Bp Marian Gołębiewski
biskup koszalińsko-kołobrzeski
Kopenhaga to ważny etap w drodze dziesięciu państw-kandydatów do Unii Europejskiej, a wśród nich również Polski. Nie jest to etap ostateczny ani najważniejszy, chociaż ma dużą wymowę propagandową, polityczną, a przede wszystkim psychologiczną. Wejście Polski do Unii widzę jako jeden z ważnych elementów o wiele szerszego procesu integracji europejskiej, który dla nas rozpoczął się z chwilą wejścia Polski do kręgu państw chrześcijańskich, a potem przybierał różny kształt w ciągu wieków burzliwej historii kontynentu. Po II wojnie światowej Europa, boleśnie doświadczona dopiero co pokonanym totalitaryzmem, zapragnęła integracji jako antidotum na wojny, rozdarcia, eksterminacje narodów, podziały itd. Zaczęło się bardzo skromnie, od Wspólnoty Węgla i Stali, chociaż wielcy statyści powojennej Europy marzyli o czymś znacznie głębszym i większym. I tak stopniowo kształtowała się koncepcja Wspólnoty, a potem Unii Europejskiej.
Większość dotychczasowego życia przeżyłem w PRL-u: od 8. do 52. roku życia. Tu zdobyłem wykształcenie i podjąłem pracę jako kapłan. Na szczęście mogłem też udać się na studia zagraniczne, by pogłębić swoją wiedzę teologiczną i poznać Europę, wówczas owoc zakazany dla ludzi zza żelaznej kurtyny. Podróżując po świecie z paszportem PRL-owskim niejako namacalnie odczuwałem konsekwencje jałtańskiego podziału Europy: Europa wolna i zniewolona, bogata i biedna, rozwijająca się i pogrążona w stagnacji. Myślałem wówczas: tak być nie może, to musi się zmienić. Nadszedł wreszcie rok 1989, który przyniósł zmianę ustrojową, a po Kopenhadze perspektywa wejścia do Unii staje się zupełnie realna.
Za integracją europejską przemawiają do mnie następujące argumenty: geograficzny, historyczny, polityczny i gospodarczy. Geografia, zwłaszcza polityczna powojennej Polski, umiejscawia nas w Europie, i to nie na jej peryferiach, ale w samym centrum. Z historii trzeba wyciągać wnioski. Polska padała ofiarą potężnych sąsiadów. Przynależność do struktur europejskich jest postulatem jej bezpieczeństwa i niezawisłości. Z tym łączy się polityka, która często obracała się przeciw Polsce. Trzeba zabezpieczać przedpola, by zmiana koniunktury politycznej nie była wykorzystana na naszą niekorzyść. Wejście do Unii jest również szansą gospodarczą, chociaż wiemy, że gospodarką nie załatwimy wszystkich problemów, bo przekraczają one wymiar czysto ekonomiczny. Nie czuję potrzeby rozwijania tego wątku. Podstawą integracji są nasze wspólne korzenie chrześcijańskie, dziedzictwo kultury i cywilizacji judeo-chrześcijańskiej oraz tysiącletnia historia naszego narodu. Nie chciałbym, aby Polska skazana była na izolację i wyobcowanie w rodzinie państw europejskich. Zasługuje ona na swoje miejsce w sercu Europy, we wszystkich jej strukturach i wymiarach. Nie możemy skazywać kraju na niepewność wobec zmieniającej się koniunktury politycznej. Razem z innymi narodami Europy trzeba nam będzie budować naszą przyszłość i europejski ład. Możemy wnieść do Europy naszą religijność, duchowość, intuicję, spontaniczność, inwencję, i uczyć się od Europy trzeźwego myślenia, dokładności, solidności i porządku. Skorzystać trzeba z okazji, by nasza „sarmacka natura” wypowiedziała się językiem bardziej uniwersalnym, językiem czynu, sukcesu i wartości.
|