Chicagowski jazz w Katowicach: El’Zabar, Bluiett i Bang


W hipnozie

Łukasz Tischner



Chicagowscy artyści z kręgu Association for the Advancement of Creative Music dzięki wszechstronnemu wykształceniu, wyobraźni i oparciu w tradycji są prawdziwą lokomotywą jazzu. Za sprawą festiwalu „Era Jazzu” od kilku już lat odwiedzają Polskę.


Chicago urzeka surowością, a zarazem ciepłem plemienno-narodowych wspólnot. W jego sercu tkwi blues, w którym smutek przegranej wyzwala radość wspólnego muzykowania. Jak w wierszu Carla Sandburga „Miłość murarza”: „Chciałem się zabić, bo jestem tylko murarzem, a ty kobietą, / która kocha człowieka, co ma sklep. / Nie obchodzi mnie to jak obchodziło. Kładę cegły prościej niż / dawniej i śpiewam wolniej, poruszając kielnią po południu. / Kiedy słońce jest w oczy i drabiny się chwieją i wapno się / rozlewa, wtedy myślę o tobie” (przeł. Czesław Miłosz). 
To właśnie w Chicago lat 20. (już ubiegłego stulecia) wywodzący się z tzw. work-songs blues stapiał się ze stylem nowoorleańskim, to tam Louis Armstrong stworzył swoje „Hot Five” i „Hot Seven”. Ale nie trzeba sięgać tak daleko, by docenić wpływy jazzowego tygla Chicago, w którym to, co stare, naturalnie współistnieje z nowalijkami. Wystarczy cofnąć się do roku 1965, kiedy to zbuntowani czarni muzycy z Chicago założyli AACM (Association for the Advancement of Creative Music), który dał początek rzetelnym studiom nad afrykańskimi korzeniami muzyki synkopowanej. „New black tradition” wyrastała bezpośrednio z awangardy lat 60., ale paradoksalnie wychylona była ku przeszłości (wedle dewizy: „ancient to the future”). Muzycy Art Ensemble of Chicago, Henry Threadgill czy Anthony Braxton odkrywali, że harmoniczna wolność wywalczona przez Ornette Colemana czy Alberta Aylera istniała już wiele wieków wcześniej w rytualno-etnicznej muzyce Afryki. Równocześnie poznawali transowe rytmy, wzbogacali swe brzmienie o najbardziej egzotyczne dźwięki, zgłębiali sztukę improwizacji kolektywnej, a wreszcie ubarwiali swe występy tańcem, zabawą, a czasem zwykłą zgrywą. Dziś artyści z kręgu AACM zdążyli już nieco okrzepnąć, ale dzięki swemu wszechstronnemu wykształceniu, wyobraźni i oparciu w tradycji są prawdziwą lokomotywą jazzu. To wielka niespodzianka, że za sprawą festiwalu „Era Jazzu” od kilku już lat regularnie odwiedzają Polskę.
W dniach 22–25 stycznia gościli w Polsce frenetyczny bębniarz Kahil El’Zabar, wirtuoz saksofonu barytonowego Hamiet Bluiett, i legendarny freejazzowy skrzypek: Billy Bang. Oryginalny zestaw instrumentów (wzbogacony o „przeszkadzajki” i scat El’Zabara) dawał muzykom niezwykłą swobodę harmoniczną. To, co się działo na scenie katowickiego klubu „Hipnoza”, najlepiej chyba oddaje słowo hipnoza. El’Zabar pomrukiwał, pokrzykiwał i wybijał na bębnach transowe rytmy, które stopniowo komplikował, Bluiett i Bang wygrywali unisono kilkutaktowe „cyrkowe” melodyjki, by za chwilę złamać je feeriami ekstatycznych solówek. Nad muzykami unosił się duch Alberta Aylera i Rolanda Kirka – żarliwość i uniesienie przeplatały się z ostentacyjną naiwnością wędrownych muzykantów. Teatralną oprawę zapewniał El’Zabar, który pół żartem, pół serio komentował grę mimiką i korzystał z całego arsenału muzycznych „szpejów”. Czasem odchodził od zestawu perkusyjnego czy bębnów, by opleść łydkę sznurem dzwonków, które uruchamiał, tupiąc nogą. W tym czasie szarpał struny instrumentu, zwanego kciukowym fortepianem (po mojemu była to raczej afrykańska bandura), który brzmiał jak marimba. 
Prawdziwymi bohaterami wieczoru byli jednak dwaj pozostali panowie. Zwłaszcza Bang, który wydobywał mroczne i rozwibrowane dźwięki, bez wysiłku przechodząc od wolnych temp do szaleńczego transu. Osiągał przy tym nieprawdopodobne efekty brzmieniowe – czasem skrzypce przybierały saksofonową ekspresję (przypomniał mi się nieodżałowany Zbigniew Seifert), kiedy indziej smyczek uderzający w struny wydobywał surowy dźwięk kojarzący się z koto. Bang z niezwykłym wyczuciem barwy i rytmu reagował na gejzer inwencji improwizacyjnej Bluietta. Saksofonista chwilami się oszczędzał (czasem znów sięgał po flet), ale w paru utworach popisał się błyskotliwymi skojarzeniami (od free poprzez rhythm & blues i echa gospel) i nieskazitelną techniką. Chrapliwe niskie tony, „brudne” akordy w stylu Mangelsdorffa, piski i strzępy chorusów podkradzione Colemanowi Hawkinsowi składały się na fantastyczną chicagowską opowieść. W drugim secie kilka śpiewanych popisów El’Zabara trochę obniżyło temperaturę koncertu, ale zrehabilitował się na końcu zabawnym scatem, który imitował przekomarzanie się istot mówiących (czy mieli to być ludzie, czy duchy, trudno powiedzieć). 
Jest szansa, że „Era Jazzu” będzie sprowadzać kolejnych oryginałów z Chicago. Bodaj w marcu ma się nad Wisłą pojawić nadzieja tamtejszej awangardy – Ken Vandermark. Mnie marzy się jeszcze przyjazd Von Freemana i Freda Andersona z Hamidem Drake’em. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 5 (2795), 2 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl