O wierszach Jarosława Marka Rymkiewicza


Na kolanie

Adam Wiedemann



Nowy tom wierszy Rymkiewicza nie jest ani lepszy, ani gorszy od dwóch poprzednich – jest do nich bardzo podobny i stanowi kolejny dowód powrotu do znakomitej formy po zapaści, jaką był akces do grona „poetów stanu wojennego”. Rymkiewiczowi tylko myślenie o rzeczach ostatecznych dodaje skrzydeł, to przecież każdy widzi.


„Zachód słońca w Milanówku” nie jest więc lepszy ani gorszy, ma za to najlepszy tytuł, tamte dwa – „Moje dzieło pośmiertne”, „Znak niejasny, baśń półżywa” – były wyzywająco pretensjonalne, ten jest już wzruszająco kiczowaty, jako udane przezwyciężenie pewnego mimo wszystko zadęcia, widocznego we wcześniejszych tytułach, jest taki, że tylko go pogłaskać. Cóż bowiem bardziej oklepanego, trywialnego i cóż piękniejszego niż ten tytułowy zachód słońca? Czy nie opisywał go już Mickiewicz? Czy nie widniał na 90 procentach widokówek, jakie otrzymaliśmy w ciągu minionych wakacji? Tak, tym zachodem słońca zadał nam pan Rymkiewicz niezłego bobu, a Milanówkiem doprawił ów bób nader smacznie, podwarszawsko, po domowemu.
Sam tytuł jednak nie wystarczyłby, również i czasy zrobiły się wyjątkowo sprzyjające dla tej (czy też dla takiej) poezji, weźmy chociażby ów rymujący się parzyście dystych, jeszcze niedawno wszyscy stukali się w czoło, gdy Paweł Dunin-Wąsowicz drukował w swoim piśmie „przede wszystkim” wiersze rymowane, tymczasem dziś wystarczy się rozejrzeć, wszyscy rymują parzyście, od Andrzeja Sosnowskiego po Czesława Miłosza, już nie wspominając o Dariuszu Susce, którego uwielbienie dla poezji Rymkiewicza jest powszechnie znane. W rankingu form poetyckich dystych wypiera pomału najmodniejszą w latach 90. sestynę (jak również postmodernistyczny „biały sonet”) i nikt chyba nie ma wątpliwości, iż jest to zasługą autora „Anatomii”. („Anatomia” to też był bardzo dobry tytuł, podobnie jak „Co to jest drozd?”)
Celowo nie wymieniłem dotychczas Stanisława Barańczaka, który rymuje „od zawsze” – lecz jakże inne jest to rymowanie! Rymy Barańczakowskie są wykwintne, rzadkie, zrodzone w pocie czoła, ściśle podporządkowane z góry zamierzonej zawartości i konstrukcji wiersza. Rymkiewicz wręcz przeciwnie, rymuje (by nie powiedzieć „rymkuje”) z tą samą naturalną dezynwolturą, z jaką zachodzi jego tytułowe słońce: nie obawia się rymów gramatycznych i nawet częstochowskich, a „Wiosenny wierszyk dla Jasia i Ani Pomiernych” to bardzo stylowy wpis do dziecinnego sztambucha. Jedna linijka pociąga tu za sobą drugą w sposób niewymuszony, nieomal automatyczny (i nie od parady byłoby skojarzenie tego z pisarstwem Gertrudy Stein, której też się zdarzało „ot tak” coś sobie zrymować), jednocześnie zaś proces ten wymusza na poecie określone decyzje, dotyczące dalszego przebiegu poetyckiej „akcji”. Autor wyraźnie poddaje się wierszowi, wchodzi w rolę przygodnego zapisywacza, i stąd te kokieteryjnie brzmiące deklaracje, jakoby „Zachód słońca” został napisany przez koty i zaokienne brzózki.
Sporo się mówi (po ukazaniu się książki „Leśmian Encyklopedia”) o wpływie Leśmiana na Rymkiewicza; myślę, że wpływ ten jest niewielki, w ostatnim tomie widoczny co najwyżej poprzez konstrukcję groteskowej postaci „przygłupa istnieniowego”, który wszakże pojawia się tylko raz i jest bytem dość enigmatycznym. Leśmian był znawcą zaświatów, koneserem ich różnorodności – Rymkiewicz deklaruje swoją o nich niewiedzę i jest wyraźnie zafascynowany wizją pośmiertnej pustki. Leśmian był poetą-wirtuozem, romantycznie zestawiającym swoją twórczość z Boskim dziełem stworzenia, Rymkiewicz stwierdza natomiast autoironicznie: „Bóg jest dobry – ja to piszę na kolanie”. Na kolanie, a zatem trochę byle jak, dorywczo, bez przesadnych ambicji, a jednocześnie – z pokorą, przyklęknąwszy. Bardzo to oczywiście dobrze świadczy o poecie, że badając życie i twórczość innego poety nie zaczął go naśladować, poprzestał na swoim.
Dają się za to zauważyć w „Zachodzie słońca” różne inne ciekawe wpływy i koneksje, wspomnę tutaj o dwóch. Po pierwsze Jan Kasprowicz, jako twórca projektu „poezji prostodusznej” (obecnej zwłaszcza w tomiku „Mój świat”), lecz również – co bardzo zaskakujące – jako autor „Hymnów”. Porównajmy: „Z mokradeł kępy rogoży, / z przydroży / osty o żółtych kolcach, / szerokolistne łopiany, / senne podbiały, / fioletowe szaleje, / cierniste głogi / wstały / i idą...” – to Kasprowicz. U Rymkiewicza zaś: „Czy widzisz – przy mnie idą koty jeż półżywy / Sucha jabłoń klon ścięty złamane pokrzywy” etc. Dokładnie po stu latach powraca w literaturze polskiej wizja pochodu wszystkich istot do Boga, który dla pątników Kasprowiczowskich jest wzgardliwy i nieczuły, a przed Rymkiewiczowskimi chowa się za chmurą, nie ulega wszakże wątpliwości, iż jest to ten sam Bóg i te same istoty.
Drugim poetą intensywnie obecnym w nowych wierszach Rymkiewicza jest jego nieżyjący od dawna rówieśnik Stanisław Grochowiak. Pamiętamy jeszcze, mam nadzieję, „Portretowanie umarłej”, pamiętamy „Piersi królowej utoczone z drewna”, powinniśmy o nich pamiętać, czytając choćby utwór „Kathleen Ferrier umiera w młodości na raka”. Rymkiewicz posuwa się znacznie dalej niż Grochowiak w epatowaniu nie tyle już brzydotą, co po prostu okropieństwem istnienia, ale podobnie jak Grochowiak jest tym istnieniem przerażony i podobnie ucieka przed tym w swój specyficzny, „wszystkożerny” estetyzm.
Ponadto łączy tych dwóch poetów uwielbienie dla muzyki (poważnej, od Bacha po Szostakowicza) i nieprzypadkowo chyba w wierszu o upiorze Schuberta pojawia się epitet „straszny brzydal”, dla mnie – jak dotąd – trwale wiążący się z Grochowiakowskim „Utrillem”. Muzyka wyparła z twórczości Rymkiewicza inne sztuki piękne, zwłaszcza malarstwo (o którym zdarzało mu się pisać genialnie, mam tu na myśli zwłaszcza wiersz „Dla Artura Nachta Samborskiego”); muzyka najbliższa jest, jak się zdaje, światowi czystych esencji, od których się poeta odżegnuje i o które wykłóca się już tradycyjnie z Edmundem Husserlem. Im bliżej jednak czuje się związany ze światem materialnym, tym bardziej potrzebuje owych „wyczyszczonych z istnienia” muzycznych doznań.

*

W poezji najwyraźniej, tak jak w naturze, musi być zachowana dynamiczna równowaga, inaczej grozi im śmierć albo choroba. Na szczęście „Zachód słońca w Milanówku” jest tomikiem zdrowym, żywym, wesołym i pełnym werwy, mimo że snują się po nim młodopolskie upiory i romantyczne mogiły. I bardzo dobrze, niech się snują, im też się coś od życia (za przeproszeniem) należy. I cieszmy się, że to nie o nas jeszcze mowa.

Jarosław Marek Rymkiewicz, „Zachód słońca w Milanówku”, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2002

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 5 (2795), 2 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl