Spory-polemiki: jak prowadzić dialog z judaizmem


Ponad dyplomacją

Stanisław Krajewski



To dobrze, że ks. Henryk Witczyk podjął polemikę z moim artykułem – w ten sposób coś, co nazwałem „zgrzytem”, staje się podstawą do rozmowy, która wszystkim nam może pomóc w poszukiwaniach właściwego rozumienia dialogu. Muszę jednak stwierdzić, iż artykuł Szanownego Oponenta mnie nie przekonał.


Mam poczucie, że dobrze zrozumiałem odczyt ks. Witczyka. Zresztą podobne odczucia miał zarówno rabin Rosen, jak i kilku obecnych tam katolików, z którymi później rozmawiałem. Żeby nie wikłać się w ustalanie, co dokładnie było wówczas powiedziane, pozwolę sobie odwoływać się tylko do artykułu Księdza Profesora. Główny zarzut wobec mnie brzmi tak: nie zrozumiałem, że chodziło mu nie o nawracanie Żydów, ale o „ich zbawienie”. (Nawiasem mówiąc, uważam, że słowo „Żyd” należy pisać dużą literą w każdym kontekście, niezależnie od wskazań gramatycznych, albowiem rozróżnianie aspektu religijnego od narodowego jest w tym przypadku zbyt niejednoznaczne, jeśli w ogóle możliwe). Zbawienie możliwe „tylko dzięki zmartwychwstaniu Chrystusa”, przy czym tylko sam Bóg „objawia się człowiekowi (oświeca go) i tylko On daje mu spotkać się ze zmartwychwstałym Zbawicielem”. Niektórym będzie to dane – dodaje Polemista – „dopiero w dniu Paruzji”. O co więc może być pretensja – dziwi się, bez wątpienia szczerze.
Nie mam pretensji, gdy teologowie chrześcijańscy mówią, że jest tylko jedna droga zbawienia. Przyznaję, że wolę tych, którzy dopuszczają możliwość dwu równoległych dróg, byłbym jednak nie w porządku, gdybym nie uznawał za właściwych partnerów zarówno jednych, jak i drugich. Rozumiem, że katolicy głoszą „inkluzywizm chrystocentryczny”, staram się zrozumieć jego sens i absolutnie nie mam tego za złe (w czym z pewnością różnię się od wielu Żydów, dla których samo sformułowanie brzmi złowrogo). Jednak nie jest przesądzony sposób interpretacji tej tezy. Można ją rozumieć tak, że jakkolwiek teologia katolicka uznaje, iż zbawienie niewiernych dokonuje się w istocie przez Jezusa, to oni nie muszą tego widzieć ani wiedzieć. Interpretacja ks. Witczyka – i tu jest kamień obrazy – polega natomiast na tym, że „to żyd Paweł ma najradośniejszą nowinę dla swoich współbraci żydów!”. To oznacza przecież propozycję porzucenia judaizmu! Jeśli ma to oznaczać nie stwierdzenie historyczne, mówiące o ewentualnych intencjach św. Pawła, ale propozycję na dzisiaj, a tak właśnie jest to sformułowane, to nie widzę w tym niczego innego niż dążenia do nawracania dzisiejszych Żydów przez dzisiejszy Kościół. A to odczuwam jako agresję.
Ks. Witczyk chce poprzeć swoje podejście, cytując Heschela. Cytat z niego, jak to zresztą mu powiedziałem od razu po wykładzie, wskazuje na zupełnie co innego. Skoro, jak mówi Heschel, „w życiu każdego człowieka są chwile, w których nad horyzontem »tego, co znane« unosi się zasłona”, to znaczy, że wzorcem takiego doświadczenia nie jest wyłącznie doświadczenie Szawła na drodze do Damaszku. Tymczasem to ono jest mi proponowane jako model. Ks. Witczyk mówił w takim właśnie duchu wtedy w Białymstoku. W obecności zaproszonych Żydów, a więc także do nich. Chciałbym zaproponować pewne porównanie. Proszę sobie wyobrazić księdza zaproszonego przez muzułmanów, którzy chcą okazać pozytywne nastawienie do chrześcijaństwa (jest to oczywiście założenie niezbyt realistyczne, ale ma być tylko eksperymentem myślowym). W trakcie spotkania teolog islamski mówi, że Bóg jest miłosierny dla chrześcijan, bo wciąż mogą oni przyjąć posłannictwo największego z proroków, Mahometa; że chociaż jeszcze tego nie dostrzegli, owa najradośniejsza nowina jest wciąż aktualna – wystarczy uwierzyć i wypowiedzieć wyznanie wiary. Czy ów ksiądz nie odczułby tego jako zagrożenia, jako wyrazu postawy konfrontacyjnej?
Wiadomo, że bardzo wielu wyznawców islamu, ale też chrześcijan, uznaje rywalizację religii za naturalną. Jest rzeczą nadzwyczajną, że obecny dialog międzyreligijny jest budowany na innych podstawach. Zagrożeniem dla niego jest brak zrozumienia dla pełnej akceptacji Innego, również w jego tożsamości religijnej. Często jest to zagrożenie nieujawnione, zakryte przez miłe gesty i dyplomatyczną uprzejmość. Zazwyczaj postawa przeciwna tak rozumianemu dialogowi nie jest okazywana wprost w trakcie wspólnych spotkań. W Białymstoku stało się inaczej. W takim przekroczeniu ram dyplomatycznych może być coś cennego. Tu było jednak zaskoczeniem, nie tylko z powodu braku miejsca na dyskusję, ale i dlatego, że zapowiedzianym tematem odczytu było nie, jak twierdzi ks. Witczyk, „miłosierdzie Boże w stosunku do żydów”, lecz „przymierze i miłosierdzie w tradycji chrześcijańskiej”.
Nie chcę tworzyć wrażenia, że tylko chrześcijanie (i wyznawcy islamu) bywają odlegli od dialogicznego szacunku dla partnera. Wielu Żydów uważa chrześcijaństwo za religię, która na jakimś poziomie uznaje bałwochwalstwo. Często, choć nie zawsze, takie podejście jest związane z brakiem znajomości teologii chrześcijańskiej. Nie jestem z tego zadowolony, ale takie są fakty. Nie wyobrażam sobie jednak, by myślący w ten sposób Żydzi akurat na to kładli nacisk w trakcie wspólnych spotkań. Gdyby nawet czynili to w sposób elegancki, wspominając na przykład, że Bóg w swoim miłosierdziu wciąż oczekuje, by chrześcijanie pojęli, że jedność Boga jest absolutna, zareagowałbym równie zdecydowanie jak teraz. Zresztą takie zwracanie się do innych z pouczeniami religijnymi nie jest częścią tradycji żydowskiej, która nie zachowała prozelityzmu i nie dąży do konfrontacji religijnej. Rabin Rosen mówił w Białymstoku o tym, jak tradycja żydowska widzi przymierze i miłosierdzie, a nie stosunek do chrześcijan. Gdyby mówił o tej drugiej kwestii, na pewno wykazałby postawę najgłębiej dialogową.
Jest faktem, że wielu innych rabinów, gdyby już miało o tym mówić, okazałoby brak zrozumienia dla obecnego dialogu. Mimo to mogliby być cennymi uczestnikami wspólnych spotkań, podobnie jak np. biskupi czy teologowie, którzy nie mają przekonania do dialogu ujmowanego w duchu, do którego ciągle się w tej polemice odwołuję, a który można hasłowo opisać przez odniesienie do deklaracji „Święty obowiązek”. Nie uważam, że szerokie uczestnictwo w spotkaniach międzyreligijnych to coś złego, gdyż grzeczne, choć powściągliwe, kontakty dyplomatyczne są też potrzebne. Bez nich byłoby znacznie gorzej. A poza tym, mając je w tle, ci, którym na tym zależy, mogą dążyć do głębszego porozumienia. I w ten sposób w inną, moim zdaniem właściwszą, stronę przekraczać ramy dyplomacji. 

Stanisław Krajewski jest współprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2796), 9 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl