O nostalgii

MICHAŁ KOMAR

 


Raz po raz natrafiam na książki i artykuły dotyczące nostalgii za komunizmem. Niby że lud tęskni i chciałby raz jeszcze wejść do tego samego ruczaju, my zaś – pisarze i poeci – staramy się zrozumieć i uszanować, bo od tego właśnie, od uszanowania, jesteśmy. Z tej okazji popadłem w sentymentalną zadumę i przypomniałem sobie panią Dusię. 
Żeby pani Dusia dostała szału, wystarczyło wsunąć patyk lub kawałek twardego drutu w ucho skobla na drzwiach kiosku. Wtedy pani Dusia najpierw szarpała za klamkę, potem waliła pięścią w drzwi, na koniec zaś wystawiwszy głowę przez okienko odwoływała się do autorytetu Adolfa Hitlera: 
„Hitlera na was, gnoje! Sk..... – krzyczała. – On by z wami zrobił porządek! Do Treblinki! Do Oświęcimia! Do gazu! Milicja!!!”.
Wedle pani Dusi za Hitlera był prawdziwy ład i porządek, za Stalina zaś jego tandetna imitacja. Za Hitlera pani Dusia była w konspiracji i brała udział w Powstaniu Warszawskim. Tu pragnąłbym przypomnieć tym, którzy zapomnieli (jest ich sporo) i powiadomić tych (młodszych), którzy nie wiedzą, że w przeciwieństwie do licznych Francuzów, Walonów, Flamandów, Norwegów, Ukraińców, Albańczyków, Łotyszów i Estów, Polacy nie utworzyli dywizji Waffen SS i że w przeciwieństwie do Słowacji, Węgier, Rumunii i Chorwacji, których armie walczyły po stronie niemieckiej, Polska była od początku członkiem koalicji antyhitlerowskiej i dlatego pani Dusia została inwalidką wojenną z protezą zamiast nogi i szklanym okiem zamiast prawdziwego. Miała wszakże do Hitlera jakiegoś feblika, do Stalina zresztą też, bo życie jej się słabo ułożyło, a ona zawsze marzyła o silnym mężczyźnie. Maż pani Dusi był pokorny, cichy i chudziutki. Nie miał prawej ręki. W klapie nosił miniaturkę Virtuti Militari. Źle go traktowała. Szydziła, że nieporadny. Inni sobie pozałatwiali, a on, dupek żołędny, niczego! Szurał nogami, pocił się i mamrotał coś pod nosem. Chcąc go pomścić, dręczyliśmy panią Dusię. Kijek albo drut w skobel – i chodu. Chyba tego nie zrozumiał, bo w końcu sprowadził na nas patrol milicji. Albo zrozumiał i właśnie dlatego...
Nie odczuwam nostalgii myśląc o pani Dusi, o jej kiosku, o szkole, o worku z kapciami, o barach mlecznych, w których unosił się smród potu i przypalonego mleka, o uwodzicielskim głosie Wandy Odolskiej, o megafonach z napisem „Radiofonizacja kraju”, o radiowych komunikatach z wojny koreańskiej („...zestrzelono pięć samolotów nieprzyjaciela”), o sarence głaskanej przez prezydenta Bolesława Bieruta, o zaślinionych przemówieniach Władysława Gomułki, o festiwalach w Opolu i Kołobrzegu, o romantyzmie wielkich budów socjalizmu, o Fiacie 126, o Czterech pancernych i psie, o wkładce regeneracyjnej do zupy oraz o piosenkach dobrych do zaśpiewania przy ognisku, jak się już człowiek dobrze nawali. Nie odczuwam nostalgii, bo dobrze pamiętam i doceniam. 
Ekonomiczne i psychospołeczne źródła nostalgii za komunizmem zna każdy, kto choć przez chwilę pomyślał o związkach między wielkimi inwestycjami w przemyśle wydobywczym i ciężkim a wzrostem dochodów pracowniczych w latach 1950–1955 i 1971–1977, czy o nakładach pieniężnych i materiałowych niezbędnych do utworzenia i wyposażenia (także w broń atomową) jednostek wojskowych składających się na Front Polski (pół miliona żołnierza) w ramach Paktu Warszawskiego czy też o procesie akumulacji kapitału przez rolników w latach 1981–1986 w związku z regulacjami (kartki) stanu wojennego (racjonowanie żywności miało zresztą pozytywny wpływ na stan zdrowia społeczeństwa). Nostalgia jest takim sposobem zamazywania pamięci, u którego podstaw leży przeświadczenie, że innej przeszłości nie ma, nie było, bo być nie mogło. 
Zimą 1979 roku odbyłem rozmowę z niewiastą, która zeznawała w procesie strażników SS z Majdanka (zapisałem potem tę rozmowę w książce pt. „Zmęczenie”). Miała osiemnaście lat, kiedy przyszło jej być świadkiem (i zdaje się, że wykonawczynią – na rozkaz niemieckiej strażniczki) wrzucenia żywcem kilkorga dzieci żydowskich do pieca krematoryjnego. Siedzieliśmy w barku hotelowym warszawskiego hotelu Forum. Wkoło zagraniczni turyści, cinkciarze, prostytutki i tajni milicjanci. Jednym słowem: wrzące życie w całej swej krasie i potędze. Pamiętam, że piliśmy wódkę z lepką imitacją soku pomarańczowego. Opowiadała o niedawnej wizycie w Majdanku. Pojechała tam z koleżankami z sanatorium kombatanckiego: „...one były z Oświęcimia i Ravensbrück, ja jedyna stąd, więc instruktor kulturalno-oświatowy, taki z sanatorium, prosił, żeby je oprowadzić, pokazać, co trzeba. Autobus wygodny, miękkie fotele, można się było i przyłożyć, ale dojeżdżamy. No i mówię: – Chodźcie dziewczyny! Najpierw był plac apelowy. Idziemy, Słońce piękne, na niebie ani chmurki, powietrze jak kryształ, nie to co w Warszawie, trawa zielona, równa, widzę, że dbają, a dokoła pusto, nikogo nie ma, puściutko, no i tak jakoś mi się słabo zrobiło, wymioty do gardła się rzuciły, bo wtedy za okupacji, jak było – to wiadomo, ale tu było jakieś życie, a teraz nic... nuda... nic”. 



  




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2796), 9 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl