Wycieczka w przeszłośćs

Stanisław Lem



Z niesmakiem odbieram głosy francusko-niemieckie, wypowiadające posłuszeństwo Stanom Zjednoczonym. Słychać pokrzykiwania, że stara Europa nie dopuści do tego, aby Ameryka stała się jej hegemonem. Tymczasem ten hegemon dwukrotnie podczas wojen światowych przybieżał starej Europie na pomoc. Pokrzykiwania takie wydają się więc nie całkiem etyczne, a w dodatku nierozsądne. Bush jest zdecydowany uderzyć i uderzy, a gdy przyjdzie do dzielenia tortu z ropy naftowej – Irak jest jej piątym producentem w świecie – Amerykanie postarają się, by Francuzi dostali jak najmniejszy kawałek. Niemców dotyczy to w mniejszym stopniu, bo podłączeni są do ropy Putina. 
Teraz nawet dobry starzec Blix powiedział, że cały informacyjny pasztet, który dostał od ludzi Saddama, jest mało wart, a uczeni iraccy oświadczyli, że pozwolą się indagować jedynie pod okiem władz miejscowych. Trochę tak, jakby podczas okupacji niemieckiej wypytywano więźniów Oświęcimia o samopoczucie pod okiem kapo i SS-manów.
Skupić się dzisiaj jednak chciałem na czym innym. Ostatnio w „Spieglu” zaczęły się pojawiać dłuższe serie ilustrowanych obficie artykułów o straszliwej katastrofie, jaką na Niemcy ściągnęły alianckie bombardowania podczas II wojny. Wylicza się dokładnie straty i pokazuje fotografie zrujnowanych miast, natomiast informację, że całą tę akcję rozpoczęli Niemcy, kiedy zaatakowali Coventry, schowano gdzieś w kącie. Nie jest to w porządku. 
Faktem jest, że władze hitlerowskie prawie w ogóle się nie troszczyły o zbombardowanych, że Hitler ruin nie chciał oglądać, a cała jego klika walczyła o coś zupełnie innego niż dobro narodu niemieckiego; naród był dla Führera tylko narzędziem do osiągnięcia władzy światowej. Stąd wziął się, gdy przyszła klęska, straszliwy ostatni rozkaz Hitlera, by niszczyć wszelkie dobra przemysłu i kultury, który próbował, po części skutecznie, wyhamować Speer.
Jeśli chodzi o mnie, suchym okiem czytałem o katastrofie „Gustloffa”, ucieczce ze Wschodu i tak dalej. Po pierwsze, na pokładzie statku zatopionego przez sowieckiego kapitana łodzi podwodnej nazwiskiem Marinesko znajdowała się dosyć duża liczba wojskowych, więc z punktu widzenia militarnego atak był uprawniony. Po drugie cała ta wielka ucieczka i nadzwyczajne wysiłki, jakie przyłożył dwadzieścia trzy dni istniejący rząd pohitlerowski Dönitza, by – już po kapitulacji Niemiec – przepchać jak największą liczbę ludzi poza linię demarkacyjną na stronę aliantów, spowodowane były panicznym strachem przed strasznymi bolszewikami, którzy zresztą po pierwszej fali brutalnych gwałtów zachowywali się dość spokojnie. Nieprawdą jest bowiem, że Niemcy z Prus Wschodnich, z terenów Reichskomissariat Ukraine czy z Generalgouvernement nic nie wiedzieli o tym, co Niemcy na terenach wschodnich wyczyniali, o masowym mordowaniu wcale nie tylko sowieckich komisarzy politycznych. Widziałem kiedyś koszmarny film przedstawiający podpalanie białoruskich wsi – ale o tym się dziś nie mówi, tylko ubolewa się nad nieszczęsnym narodem niemieckim. 
Awantura pomiędzy Rywinem a Michnikiem albo wiadomość, że Kaczyński, który niedawno został prezydentem Warszawy, zamierza w przyszłości ubiegać się o najwyższy urząd w państwie, nie powinna nas omfalocentrycznie koncentrować na własnych sprawach, jakbyśmy nie mieli żadnych sąsiadów. Rosjanie, jak wiadomo, do składania jakichkolwiek przeproszeń nie są chętni, pojawiło się nawet oświadczenie władz rosyjskich, że wejście 17 września 1939 do Polski było właściwie w porządku. Natomiast w Niemczech mamy do czynienia z jednej strony z linią oficjalną, którą reprezentuje rząd Schroedera, a przedtem Kohla, i która aprobuje status post bellum, z drugiej zaś – z kampanią (nie podejrzewam, by była ona odgórnie sterowana), która ma dokonać Entsorgung der deutschen Geschichte, czyli rodzaju uniewinnienia. Akcenty zostają zmienione i wygląda na to, że na zasiedziałą i ogólnie zacną niemiecką ludność zaczęły nie wiadomo czemu spadać z nieba bomby zapalające oraz kruszące. 
Nie potrafię niestety łez nad tym ronić, bo pamiętam, że najpierw to Niemcy przyszli do Polski, pamiętam też znane powiedzenie Franka o konieczności likwidacji polskich elit. A Niemców znad Odry i Nysy nie wypędzano w ogniu karabinów maszynowych; była to sytuacja typowa dla odwetu. Oczekiwałbym jednego przynajmniej artykułu w prasie takiej jak „Rzeczpospolita” czy „Wyborcza”, który by przypomniał kolejność wydarzeń i proporcje strat. Niemcy po wojnie jakoś jednak odzyskały prężność kulturotwórczą, z nami jest gorzej, bo nasze elity po prostu wykoszono – ale o tym się nie pisze, nie wiem, dlaczego. Zapytałbym: cui prodest? Komu na tym zależy? 
Młoda generacja niemiecka, tak samo zresztą jak polska, nie ma zasadniczo bladego wyobrażenia, kto zaczął tę wojnę i kto ją haniebnie przegrał. Przeciętny młody Niemiec może po lekturze relacji „Spiegla” nabrać przekonania, że Bogu ducha winni Niemcy zostali straszliwie zbombardowani, bo tak się aliantom zachciało. Prawda jest troszeczkę inna. Byli u mnie dziennikarze z „Frankfurter Allgemeine Zeitung”; gdy im o tym mówiłem, tłumaczyli się, że nie są redaktorami „Spiegla”. Oczywiście, że nie są; ale i „Frankfurter Allgemeine” stała się bardziej konserwatywna.
Uważam, że historię naszą najnowszą należy jednak wypunktowywać, a nie zapominać o niej. Potrzebne są też oglądy ogólnoświatowej sytuacji. Brakuje u nas prowadzonych z rozmachem kampanii politycznych, które zajmowałyby się nie tylko walorami Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin, ale i tym, co się dzieje za naszą granicą. Następuje zaburzenie proporcji, a ludzi, którzy mają poczucie odpowiedzialności za los Polski, po prostu brakuje.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2796), 9 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl