Votum separatum

Dwa anonse

JÓZEFA HENNELOWA



Jest czwartek 30 stycznia. W lokalnym dodatku „Gazety Wyborczej” programy kin krakowskich. W trzech z nich francuski film, który dopiero co wszedł na polskie ekrany, ale już obudził echa. Ich sens sygnalizuje jeden niecodzienny szczegół: film jest „dozwolony od 21 lat” (nb. przez ewidentne niedbalstwo korekty z lokalnej „GW” wynika, że w jednym z kin krakowskich jest on dostępny od 15 lat). Ta zadziwiająca klauzula ma niby to ostrzegać o niebywałej drastyczności filmu, przekraczającej wszelkie dotychczasowe normy. I o tym mówią pierwsze głosy protestu, nie znajdujące usprawiedliwienia dla takiej propozycji filmowej adresowanej do konsumenta sztuki uważającego się nadal za człowieka normalnego, a nie zboczeńca.
Te głosy pojawiły się już kilka dni temu. A mimo to film na ekrany wszedł. Ilekolwiek czasu na nich się utrzyma, już sam fakt pojawienia się skłania do głębokiego pesymizmu. Ci, którzy o sprowadzeniu filmu do Polski (po serii protestów w innych krajach) zdecydowali, ci, którzy go włączyli do repertuaru swoich kin, nie potrafili, jak się znów okazuje, zareagować wreszcie inaczej – powiedzieć: a tym razem to już się nie zgadzam. Póki jestem normalny, nie zgadzam się. Bo tym razem już nie da się w normalny sposób uzasadnić motywów zaproszenia kogokolwiek do bezinteresownego oglądania owego „dzieła sztuki”. Zamiast tego wybrano żałosną kapitulację – ów ograniczający widzów wiek. Coś, co niczego nie zmienia. Czy ciągle jeszcze nie pora zapytać, kim w takim razie jesteśmy, zgadzając się zawsze i na wszystko?
To jeden z materiałów, które dziś znalazłam w małym lokalnym dodatku prasowym. Drugi jest zupełnie innego rodzaju – to reportaż o fakcie już wcześniej sygnalizowanym, „anons” tylko w sensie sygnału alarmowego, choć to historia pojedyncza. Rodzina z trojgiem dzieci od sześciu lat walczy o mieszkanie socjalne, niezdolna do zarobienia tyle, by wynająć dach nad głową na wolnym rynku. Odkąd uciekli z klitki, gdzie poniewierali się razem z ojcem-
-alkoholikiem, miasto ma dla nich jedną tylko propozycję: matka z dziećmi – do domu samotnej matki, ojciec – do przytuliska dla bezdomnych. Wreszcie niedawno zajęli 37--metrowy zdewastowany pustostan – dwa lata stojący w opuszczeniu po śmierci poprzedniej lokatorki. „Nie wiedział o nim Zarząd Budynków Komunalnych” – pisze dziennikarz. Teraz oczywiście administratorka uruchomiła energię – wyrzuci „dzikich” nieszczęśliwców. Odpowiedni zaś pełnomocnik prezydenta miasta zapowiada superrozwiązanie: „Pracujemy nad zintegrowaną bazą danych o nieruchomościach należących do gminy. Będzie obejmować około 120 tysięcy różnych obiektów. Ma być połączona z ewidencją ludności. Dzięki temu (...) będziemy w sstanie oszacować liczbę mieszkań, które mogą być przeznaczone do ponownego zasiedlenia”. Śmiać się czy płakać?
To już prawie dziesięć lat, jak przestałam być posłem. Pamiętam, że zawsze sprawy mieszkaniowe były najbardziej bolesne. I dosłownie każdy petent, który przychodził w takiej potrzebie na dyżur poselski, zgłaszał pustostany, które zna, albo o których wie na pewno, że są. Zawsze tak samo nieosiągalne, choć stojące latami. Pamiętam również, że „zasoby mieszkaniowe” miasta, m.in. pozostające w gestii prezydenta miasta (były takie „super-przydziały” w super-okazjach) należały do najpilniej strzeżonych przez urzędników tajemnic. Poseł nie miał prawa wścibiać tam nosa. Uzyskanie kiedyś jednorazowo spisu przydzielonych już przez prezydenta lokali – to był szczyt jawności na użytek posła. Kiedy czytam dzisiejszy reportażyk, stwierdzam, że nie zmieniło się nic. Władze obiecują, że dopiero zabiorą się do czegoś, co od dziesięciolecia powinno nie tylko być znane, ale po prostu funkcjonować. A ja pozwalam sobie na razie nie bardzo wierzyć w tę obietnicę.
Tylko że przecież jesteśmy jeszcze my, społeczeństwo. I instytucje poza biurokratyczne, z których tak wiele wypowiada wciąż najpiękniejsze słowa o rodzinie i o dzieciach. W tych instytucjach też istnieją nieruchomości jakoś nadające się, choćby w małym procencie, na dach nad głową dla bezdomnych rodzin z dziećmi. I jest nas dostateczna chyba liczba na to, by wspólnymi siłami przez lat powiedzmy dwa albo trzy składać się na jakiś skromny fundusz czynszowy dla znajdujących się w sytuacji najrozpaczliwszej. Zanim obudzi się miasto, zanim normalny tryb przydzielania „socjału” będzie wreszcie uruchomiony. Żeby tacy jak Mirosław i Joanna mogli być rodziną razem ze swoją trójką dzieci. Naprawdę nic nie da się zrobić w Krakowie, w Polsce, gdzie właśnie ostatnio tyle dobrej energii włożyło się w aneks o wartościach, do których chronienia chcemy w przyszłości przyuczać pogańską Europę?
















 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2796), 9 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl