Abp Edmund Piszcz
metropolita warmiński
Jako pasterz Archidiecezji Warmińskiej, w której żyje prawie 30 proc. bezrobotnych, nie mam zbyt optymistycznych prognoz związanych z wejściem do Unii. Ludzie chcą pracować, a na ziemi, gdzie przez lata przeważały
PGR-y, pracy nie znajdują. Wejście Polski do Unii przestrasza ich również z tej racji, że mają złe doświadczenia z zachodnimi inwestorami, którzy na ten teren przyszli, otworzyli, obiecali, ewentualnie coś polskiego przejęli, zamknęli, i nadal jest bezrobocie. Obawy biorą się także z braku przekonujących odpowiedzi na uzasadnione pytania i wątpliwości. Bezrobotnym brak nadziei, że będzie lepiej, a ich ubóstwo materialne pogłębia się z dnia na dzień. Jest więc rzeczą zrozumiałą, że ta sytuacja skutkuje surową oceną nie tylko rządzących, ale także Unii Europejskiej. Oni zmiany swego życia na lepsze się nie spodziewają i nie można się dziwić, że argumenty eurosceptyków są im bliższe.
Wielu ludzi, z którymi na ten temat rozmawiam, ucieszyłoby się, gdyby powstała Europa ducha. Ale tę piękną ideę przesłaniają problemy ekonomiczne, w których jesteśmy słabsi od Zachodu i musimy przyjąć dyktat innych. A ci inni podchodzą do nas w sposób zgodny z „rachunkiem ekonomicznym”, a nie ze zrozumieniem, że takie kraje, jak Hiszpania, Portugalia czy Irlandia, nie miały 40-letniej gospodarki socjalistycznej, która cofnęła Polskę ekonomicznie w stosunku do Zachodu. Rolnicy boją się konkurencyjności. Te same lęki towarzyszą rybakom nadmorskim, którzy też mieszkają w mojej diecezji. Nie brak także obaw, że z zachodnim sąsiadem nie mamy traktatu pokojowego, a tylko o potwierdzeniu granicy i dobrosąsiedzkich stosunkach. Wiemy, że tych wzbudzających lęk sytuacji jest więcej i nie chodzi o ich mnożenie. Chcę tylko zaznaczyć, że wszelkie zamierzenia, usiłujące nawiązywać do chrześcijańskich korzeni Europy i budować ją na trwałych wartościach ewangelicznych, schodzą w tym wypadku na plan dalszy. Przesłaniają je bowiem sprawy materialne, których przecież bagatelizować nie można.
Wejście Polski do Unii przyniesie, być może, korzyści, ale chyba następnym pokoleniom. Obecnie jednak ludzie młodzi, którzy nie widzą przed sobą przyszłości, a którym niczego się nie proponuje, nie mają złudzeń, że wejście do Unii coś w ich życiu zmieni. Te odczucia dzielę z moimi wiernymi, którym spieszymy z doraźną pomocą, ale jest ona niewystarczająca – potrzeba pomocy i zmian strukturalnych. Oby one nastąpiły.
|