niejako ze swej natury winno kreować „nowe”, pokonywać opory bezwładności myślenia i postaw, a przy tym dbać, by to „nowe” nie niszczyło tego, co wartościowe. Podtytuł „TP” – katolickie pismo społeczno-kulturalne zalicza go do czasopism katolickich i wskazuje, że problematyka społeczna jest w nim ważna. Czy biorąc pod uwagę problematykę społeczną „Tygodnik” jest czasopismem katolickim? Wymogiem minimum wydaje się m. in. to, by pamiętało ono o żywej i rozwijającej się katolickiej nauce społecznej, a ważne wydarzenia w kraju i na świecie oceniało w świetle zasad tejże nauki i etyki chrześcijańskiej. Tego ma prawo oczekiwać czytelnik „TP”. Trudno mieć wątpliwości, czy czasopismo katolickie może, bo wręcz powinno zapoznawać czytelnika z innymi nurtami myślenia: rzetelnie, niekoniecznie krytycznie, uwypuklając tkwiące w nich wartości. Sądzę jednak, że musi równocześnie pamiętać o tym, że posiadany przymiotnik do czegoś zobowiązuje.


WŁADYSŁAW KOWALCZYK
(Szczecin)

*

Nasz Czytelnik ma rację zadając pytania, ale kiedy sam udziela na nie odpowiedzi, zaczynają się trudności. Bo co to znaczy, że pismo katolickie ma „pamiętać o katolickiej nauce społecznej”? A także, że ważne wydarzenia winno „oceniać w świetle zasad tejże nauki”? Póki obracamy się w kręgu zasad podstawowych (wartość osoby ludzkiej, prymat człowieczeństwa nad strukturami, sprzeciw wobec relatywizmu etycznego), wszystko jest mniej więcej jasne, chodzi tylko o stopień dydaktyki, jaki w publicystyce chcielibyśmy aplikować czytelnikom. Kiedy jednak przechodzimy do złożonej rzeczywistości społecznej, pytania zdecydowanie przeważają, bo katolicka nauka społeczna jest nauką pryncypiów, a nie praktyki. Żadna więc odpowiedź nie będzie ostatecznie wiążaca, gdy spróbujemy rozstrzygnąć np. zakres opiekuńczości państwa wynikający z zasady pomocniczości, albo proporcje zobowiązań pracodawcy i pracobiorcy w idealnym kodeksie pracy. Co tu na pewno jest zgodne z katolicką nauką społeczną, a co nie? Kto to ma zadekretować? Szukamy, zastanawiamy się, dyskutujemy, toczymy spory. Ciągle nie gubiąc z oczu pryncypiów, czyli osoby ludzkiej. Wydaje się nam, że tak właśnie w „Tygodniku” myślimy i piszemy, i to nie od dzisiaj. Wystarczy tylko przekartkować parę roczników.


JÓZEFA HENNELOWA







Podziwiam, nie wierzę

Z zainteresowaniem przeczytałem reportaż Bogumiła Kurylczyka i Małgorzaty Nocuń „Olga prawdę ci powie”, zawierający relacje pani Jelizawiety Jakowlewny Wołogodskiej („TP” nr 3/2003). W styczniu 1945 r. pracowałem w elektrowni miejskiej w Krakowie, jako uczeń-elektromonter. Miałem wówczas niespełna 17 lat. Od jesieni 1944 r. na terenie elektrowni przebywała stale kilkunastoosobowa grupa żołnierzy niemieckich. Widywałem ich nieraz, np. gdy obierali ziemniaki w szatni obok naszego warsztatu. Nie ukrywali, że mają dosyć wojny i nie wierzą w zwycięstwo Niemiec. Jednemu z naszych majstrów zwierzyli się, iż ich zadaniem jest rozmieszczenie ładunków wybuchowych w elektrowni i gazowni oraz wysadzenie tych obiektów, kiedy będą Kraków opuszczać. Takie same zadania mieli wykonywać na szlaku ich odwrotu aż spod Smoleńska, ale nigdzie tego nie zrobili. Już wkrótce okazało się, że dzięki Bogu zadania nie wykonali też w Krakowie. Uciekli podobno w ostatniej chwili przed wysadzeniem krakowskich mostów – 18 stycznia. Pracownicy elektrowni i gazowni natychmiast rozbroili ładunki wybuchowe. Oglądałem miejsca, gdzie były założone. Mam nadzieję, że żyją jeszcze ludzie, którzy mogliby o tym powiedzieć więcej. Nie słyszałem, żeby zaminowano znaczną część miasta, zwłaszcza najcenniejsze zabytki, ani że te obiekty miały być wysadzone z jednego miejsca – fortu Pasternik, z którym łączył je „śmiercionośny kabel”. Z pewnością nie były do niego przyłączone mosty krakowskie, elektrownia i gazownia. 
Nie chcę umniejszać zasług Olgi, innych wywiadowców i konspiratorów. Wielu z nich zapłaciło życiem za działalność. Mimo sceptycyzmu co do istnienia centrum zniszczenia i legendarnego kabla, jestem pełen uznania dla ludzi, których informacje przyczyniły się do pomyślnego przebiegu operacji militarnej i ocalenia miasta. Dziękuję autorom artykułu za ukazanie barwnej a nieznanej mi postaci Olgi, która mimo ugruntowanych w jej młodości radzieckich poglądów na Polskę i Polaków, jest osobą godną podziwu. Narażała przecież życie w sprawie, która wówczas była także i naszą sprawą.


ANDRZEJ GROCHOLSKI
(Wrocław)






Zbrodniarz czy bohater?

Jestem uczennicą pierwszej klasy liceum – Trinity High School i stałą czytelniczką waszego pisma. Ostatnio zwróciło moją uwagę zdanie w tekście Joachima Trenknera „Ten zbrodniarz Churchill” („TP” nr 2/2003), omawiającego książkę „Pożoga – Niemcy pod bombami 1940-45” Jörga Friedricha: „Trudno nie mieć wrażenia, że jej autor chce zrelatywizować zbrodnie Hitlera i w ten sposób udzielić Niemcom rozgrzeszenia – wobec historii”. Czy autor nie popełnia relatywizacji ŕ rebours? Zwycięzców nie oskarża się o zbrodnie wojenne, ale ludobójstwo trzeba nazywać po imieniu. Posiadanie przez aliantów moralnej słuszności czyni fakt jedynie bardziej potwornym. Jakiś czas temu w Chicago gościł ostatni żyjący członek załogi bombowca „Enola Gay” (tego, który zrzucił bomby na Hiroszimę i Nagasaki), podejmowano go jak narodowego bohatera...


Sonia Kwiecińska
(Elmwood Park, Illinois, USA)






Dzieci i sacrum

Tekst „Msze dziecięce: »Kato-polo«” („TP” nr 2/2003) w przeglądzie prasy opracowanym na podstawie artykułu z miesięcznika „Więź” (nr 12/2002), zainspirował mnie do napisania paru uwag na ten temat. Istotnie zaciera się granica między sacrum a profanum. Pamiętam z okresu międzywojennego i powojennego, z jakim szacunkiem, czcią i pobożnością odnosili się księża i wierni do sacrum. Były, teraz już ich nie ma, Msze św. z wystawieniem Najświętszego Sakramentu w monstrancji. Po pieśniach towarzyszących, wystawieniu i okadzeniu, ksiądz prowadzący Mszę ustawiał monstrancję nad tabernakulum. Odwracał się od ołtarza zawsze w taki sposób, by nie stać plecami do monstrancji. Gdy odchodził do ambony by wygłosić kazanie, na ołtarzu stawiano ozdobny stojak z haftowaną chorągwią. Byłem świadkiem upadku Hostii na podłogę. Ksiądz przerwał komunikowanie, podszedł do ołtarza po białe płótno, którym nakrył Hostię i postawił zapaloną świecę. Po Mszy podniósł ją, a miejsce, na którym leżała, dokładnie oczyścił. Teraz obserwuję, że ksiądz podnosi Hostię z posadzki, wkłada do kielicha i podaje kolejnemu wiernemu.
Kiedyś przechodząc obok kościoła, wstąpiłem na krótkie nawiedzenie Najświętszego Sakramentu. W świątyni było głośno. Na ołtarzu Najświętszy Sakrament w monstrancji, a przed nią ksiądz z mikrofonem w ręce ogłaszał wyniki konkursu. Wrzawa niebywała, dzieci podchodziły do ołtarza po nagrody – żadne nie uklękło. I skąd dzieci mają nabrać szacunku dla sacrum, jeśli ksiądz nie potrafi go okazać? Głos KB – autora przeglądu prasy, jest jak najbardziej na czasie: trzeba zastąpić Msze dla dzieci Mszami rodzinnymi, na których najmłodsi będą w razie niestosownego zachowania pouczani przez rodziców co do zachowania się w Kościele.


CZESŁAW RYMER
(Katowice)






Niezasłużona krytyka

W „Niedzieli” (nr 44/2002) ukazała się krzywdząca recenzja, autorstwa Zofii Agnieszki Kłakówny i Marii Jędrychowskiej, podręcznika do nauczania języka polskiego w klasie VI szkoły podstawowej z serii „To lubię!” Napisałam polemikę. Redakcja pisma, po upływie pięciu tygodni i wysłaniu ponaglającego listu, odmówiła jej opublikowania. Tym samym redakcja katolickiego tygodnika naruszyła prawo autorskie, ponieważ polemiki tego rodzaju należy drukować w ciągu dwóch tygodni, na co powołałam się w liście przewodnim. Sprawa nie dotyczy tylko naruszonych dóbr osobistych autorek podręcznika i rzeczoznawców, którzy jak napisał recenzent – prof. Piotr Jaroszyński z KUL podając m.in. moje nazwisko, dopuścili do użytku szkolnego „podręcznik ociekający krwią, wulgarnością i brudem”. Media katolickie z niepojętych i niewiadomych mi przyczyn kilkakrotnie podejmowały temat, zawsze negatywnie i niesprawiedliwie oceniając te wysoko notowane przez polonistykę szkolną podręczniki. 
Podobno takie oceny powtarzają się w programach Radia Maryja, a na pewno (te dokumenty mam w ręce) jedno z kół Stowarzyszenia Rodzin Katolickich w Poznaniu systematycznie rozsyła do polityków i instytucji oświatowych pisma protestujące przeciw tym podręcznikom oraz „listy otwarte w sprawie manipulowania opinią publiczną”. Tak zatytułowany list-odzew na artykuł autorek broniących się przed atakami drukowanymi w „Niedzieli”, rozesłano do wiadomości 11 osobistości i instytucji, m.in. Konferencji Episkopatu Polski, minister Krystyny Łybackiej, redaktorów pism „Nasz Dziennik” i „Rzeczpospolita”, prezesów stowarzyszeń, senatorów. Rezultaty tej działalności już są. W wielu szkołach nauczycielki korzystające z podręczników „To lubię!” wzywano do zaniepokojonych dyrektorów szkół, wójtów i proboszczów, zachęcając do zmiany podręcznika. Słyszałam tylko o jednej rozumnej reakcji. Proboszcz, którego proszono o poparcie protestu przeciw podręcznikom „To lubię!”, wypożyczył oskarżane książki, przeczytał je i odmówił udziału w akcji protestującej, którą mimo to kontynuowano.
Odrzuconą przez „Niedzielę” polemikę opublikowałam w „Nowej Polszczyźnie” (nr 4/2002) z nadzieją, że trafi do nauczycieli korzystających z serii. Istnieje jednak wiele środowisk zainteresowanych szkołą, przede wszystkim rodzice, którzy mogą nigdy nie dotrzeć do tego pisma. Tymczasem podręczniki „To lubię!” są nowatorskie, mają spore walory wychowawcze, stawiają duże wymagania nauczycielom języka polskiego. Są godne uwagi, także w aspekcie religijnym. 
Przykro, że człowiek wykształcony nie wie albo nie chce wiedzieć, iż nie wolno budować oceny na podstawie kilku wyrwanych z kontekstu cytatów. Tak nie godzi się postępować nawet studentowi. Jeżeli te podręczniki są źle przyjmowane i oceniane, świadczy to albo o świadomych działaniach manipulacyjnych, albo o braku kompetencji czy choćby pogłębionej refleksji. Oceniający dysponują widać tylko taką wiedzą o szkole, w jakiej kiedyś się wykształcili i nie chcą zauważyć, że kultura oraz wzrastające w niej dzieci i młodzi ludzie są już inni. Szkoła musi szukać nowych sposobów rozwijania ich osobowości oraz wprowadzania w obszar kultury wysokiej. Czynią to z niezwykłą inwencją i kulturą pedagogiczną autorki serii podręczników „To lubię!”.


BOŻENA CHRZĄSTOWSKA
(Poznań)






To nie moje słowa

W piśmie „Fakty i Mity” (nr 51/52 z 20 grudnia 2002 r.) ukazał się, zaopatrzony w fotografię, artykuł o mnie, przybierając w wielu fragmentach formę przyjacielskiej rozmowy z autorem tekstu (jego kopię przysłał mi jeden z czytelników). Z pełną odpowiedzialnością informuję, że dziennikarzowi tej gazety – Janowi Szczerkowskiemu (byłemu pracownikowi wrocławskiego dziennika „Słowo Polskie”, gdzie od 1968 r. prowadzę cotygodniową rubrykę językową), który przyszedł do mnie do pracy, ani nie udzieliłem wywiadu, ani nie prowadziłem z nim przyjacielskich (!) pogawędek na tematy poruszone w tym artykule. Nigdy też nie miałem w rękach i nie czytałem pisma „Fakty i Mity”, nie mogłem zatem twierdzić, że jest to gazeta „potrzebna na rynku”. W takich okolicznościach nie ponoszę żadnej odpowiedzialności za słowa przypisane mi w tym materiale.


JAN MIODEK
(Wrocław)






Kto znał prof. Caro?

Przygotowuję rozprawę naukową o Leopoldzie Caro, wybitnym ekonomiście i socjologu okresu międzywojennego, profesorze Politechniki Lwowskiej i Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, prezesie Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego we Lwowie, wiceprezesie Rady Społecznej przy Prymasie Polski w latach 1933-38. Wszystkich, którzy posiadają w domowych archiwach materiały związane z prof. Caro albo zetknęli się z jego osobą, proszę o kontakt. Za wszystkie, nawet najdrobniejsze informacje, będę wdzięczny i zobowiązany.


RYSZARD GAJEWSKI
ul. Rynek 18, 20-111 Lublin
tel./fax: 0-81; 53-222-50






Zmęczeni czy zblazowani?

Z zainteresowaniem rozpocząłem lekturę „Kontrapunktu” o „Pokoleniu ‘89” („TP” nr 50/2002). Wielokrotnie myślałem o momencie mojego życia, w którym Polska odzyskała niepodległość, i moim równoczesnym wejściu w dorosłość. Po przeczytaniu wywiadów z Pawłem Śpiewakiem oraz sześcioma przedstawicielami owego pokolenia, przychylam się do opinii jednego z nich, że należy raczej mówić o poszczególnych środowiskach, niż o jednym pokoleniu. Jako urzędnik średniego szczebla w międzynarodowej korporacji, wychowany w rodzinie nieakceptującej rzeczywistości PRL, chciałbym z tej perspektywy podzielić się moimi uwagami.
Nagrodą losu było dla mnie wejście na rynek pracy w momencie tworzenia się gospodarki rynkowej, co pozwoliło mi zająć dogodniejsze miejsce w jej strukturach. Równocześnie doświadczenie życia w schyłkowych latach PRL-u (choć tego wówczas nie wiedzieliśmy) pozwala cieszyć się z rzeczy, które dla młodszych ode mnie kolegów są zwyczajne, jak: wolność słowa i zrzeszania się, możliwość podróżowania (materialna i paszportowo-wizowa) itp. Zgadzam się, że jest to po części radość „z odzyskanego śmietnika”, ale jakość i wielkość zmian nie uprawnia do malkontenctwa, z którym musiałem się zapoznać, czytając wynurzenia panów Bravo, Mellera, Wójcika oraz po części Gutkowskiego. Ich zmęczenie Polską, zrażenie się do polityki akcentowane niechęcią uczestniczenia w wyborach, trąci niedojrzałością, której nie zauważam w takim natężeniu wśród rówieśników z mojego środowiska. Podejście przepytywanych cechuje z jednej strony zmęczenie, które byłoby zrozumiale w tym wieku, gdyby byli sportowcami, a z drugiej strony widzenie świata oczami zbuntowanego młodzieńca, który oburzony jest hipokryzją świata dorosłych. Świata, którego nie zna, nie rozumie, a wydawany sąd płynie z głębi prawego, choć niezbyt rozumnego serca. Zastanawiający jest brak pomysłu na współczesny patriotyzm. Wspomniany etos pracy, niewątpliwie ważny, to trochę mało – prędzej bym uznał uczciwość wobec państwa w płaceniu podatków czy pomoc słabszym. Dla mnie pierwszym narzucającym się przykładem współczesnego patriotyzmu jest działalność IPN, poznawanie prawdy o ukrywanych i wstydliwych kartach naszej historii. Przekazywanie jej Polakom w sposób nie budzący reakcji obronnej, ale skłaniający do zastanowienia się nad naszą rolą w historii.
Przyznam, że uspokoiłem się nieco dowiedziawszy się, czym zajmują się wymienieni przedstawiciele mojego środowiska, kreowani na jego elitę. Jak rozumiem, robią to dla chleba... Symptomatyczne wydaje się, że jako charakterystyczne zdarzenie po przełomie ‘89 podane jest zachowanie Gołoty. Swoją drogą, jeśli już sport, to dlaczego nie Małysz? Honor ratują Stanisławski i Węcowski oraz Wygnański, którego monolog mimo natarczywej autokreacji był miłą odtrutką po lekturze wywiadu. W wywiadzie najbardziej narzekali na współczesną rzeczywistość ci, którzy są materialnymi beneficjentami przemian. To moralnie naganne, szczególnie wobec osób, które straciły na transformacji, mieszkają z dala od wielkich miast i nie mają przed sobą wspaniałych perspektyw, nawet po wstąpieniu Polski do UE. Przyznam, że w swoich podróżach po Polsce często wstydzę się swego statusu materialnego, mimo że doszedłem do niego uczciwą pracą.

FILIP SIKORSKI
(Warszawa)









LISTY – apele o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2796), 9 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl