Komentarze

 


Wojciech Pięciak Podzielona Europa

Andrzej Kaczmarczyk Polityka rolna, nie-rolna czy socjalna

Krzysztof Burnetko W telewizji: analitycy zamiast koalicji








 

 




  
Podzielona Europa

Co to jest: Europa? Czy Europa to przywódcy Francji i Niemiec? Im nie 
przyszło nawet do głowy skonsultować swego „nie” dla polityki prezydenta Stanów Zjednoczonych Busha z innymi Europejczykami. Jacques Chirac obwieścił nawet, że „tak wygląda wspólna polityka zagraniczna”, a niemieccy komentatorzy ogłosili, że oto „Europa zaczyna emancypować się od mocarstwa, które ją chroniło, a dziś zachowuje się coraz bardziej arogancko” (tygodnik „Spiegel”).
Europa? Jaka Europa? Jeśli jest coś na rzeczy w słowach sekretarza obrony USA, Donalda Rumsfelda o „starej” i „nowej” Europie, to chyba właśnie to, że wielu Francuzów i Niemców tkwi w „starym” myśleniu, nieadekwatnym do sytuacji, nie zauważając, że Europa powiększa się nie tylko formalnie i jest już czymś więcej niż osią Paryż-Bonn/Berlin. Czy Rumsfeld nie miał racji? Czy jedenaście to nie więcej niż dwa? Czy więc może Europą są raczej przywódcy tych siedmiu (do których dołączyło potem kilka następnych) państw – obecnych i przyszłych członków Unii – nie konsultujący ani z Paryżem i Berlinem, ani z Brukselą swego listu z poparciem dla Busha? Może to brytyjski premier Blair, inicjator „listu jedenastu”, jako pierwszy dostrzegł nowy rozkład punktów ciężkości w poszerzającej się Unii Europejskiej?
Nie, nie ma sensu zastanawiać się, kto jest lepszym czy gorszym Europejczykiem. Wspólnoty europejskie i relacje między Stanami Zjednoczonymi a zachodem Europy przechodziły już po 1945 r. wiele kryzysów i również obecne spory o politykę wobec Iraku – przebiegające, jak widać, nie po mitycznej linii Europa-Ameryka, lecz wewnątrz samej Europy – nie powinny doprowadzić do trwałego kryzysu między sojusznikami. Choć intensywność i różnobarwność tych wewnątrzeuropejsko-transatlantyckich sporów (zapoczątkowana, o czym też warto pamiętać, nie przez Rumsfelda, ale Gerharda Schrödera jeszcze latem ub. r.) może budzić obawy, to wolno sądzić, że w interesie wszystkich (poza Husajnem) będzie teraz wyciszanie emocji. 
A skutki tej awantury? Umacnia ona pozycję Stanów Zjednoczonych: w końcu „list siedmiu i następnych” pokazuje, że Bush ze swą polityką wobec Husajna, potwierdzoną w ub. tygodniu w orędziu do narodu amerykańskiego, nie jest wcale w Europie izolowany. Także taktyk Chirac już rozmiękcza stanowisko. Jeśli ktoś jest w (samo-)izolacji, to Schröder, dla którego wycofanie się z jego fundamentalnego „nie” dla interwencji w Iraku byłoby osobistym blamażem.
Skutek drugi: może zaistniała sytuacja – niezręczna w sumie dla wszystkich (obecnych i przyszłych) krajów UE, które opowiedziały się po którejkolwiek stronie – będzie jednak impulsem do myślenia nad faktycznie wspólną europejską polityką zagraniczną. Że na razie ona nie istnieje, i że także w przyszłości nie może być budowana w opozycji wobec USA, pokazują wydarzenia ostatnich dni. Teraz przynajmniej nikt już nie powie, że to Polska jest koniem trojańskim Amerykanów w Unii...

 Wojciech Pięciak






Polityka rolna, nie-rolna czy socjalna

Polsko-unijne negocjacje w sprawie dopłat dla rolników przypominają waliz-
kę, której nie sposób domknąć, chociaż na wieku usiedli już wszyscy obecni.
Trzeba jasno powiedzieć, że przyczyny problemów leżą po stronie polskiej. Większość rządów, polityków i partii III RP nigdy nie zdecydowała, czy państwo w pierwszej kolejności ma stwarzać warunki do wzrostu gospodarczego, czy też gwarantować pomoc socjalną. Nie inaczej jest tym razem. Unia dotując produkcję określonych upraw i hodowli prowadzi krytykowaną, ale jednak politykę rolną. Natomiast polski pomysł dopłacania do posiadania ziemi to jedynie polityka socjalna w sektorze rolniczym. Jedno jest zaprzeczeniem drugiego.
Premier Leszek Miller usiłuje nas przekonać, że mieszany system dopłat (w części za posiadanie ziemi, w części za produkcję) jest korzystniejszy. Oczywiście ma rację. Dopłaty w systemie uproszczonym są w dłuższej perspektywie mordercze i dla rolnictwa w całości, i dla chwilowych beneficjentów takiej regulacji. Szkoda tylko, że premier odkrył to sześć tygodni po powrocie z Kopenhagi – wtedy dopłaty od hektara odtrąbił jako niebywały sukces. 
Szef rządu sam zapędził się do narożnika i wystawił na zarzut, że nie wie, co wynegocjował i co dla Polski jest korzystne. Nie wiadomo, jak z tej sytuacji wybrnie – prócz własnej partii wspiera go jedynie Platforma Obywatelska i grupka partii bez reprezentacji w parlamencie. Naprzeciwko zaś ma koalicjanta, który straszy wyjściem z rządu. Jedyna korzyść, jaka płynie z tej sytuacji, jest taka, że być może właściciele gospodarstw towarowych (czyli 1/3 polskich rolników, produkujących na rynek, a nie tylko na własne potrzeby) odkryją, iż PSL broniący socjału jak niepodległości, nie tylko nie reprezentuje ich interesów, ale wręcz jest zagrożeniem dla rentowności ich wysiłków.

Andrzej Kaczmarczyk






W telewizji: analitycy zamiast koalicji

W Polsce koalicja rządząca zdominowała telewizję publiczną – zarzut taki 
zawiera raport o wolności mediów w krajach Unii Europejskiej przygotowany przez Komisję Kultury, Edukacji i Nauki Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Jako dowód służy statystyka programów TVP (za okres lipiec – wrzesień 2002 r.). Okazuje się, że przedstawiciele rządu i koalicji rządzącej SLD-UP-PSL pokazywani byli w tym czasie przez 15 godzin i 4 minuty (z czego 9 godzin i 6 minut w tzw. prime time, czyli w porze, w której przez odbiornikami zasiada najwięcej ludzi). Politycy opozycji tymczasem gościli wtedy na antenie jedynie przez 2 godziny i 53 minuty (z czego 2 godziny i 1 minutę w paśmie o największej oglądalności). Autorzy raportu posiłkują się także opinią prezesów Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, którzy również wskazują na faworyzowanie rządu kosztem opozycji w publicznej – nominalnie – telewizji. 
TVP broni się twierdząc, że częstsza obecność reprezentantów koalicji na antenie wynika z dużej aktywności rządu. Jest więc niejako naturalna: media muszą przecież informować o poczynaniach gabinetu. 
Można by do tego dodać, że nierównowaga w pokazywaniu koalicji i opozycji wynika z tego, iż ta ostatnia nie wykazuje się ani zbytnią aktywnością w rzeczowym kontrowaniu rządu, ani pomysłowością w podejmowaniu tematów atrakcyjnych dla publiczności (a więc i dziennikarzy). 
Tyle że problem leży w czym innym: od porównywania czasu na antenie ważniejsze jest podejście dziennikarzy do informowania o poczynaniach rządu. Istotą mediów jest krytycyzm, a więc i dystans wobec polityków – zwłaszcza, siłą rzeczy, sprawujących aktualnie władzę. Zadaniem dziennikarza jest, mówiąc potocznie, szukanie dziury w całym. W tym sensie media powinny być zawsze w opozycji – niezależnie od tego, kto akurat rządzi. 
By wypełnić to zadanie, dziennikarze (nie tylko zresztą telewizji publicznej) musieliby jednak też zmienić swe przyzwyczajenia. Dziś racje stron w najbardziej kontrowersyjnych społecznie sprawach przedstawiają zwykle delegowani przez poszczególne partie działacze. To nawet nie dziwi. Dziwi za to, że ciągle zbyt rzadko o ocenę tez przedstawianych przez polityków prosi się w mediach niezależnych komentatorów. Tymczasem w tak poważanych stacjach publicznych, jak brytyjska BBC czy amerykańska PBS, to właśnie eksperci i analitycy są najbardziej pożądanymi gośćmi. Rozmowy z politykami służą zaś najwyżej do zdobycia materiału do komentarza bądź ujawnienia ich prawdziwej twarzy.
Oczywiście: w Polsce z ekspertami bywa krucho, wielu jest zresztą partyjnie zaangażowanych. Łatwiej też zaprosić do studia polityka, bo ten nie odmówi przecież, skoro może sobie zrobić darmową kampanię. Tyle że widz nic z tego nie ma.

Krzysztof Burnetko


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2796), 9 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl