Otwarte listy


Do Arkadiusza Wuwera

JACEK PODSIADŁO




Arkadiusz Wuwer nawiązuje jeszcze do mojego zwyczaju zwracania się do duchownych per pan: „Szanownego Pana niekonsekwencja w tej materii razi mnie jedynie ze względu na tę samą zasadę, w myśl której uważam za niestosowne zwracanie się «przez Pan» do kobiety lub przez «wikary» do Papieża. Tym bardziej, jeśli argumentem za różnicowaniem formy są więzi emocjonalne. Idąc tym tropem znajomy profesor pozostanie «profesorem», ale nieznany osobiście już nie zasługuje na «profesurę»? (odwrotnie się zdarza. Ze znajomym można przejść «na ty»). To po prostu świat podstawowych, zwyczajnych i prostych zasad współżycia społecznego...”
Tu korci mnie, żeby z miejsca zapytać, dlaczego to życie takie skomplikowane, skoro te zasady takie proste, ale to byłaby typowa dla felietonu powierzchowna przewrotność. Bliżej prawdy będę chyba uznając, że zasady wyznajemy te same, ale inaczej je respektujemy. Zgadzam się nawet na pójście tropem kobiety, papieża i profesora, żeby pokazać, że moja niekonsekwencja jest w istocie konsekwencją, choć dla niektórych przesadną. Pański przykład z papieżem jest chybiony, ponieważ żaden papież nie jest jednocześnie wikarym, natomiast każdy ksiądz jest mężczyzną i nazywanie go „panem” nic mu nie ujmuje i nic nie dodaje. Pański przykład z kobietą jest o tyle trafny, że mogę spytać, jak zwróciłby się Pan do mężczyzny w kobiecych fatałaszkach. Zbyt wrażliwy jestem na język, żeby nie odczuwać naznaczenia emocjonalnego słowa „ksiądz”, czy słów „ojciec” i „brat” w odniesieniu do zakonników. Szczególnie w wołaczu: księże, ojcze, bracie. Nazywać kogoś księdzem to w moim mniemaniu akceptować jego rolę duchowego przewodnika, pasterza dusz etc. Zbyt wielu znam księży, by nie wiedzieć, że są wśród nich „osoby niepowołane”, strojące się tylko w kapłańskie suknie. Nie mogę uznać za „ojca duchownego” kogoś, o duchowości kogo nic nie wiem. Z tych samych powodów wśród tzw. indianistów do nikogo nie zwracam się per „wodzu”, nie mówię „panie władzo” do osobników nie mających nade mną władzy, w szkole średniej dziwiła mnie maniera tytułowania magistrów profesorami, a pracując jako pomocnik murarza cieszyłem się, że zwrot „mistrzu” już dawno wyparło potoczne „panie majster”. Ergo, podobnie jak Pan staram się tytułować ludzi stosownie do ich stanu.
Jest istotna różnica między profesorem, kobietą i księdzem. O „profesurze” przesądza dyplom naukowy, o kobiecości cechy płciowe, o stanie duchownym powołanie. Oczywiście, można przyjąć, że księdzem jest osoba po święceniach i basta, ale to krok w stronę uznania kapłaństwa za „zawód jak każdy inny”. Zresztą działa to i w drugą stronę, bo np. wystarczyła mi godzina rozmowy z „p. o. kierownika schroniska” Jerzym Marszałkowiczem i już nie potrafię myśleć o nim inaczej, jak o duchownym, choć bez papierów. Ale to nie kwestia „bycia znajomym”, ale poznania kogoś na tyle, żeby mu zaufać. 
Zwykle nie myślę o tym tak dużo. Decyduje intuicyjny odruch, który w pół sekundy każe zwrócić się do mężczyzny w sutannie, kobiety z brodą albo mężczyzny bez brody w ten a nie inny sposób. Istniejące zasady współżycia wcale nie wykluczają indywidualnych wyborów. Temat wydaje mi się, podobnie jak ja sam, wyczerpany. W rękawie mam już tylko jednego waleta, którego może należało wyjąć wcześniej: żaden z księży, do których zwracałem się per pan, także na łamach TP, nie miał do mnie pretensji, nawet gdy sam o to pytałem. Więc proszę zabrać te widły i oddać mi moją igłę. 


Jacek Podsiadło
skr. poczt. 32, 45-076 Opole1
podsiadlo@atol.com.pl
 








 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 5 (2795), 2 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl