„Imieniny” – nowy film Marcina Koszałki


Rozwój pięknego syna

Wojciech Kuczok



Marcin Koszałka jak nikt inny pośród naszych młodych dokumentalistów wyczulony jest na ludzkie fiksacje, jak nikt inny potrafi odnaleźć klucz do wnętrza poharatanej psychiki, przekładając własną empatię na radykalny, autorski język obrazów.


Koszałka wciąż jeszcze większości miłośników krótkiego filmu kojarzy się ze spektakularnym, ale i wielce kontrowersyjnym debiutem „Takiego pięknego syna urodziłam...”, nagrodzonym m.in. Prix Europa w Berlinie przed trzema laty. Pomawiany o ekshibicjonizm przez filistrów, Koszałka jednakże triumfował, zwracając na siebie uwagę krytyki, ale i przejętej obrazem publiczności telewizyjnej. W niespełna półgodzinnym filmie dokonał bez mała podręcznikowej wizualizacji generowania nerwicy przez rodzicielską opresję, codzienną walkę frustracji i zniewag, jakimi się wzajem ranią domownicy; skompromitował zwyrodniały drobnomieszczański model matriarchatu oparty na terrorze pełnego pretensji słowotoku matki i abulicznej bez mała bierności zdegradowanego pana domu. 
Tak dla wrażliwego twórcy, jak i dla dużej części widowni film miał wymiar psychodramy, jednak na jego podstawie trudno było wyrokować o drodze, jaką Koszałka obierze; pozorowana niedbałość formalna debiutu także nie była miarodajną próbką operatorskiego talentu młodego krakowianina. O jego skali przekonał dopiero „Rozwój”: wspólne przedsięwzięcie Koszałki, reżysera Borysa Lankosza i kompozytora Abla Korzeniowskiego. „Rozwój” był filmem nie tyle hermetycznym, co skupionym – na obserwacji zamkniętej przestrzeni zakładu dla obłąkanych, a także na próbie artystycznego odtworzenia tego, co najbardziej niedostępne: wnętrza bezpowrotnie okaleczonego umysłu. Autorzy „Rozwoju” tylko raz skonfrontowali swoich bohaterów z wysłannikami tzw. zdrowego społeczeństwa – we wstrząsającej scenie balu, kiedy to pacjentów odwiedza grupa wolontariuszek, by obtańcować z nimi nadejście Nowego Roku.
„Imieniny” – nowy autorski dokument Koszałki – są już w całości poświęcone takiej konfrontacji: pensjonariusze krakowskiego Domu Opieki Społecznej przygotowują w ramach psychoterapii imieninową szopkę dla dyrektorki. Koszałka jak nikt inny pośród naszych młodych dokumentalistów wyczulony jest na ludzkie fiksacje, jak nikt inny potrafi odnaleźć klucz do wnętrza poharatanej psychiki, umiejętnie przekładając własną empatię na radykalny, autorski język obrazów. Jeśli „Rozwój” wyganiał z sali kinowej mniej odpornych nerwowo widzów, „Imieniny” są znacznie łagodniejsze formalnie, niejako przygotowane z myślą o konsumencie telewizyjnym; chodzi przecież o to, by go zainteresować Innym, a nie przestraszyć. 
Można tedy film odebrać na kilku poziomach: nie znając prowokatorskiej intuicji autora, bliskiej temu, co reprezentował w swoich wczesnych dokumentach Marek Piwowski, „Imieniny” odczytamy z powodzeniem jako rzetelny zapis parateatralnej psychoterapii. Bohaterowie „Imienin” nie postradali przecież zmysłów, a raczej poczucie sensu uczestnictwa w życiu społecznym; to nie jest grupa szaleńców, tu króluje depresja, przepastna melancholia, którą można niwelować przede wszystkim skoordynowaną formą wspólnej aktywności. Oto więc obrotna terapeutka z uporem godnym kaowca przygotowuje swoich podopiecznych do występu, czasem szarżując na granicy śmieszności, jakby czuła, że to ona ma swoje pięć minut przed kamerą. Tym sposobem Koszałka przenosi ciężar groteski we właściwą stronę: z pozoru rutynowe zajęcia terapeutyczne owocują fetą ponad miarę zwykłego jubileuszu, finałowa uroczystość pachnie w odpowiedniej skali legendarną „Defiladą” Fidyka. 
Dyrektorka śledzi imprezę z tronu, przyjmując hołdy pensjonariuszy – i jeśli ich nieporadność wzrusza, to właśnie tzw. „zdrowi” są w „Imieninach” śmieszni. Jakby zdrowie psychiczne było równoznaczne z permanentnym brakiem naturalności, bo tylko chorzy w „Imieninach” są prawdziwi do bólu; nie czują kamery, a i w szopce uczestniczą z zażenowaniem, starając się wymigiwać od zajęć z zadziwiająco trzeźwą przebiegłością. Bo poza szopką jest ich codzienność – tęsknota do świata pozostawionego za oknem, do niedostępnej powszedniości tramwajów, kroków na chodnikach, utraconych krewnych, bo w centrum ich codzienności jest mordercza symetria życia szpitalnego, mierzona papierosami, porcjami leków. 
Koszałka imponuje trafnością demaskacji, konsekwencją inwersji; pochyla się czule nad tym, co odrzucone, znajduje szaleństwo i perwersję w tym, co uznane za normę. I o czymkolwiek by opowiadał, robi to, by tak rzec, z artystycznym nerwem. A to znacznie więcej niż talent. 

„IMIENINY”. Reż. i scen.: Marcin Koszałka, emisja: 9.02.03, TVP I, cykl „Czas na dokument” godz. 21.35.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2796), 9 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl