Jak pisać o Kościele?


Więcej, rzetelniej, bez użycia siły

Konrad Szymański



Jak pisać o Kościele? Przede wszystkim: więcej pisać! Kościół jest dziś najpoważniejszym instytucjonalnym uczestnikiem najważniejszych debat, zachowuje odrębne zdanie od mainstreamu politycznego i kulturowego dzisiejszego świata, ale najczęściej... trudno się dowiedzieć, dlaczego. Wyłączone telefony biskupów to chyba nie najważniejszy z powodów ciągłego deficytu wiedzy o Kościele.





W „Tygodnikowej” dyskusji mówiono o kwestii pluralizmu opinii katolickiej. W przypadku pism świeckich na niekorzyść tego pluralizmu działa chętne i życzliwe opisywanie tylko tych zjawisk w Kościele, które dają się wpisać w dominujący światopogląd liberalny. Częściej usłyszymy tam, że Kościół dostrzega katolików w SLD, niż o tym, że ten sam Kościół widzi w akcie wyborczym sferę odpowiedzialności moralnej za dobro wspólne; częściej przeczytamy o dysydenckich manifestacjach katolików w Austrii czy w Niemczech niż o działaniach podejmowanych przez grupy świeckich w obronie magisterium Kościoła. Nigdy natomiast nie usłyszymy o zasadniczych powodach sprzeciwu Kościoła wobec usuwania gwarancji prawnych dla życia ludzkiego w momencie poczęcia czy też sprzeciwu wobec absolutyzowania wolności wypowiedzi (kwestia bluźnierstwa).

O czym się nie pisze

Trzymam wraz z Jarosławem Gowinem za słowo Rafała Zakrzewskiego w sprawie opublikowania w „Gazecie Wyborczej” – obok, nie zamiast reportażu z Tylawy – materiału o ruchu pro-life w Polsce. Od ponad 10 lat działa Polska Federacja Ruchów Obrony Życia, grupująca ponad 130 organizacji, zajmujących się wszystkim – od lobby’ingu parlamentarnego i wyborczego po wyciąganie ludzi ze śmietników i uczenie ich powrotu do życia. Ostry i malowniczy obraz!
Przykładem deformacji na olbrzymią skalę, która nie jest obca także pismom katolickim, jest nauczanie Jana Pawła II na temat integracji europejskiej. Papież, często akapit po akapicie, deklaruje wsparcie dla zjednoczenia Europy, by równie zdecydowanie mówić o sprawach, które w konstrukcji europejskiej budzą jego sprzeciw. Wielu redaktorów traktuje w tej sprawie swych odbiorców jako maluczkich, którym nie można mówić całej prawdy, by żar integracyjny nie został nadwątlony: trudno się dziś dowiedzieć, jakie zarzuty i dlaczego Jan Paweł II wobec integracji formułuje. Euroentuzjaści zachowują się zresztą podobnie jak katoliccy eurosceptycy z Radia Maryja i „Naszego Dziennika”. Ci ostatni dla odmiany cytują tylko słowa papieskiej krytyki wobec UE, z aptekarską dokładnością przemilczając wszystkie papieskie zachęty w tym względzie.
Zaniedbaniem pism katolickich jest bardzo wątła obrona historii Kościoła przed nadużyciami, jakie można spotkać także w polskim obiegu mediów. Średniowiecze, inkwizycja, konkwista, chrystianizacja Afryki, Pius XII wobec Żydów – to są wciąż tematy, w zakresie których dokonuje się wielu krzywdzących nadużyć. Niemal milcząca postawa prasy katolickiej jest tu nie tylko zaniedbaniem wobec własnej historii i sprawiedliwości, ale także zwykłym brakiem roztropności. Historia bowiem gości na łamach pism wysokonakładowych tylko po to, by odegrać rolę w sporach o teraźniejszość.
Można byłoby powiedzieć – więcej rzetelności! Ale nie tylko o rzetelność tu chyba chodzi, choć brak profesjonalizmu w sferze kościelnej jest wciąż stosunkowo lżej traktowany niż nieuctwo dziennikarza ekonomicznego czy politycznego.

Można, ale po co?

Pokusa siłowego traktowania swego odbiorcy – przemilczania niewygodnych opinii, licząc na to, że mało który czytelnik dotrze do innych źródeł – jest udziałem wszystkich mediów. Najczęściej w takich przypadkach stawia się pod pręgierzem o. Tadeusza Rydzyka, zarzucając jego rozgłośni stronniczość, upolitycznienie, a nawet niezgodność z programem duszpasterskim Episkopatu. W przypadkach skrajnych oskarża się środowisko Radia o schizmatyckie i lefebvrystyczne skłonności.
Nie widzę powodów, by podobnych zarzutów o tendencyjność i upolitycznienie nie postawić np. „Arce Noego” (kolumnom religijnym „Gazety Wyborczej”) lub „Tygodnikowi Powszechnemu”, które równie chętnie dobierają sobie współpracowników zgodnie ze swą – nazwijmy to delikatnie – wrażliwością polityczną i społeczną. Przeczytamy tam najczęściej autorów deklarujących swój entuzjazm wobec liberalizmu czy też podejmujących polemikę z oponentami sekularyzacji. Są to – formułowane w płaszczyźnie duszpasterskiej lub teologicznej – poglądy sprzyjające liberalnym siłom politycznym, które nie mają ochoty na hamowanie sekularyzacji w sferze szkolnictwa, mediów, czy szerzej – kultury. Przenosi się to także na grunt ścisłego nauczania (np. promocja idei powszechnego zbawienia w „TP”), z czego można byłoby snuć dalej idące wnioski, jak to się czasem czyni wobec Radia. Można, ale po co? Zostawmy ostateczne rozsądzenia władzy kościelnej.

Dobre owoce złego wydarzenia

Lepiej – nie tylko z uwagi na liberalną kulturę dyskusji, ale także jedność społeczności katolickiej – zabiegać o głębsze zrozumienie, a więc o kulturę dyskusji. Biorąc pod uwagę doświadczenia sporów prowadzonych ostatnio na łamach „Więzi” (np. o liturgię), nie jest to sprawa beznadziejna. Co więcej, może się okazać unikalnym doświadczeniem Kościoła w Polsce; doświadczeniem jak oliwa kojącym poranioną na tle sporów duszpasterskich tkankę Kościoła zachodniego.
To doświadczenie jedności było dla mnie bardzo ważne w okresie sprawy abpa Paetza. Znając podobne przypadki w Irlandii i USA, obawiałem się powtórzenia scenariusza erozji autorytetu Kościoła. A tu zaskoczenie: kiedy sprawa wybuchła, przeżyłem wielkie doświadczenie moralnej jedności z bardzo różnymi środowiskami katolików – także tych, którzy w wielu sporach kościelnych stoją na pozycjach bardzo dla mnie odległych. To, że sprawa poznańska posłużyła zwiększeniu wzajemnego zaufania, a nie odwrotnie, jest dobrym owocem złego wydarzenia. Niech ono wzrasta.
W medialnym obrazie tej historii dziwi mnie tylko jedno. Dlaczego tak łatwo pogodzono się z obscenicznością, na którą pozwoliła sobie „Gazeta Wyborcza”? Opisywanie szczegółów (sławne majtki z napisem „Roma”) smutnej sytuacji, jaka panowała w archidiecezji poznańskiej nie służyło niczemu z wyjątkiem pobudzania wypieków na twarzach czytelników. To za mało, by usprawiedliwić autorów, których zwykle bardzo cenię za kulturę dziennikarską.
Jak do tej pory przyzwoite media – nie tylko katolickie – słusznie odsuwając starotestamentową zasadę płaszcza Sema odrobinę na bok, przestrzegają ewangelicznej zasady, zgodnie z którą można ogłosić „przed całą wspólnotą” tylko to, co było przedmiotem napomnienia w cztery oczy, a także napomnienia w obecności jeszcze jednej osoby. Media brukowe, nie stosując się planowo do tej zasady, nawet kiedy przynosiły informacje prawdziwe, nigdy nie były wyrocznią w sprawach kościelnych i to jest wielkie zwycięstwo nas wszystkich – redaktorów prasy katolickiej i świeckiej. Przejęcie tak poważnych spraw przez brukowce byłoby bowiem przesunięciem poprzeczki debaty publicznej daleko w dół, z czego w dłuższej perspektywie nikt – mówiąc umownie ani przyzwoity liberał, ani przyzwoity katolik – nie mógłby być zadowolony.
I to ostatnia moja refleksja. Prasa, mimo potocznych opinii, nie postawiła się dotąd w roli sędziego w sprawach kościelnych. Ważne, by pamiętała, że nie jest taką instancją nawet wobec państwa, a cóż dopiero wobec Kościoła, dzierżąc tylko rolę służebną i wtórną wobec instytucji i gwarancji sprawiedliwości, jakie są przewidziane ustrojem Kościoła.

Konrad Szymański jest stałym współpracownikiem kwartalnika „Christianitas” i serwisu www.christianitas.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 5 (2795), 2 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl