Przegląd prasy

Krwawi sędziowie z dobrym rodowodem

Wbrew powszechnemu dziś przekonaniu, ogromna większość sędziów orzekających w pierwszych latach powojennych nie rekrutowała się wcale ze świeżego zaciągu nowej władzy. To samo dotyczy prokuratorów: nie byli to bynajmniej prostaccy i niekompetentni poputczicy z „szybkiego awansu”. Przeciwnie: członków niepodległościowego podziemia oskarżali i skazywali najczęściej prawnicy wykształceni na najlepszych uniwersytetach II RP (głównie Jana Kazimierza we Lwowie, Jagiellońskiego oraz Warszawskiego) i legitymujący się przedwojenną praktyką. Tymczasem to w okresie 1944-48 zapadło blisko 70 proc. wyroków śmierci wydanych przez sądy komunistycznej Polski – dowodzą w BIULETYNIE INSTYTUTU PAMIĘCI NARODOWEJ (22) Krzysztof Szwagrzyk i Jan Żaryn. 
Także szybkiej kodyfikacji prawa, szczególnie tam, gdzie w grę wchodziło dostosowanie przedwojennych uregulowań do potrzeb nowej władzy, nie mogli przeprowadzić amatorzy. Fachowcy z czasów II RP zostali więc też użyci do opracowania najważniejszych i najsurowszych zarazem aktów prawnych, służących następnie reżimowi do walki przeciwnikami politycznymi. Chodziło m.in. o Kodeks Karny Wojska Polskiego z 23 września 1944 r. oraz o dekrety: O ochronie Państwa z 30 października 1944 r., O przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa z 16 listopada 1945 r. i O odpowiedzialności za klęskę wrześniową i faszyzację życia państwowego z 22 stycznia 1946 r. 
Na początku 1946 r. ogłoszony został dekret o przymusowym zatrudnieniu w wymiarze sprawiedliwości osób mających kwalifikacje do objęcia stanowiska sędziowskiego. Nakazywał on byłym pracownikom zarejestrowanie się (pod karą roku więzienia) w ciągu miesiąca. Udział kadr o przedwojennym rodowodzie był wysoki – co znamienne – nie tylko w sądownictwie powszechnym. Również specjalny sąd karny, powołany do realizacji dekretu z 31 sierpnia 1944 r. o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy obsadzony był przed doświadczonych, przedwojennych sędziów. Tak samo było w utworzonych w styczniu 1946 r. w miastach wojewódzkich Wojskowych Sądach Rejonowych, które zajmowały się nie tylko sprawami żołnierzy, ale także cywili oskarżonych o przestępstwa polityczne – w tym te kwalifikowane jako szpiegostwo. W ciągu dziesięciu lat istnienia orzekły ok. 3,5 tys. kar śmierci, w większości wykonanych. 
Oczywiście: w sądownictwie wojskowym sędziom przydzielano „do pomocy” oficerów sowieckich o polskich korzeniach, ale wynarodowionych i ukształtowanych w komunistycznym systemie politycznym. Także struktura wojskowej podległości ułatwiała rygorystyczne egzekwowanie od sędziów orzekania w sposób oczekiwany przez władze. Z kolei prokuratura w praktyce operacyjnej podlegała zapotrzebowaniom oficerów śledczych – czyli funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Zdarzały się też zachowania świadczące o konfliktach moralnych u niektórych sędziów i prokuratorów – niewykluczone na przykład, że skutkiem oporów sumienia były samobójstwa prokuratorów wojskowych mjr. Antoniego Trelli w 1947 r. i ppłk. Henryka Podlaskiego w 1956 r. 
W większości jednak sędziowie i prokuratorzy działali tak, jak chciała władza – dotyczy to też niemałej liczby tych, którzy podczas okupacji należeli do Armii Krajowej. Więcej: niektórzy z nich mają na koncie kilkanaście, a czasami kilkadziesiąt wyroków śmierci. To samo dotyczy m.in. absolwentów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. 
Jak dotąd nieznane są natomiast żadne przypadki dezercji lub odmów wykonywania zawodu. Zdaniem dr Szwagrzyka przyczyna była prosta: „W realiach zniszczonego kraju bycie prawnikiem oznaczało przynależność do elity. W ślad za tym nie szły co prawda ogromne pieniądze, wille, samochody, był to jednak zawód pozwalający na utrzymanie dość wysokiego standardu życia”. Znaczenie mogło mieć i to, że sędziom z „sanacyjną przeszłością” wydawało się, iż „orzekając surowe wyroki zgodnie z zasadami ludowej praworządności, oddalają od siebie widmo podejrzeń o nielojalność, która mogła oznaczać utratę stanowiska i więzienie. Dlatego mogli starać się przez cały czas wyjątkowo gorliwie pracować, aby dobrze wypaść w ocenach przełożonych”. 
Dopiero kiedy władzom udało się spacyfikować podziemie, nie musiała już sięgać po przedwojennych i – w jej mniemaniu – obciążonych „burżuazyjnymi naleciałościami” prawników (nie bez przyczyny nigdy im do końca nie ufano, a Urząd Bezpieczeństwa stale gromadził materiały na ich temat). W 1948 r. komuniści przystąpili do budowania od nowa kadr wymiaru sprawiedliwości: starych prawników zastępowali najczęściej bardzo młodzi absolwenci kilku- i kilkunastomiesięcznych kursów prawniczych, m.in. Szkoły Ministerstwa Sprawiedliwości im. Duracza i Oficerskiej Szkoły Prawniczej.
 

KB
 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 5 (2795), 2 lutego 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl