Na jubileusz Kazimierza Traciewicza


„Powiedzieć prawdę”

Paweł Dudziak



Zawsze wierzył w siłę literatury i traktował ją jako narzędzie mówienia prawdy. Kazimierz Traciewicz to „człowiek misji”.


Urodził się przed 75 laty w Krakowie. Studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, następnie podjął (wyznaczoną „odgórnie”) pracę w kolejnictwie. Był członkiem Związku Literatów Polskich do jego rozwiązania, w okresie stanu wojennego uczestniczył w podziemnym życiu literackim. Dziś należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i do PEN Clubu, którego jest wiceprezesem. Jest też współorganizatorem Komitetu Opieki nad Zabytkami Kultury Żydowskiej i honorowym członkiem Związku Krakowian w Izraelu, 
Debiutował w 1958 r. opowiadaniem w „Tygodniku Powszechnym”. Potem przyszły powieści i zbiory opowiadań: „Agnieszka i inni” (1963), „Za siódmą górą” (1966), „Pociągi jadą w różne strony” (1969), „Korniki” (1971), „Papierowy mur” (1971), „Skruszona potęga” (1977), „Rzeczy codziennego użytku” (1980), „Przez trzy ognie” (1982), „Meandry” (1983), „Jom Kipur” (1992), „Do Reichu” (2001). Jego pisarstwo można podzielić na trzy części – historyczne, świat przedstawiony PRL-u, rachunek sumienia. Interesują go głównie sytuacje niejednoznaczne, w których bohater musi podjąć decyzję wbrew powszechnym sądom, pójść własną drogą, za głosem serca i sumienia. Jest to najczęściej decyzja tragiczna, dramatyczna, ale też podjęta w imię najlepszych intencji, czystości moralnej i głębokiej wiary. Traciewicz nie buntuje się przeciw oczywistości kategorii moralnych, ale przeciwko ich zakłamywaniu. Wrogiem jest tu głupota, okrucieństwo i stereotyp; punktem odniesienia – Bóg.
Kazimierz Traciewicz (nie wiem doprawdy, czy to wypada przy jubileuszu) jest pisarzem niemodnym, nawet staromodnym i bardzo konserwatywnym. Odnosi się to zarówno do jego poglądów (na życie i literaturę), jak i do stylu jego pisania, do formuły powieści, na jaką się bez żadnych wątpliwości zdecydował i jakiej pozostał wierny do dziś (wyjątkiem jest – najlepsza w jego dorobku, eksperymentalna wręcz jak na niego powieść „Jom Kipur”). Chciałbym być dobrze zrozumiany – dla autora „Meandrów” moja opinia nie będzie z pewnością (bo być nie powinna) zarzutem. Być może zapomnieliśmy już trochę, że skoro nie istnieje żaden obowiązujący model pisarski, skoro można wymyślać niemalże wszystko (a przecież tak wiele się znowu nie wymyśla), to można również zdecydować się na tradycjonalizm. Kto wie zresztą, czy Traciewicz pisząc takie książki jak „Do Reichu” nie jest odważniejszy niż ci, którzy usiłują wykorzystywać w swoim pisarstwie nowoczesno-ponowoczesne techniki i pomysły. Proponuję uznać prawo takiej twórczości do istnienia i nie przykładać do niej miar literatury najnowszej.
Nie wiem, czy jak na jubileusz nie zrobiło się zbyt smutno. Wierzę jednak, że raczej poważnie, bo Traciewicz jest pisarzem, który siebie i swoją pracę bardzo poważnie traktuje. Nie jest przypadkiem, że książki pisuje głównie w bibliotekach (nietrudno spotkać go w Bibliotece Jagiellońskiej), gdzie pracuje niczym rasowy historyk dziejów. Przywiązuje ogromną rolę do szczegółu historycznego, stara się nie przegapić żadnego źródła, jak też żadnej relacji swoich licznych przyjaciół, która mogłaby mu pomóc napisać (czemu miałoby to brzmieć banalnie?) prawdę. Wzruszające jest, kiedy nawet w jego książkach dla młodzieży odkrywa się niezwykłą pracę materiałową. Można go uznać za kontynuatora tej tradycji powieści historycznej, która chce stać się przede wszystkim dokumentem epoki, nawet za cenę atrakcyjności. 
Zawsze wierzył w siłę literatury i traktował ją jako narzędzie mówienia prawdy – zarówno w latach 60. i 70., kiedy pojawił się pomysł na przedstawienie „świata nie przedstawionego”, na „zapis niewiarygodnego PRL-u” (jak mawia: „dla pokoleń uchwycić rzeczy absurdalne, dać świadectwo prawdzie”), jak i teraz, kiedy wciąż pracuje nad cyklem odkłamującym „zapieklone historycznie” stereotypy narodowe. Tak więc Kazimierz Traciewicz to „człowiek misji”, co wywołuje niekiedy u krytyków uśmiech pobłażania. Zastanawiam się jednak, czy fakt, że pisarz wierzy w konieczność i możliwość powiedzenia „całej i najprawdziwszej prawdy” musi wywoływać kpinę, czy też może stać się próbą naszej wrażliwości na inny niż do tego przywykliśmy tembr głosu i sposób mówienia? A może próbą moralnego wymiaru literatury? 
Zresztą Kazimierza Traciewicza z pewnością nie zainteresowałby ten wątek, bo jest on praktykiem literackim, który nie rozmyśla wiele nad filozofią literatury, nie wdaje się w teoretyczne spory. Wyznaje zasadę – pisać prosto i jednoznacznie po to, aby ludzie dobrze i wszystko zrozumieli, dowiedzieli się czegoś, nauczyli. I (aż) tyle. Bo dla autora „Korników” literatura nie jest miejscem zwątpienia i sceptycyzmu, ale niezachwianej wiary w to, co napisane. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2796), 9 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl