...a demokracja nadal w kryzysie


Chaos nad urną

Joanna Czernek z Jerozolimy



To najważniejsze wybory w naszej historii – mówili jedni. Inni z gorzką ironią odpowiadali, że każde wybory są tu najważniejsze. 28 stycznia Izraelczycy wrzucali do urn tylko jeden głos – na partię, dwa lata temu głosowali na premiera, a cztery lata temu – i na partię, i na premiera. Nikt nie umie zapanować nad zamętem w izraelskiej demokracji.


Rewolucyjne zmiany w izraelskim systemie politycznym przyniosła reforma z 1992 r., która miała wzmocnić pozycję premiera, podnieść efektywność rządzenia, zmniejszyć liczbę partii w Knesecie i ograniczyć wpływy stronnictw religijnych. Obywatele mieli wybierać premiera w wyborach większościowych, a parlament – jak dotychczas – w oparciu o zasadę proporcjonalności. Podniesiono też próg wyborczy: z 1 proc. do 1,5 proc.
Pierwszym premierem z wyborów bezpośrednich został w 1996 r. Beniamin Netaniahu. Przywódca prawicowego Likudu otrzymał 50,49 proc. głosów, a jego jedyny kontrkandydat Szymon Peres – 49,51 proc. Problem w tym, że wybory do Knesetu wygrała Partia Pracy... z Peresem na czele. Przed reformą prezydent poprosiłby laburzystów o sformowanie rządu, teraz musieli oni przejść do opozycji. O stabilnych rządach nie było mowy: liczba partii w Knesecie wzrosła z 10 do 11 (a biorąc pod uwagę alians wyborczy Likudu z dwoma innymi ugrupowaniami – do 13). Partie religijne nie straciły wcale na znaczeniu (ultraortodoksyjna Szas była trzecią siłą w parlamencie), a nawet weszły do rządu.
Kolejne wybory (przedterminowe) w 1999 r. potwierdziły tylko te groźne tendencje. W kampanii wyborczej dwie duże partie (Likud i laburzyści) koncentrowały się na problemach ogólnych: negocjacjach z Palestyńczykami i polityce zagranicznej, bo ich celem był fotel premiera, a nie pojedyncze mandaty. Tymczasem małe ugrupowania zwracały się do skrupulatnie wyselekcjonowanych społeczności, jak emigranci z b. ZSRR czy ortodoksi, skupiając się na ich codziennych kłopotach. W efekcie Izraelczyk głosował np. tak: na premiera – Ehud Barak z Partii Pracy, do Knesetu – mała partia Merec. Albo: premier – Netaniahu, partia – Szas. W efekcie premierem został Barak, ale liczba partii w Knesecie wzrosła do 15, a Likud i Partia Pracy posiadały w sumie ledwie 45 mandatów. Partie religijne i małe znów się wzmocniły, czego przykładem była Szas: w 1992 r. miała 5 deputowanych, w 1996 r. – 10, a w 1999 r. – aż 17. Reforma z 1992 r. przyniosła skutki odwrotne do zamierzonych.
Do rządu Baraka, wbrew jego przedwyborczym zapowiedziom, weszły Szas i dwie inne partie religijne. Tę absurdalną z ideologicznego punktu widzenia mieszankę uzupełniła radykalnie nacjonalistyczna partia rosyjskich Żydów Israel be-Alija (przeciwna negocjacjom z Palestyńczykami) oraz zaangażowana w proces pokojowy Merec. Taki rząd nie mógł przetrwać długo.
Fiasko negocjacji w Camp David i wizyta lidera izraelskiej prawicy Ariela Szarona na Wzgórzu Świątynnym we wrześniu 2000 r., która stała się pretekstem do wybuchu drugiej intifady nasuwały tylko jedno rozwiązanie – nowe przedterminowe wybory. Barak wykonał błyskotliwy manewr: wymusił przedterminowe wybory, ale tylko na premiera. Jednak i tak zdecydowanie zwyciężył Szaron. 
Przywódca Likudu zaskoczył wszystkich, proponując Partii Pracy współtworzenie rządu. Ale i ta niespójna ideologicznie koalicja nie mogła być trwała. Projekt nowej ustawy budżetowej posłużył Partii Pracy za pretekst do opuszczenia rządu (poszło o dotacje dla osadników). Laburzyści chcieli w ten sposób zaznaczyć swą odrębność programową od byłego koalicyjnego partnera, a jednocześnie głównego konkurenta.
Jeszcze przed rozpoczęciem kampanii w dwóch największych ugrupowaniach odbyły się wewnątrzpartyjne wybory, tzw. primaries; najpierw na liderów partii, a kilka tygodni później na kandydatów na listy wyborcze (w Izraelu głosuje się nie na indywidualnego kandydata, lecz na listę partyjną). Takie rozwiązanie miało zwiększyć aktywność obywateli w życiu politycznym. Zamiast tego osiągnięto drastyczne osłabienie wewnątrzpartyjnej dyscypliny i lojalności. Na znaczeniu zyskali populiści, którzy umieli zwrócić na siebie uwagę, stracili zaś wieloletni aktywiści partyjni, żmudnie pracujący na zapleczu. Czarnego obrazu primaries dopełniły oszustwa i korupcja: począwszy od zapisywania do partii w przeddzień wyborów ludzi nigdy niezwiązanych z ugrupowaniem, po kupowanie miejsc na listach. Rozgoryczeni przegrani atakowali bez pardonu macierzyste stronnictwa, np. na łamach lewicowego dziennika „Haarec” Lior Kacaw, burmistrz miasta Kiryat Malakki i aktywista Likudu, opowiadał o „brudnych trikach” we własnej partii. Izraelczycy zastanawiali się, co jest gorsze: że Kacaw opowiadał opozycyjnej gazecie o korupcji wśród partyjnych kolegów, czy to, o czym opowiadał? 
Wraz ze zmianami izraelskiego prawa wyborczego powoli zanikają stabilne zachowania elektoratu. Reformy, które miały wzmocnić demokrację, zachwiały nią. Ostatnie wybory potwierdzają tę diagnozę. A wiadomo, że wewnętrznie słaby Izrael nigdy nie zdobędzie się na rozwiązanie problemu palestyńskiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 6 (2796), 9 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl