W Stanach Zjednoczonych po raz kolejny wybuchła dyskusja o rasizmie


Czarno-Biały świat

Piotr Milewski z Nowego Jorku



Wydawać by się mogło, że najwspanialsza demokracja świata już dawno uporała się z problemem, jakim jeszcze pięćdziesiąt lat temu była segregacja rasowa. Jednak ostatnie wydarzenia i wypowiedzi prezydenta Busha pokazują, jak złudne było to przeświadczenie.


W grudniu ze stanowiska szefa republikańskiej większości w Senacie zrezygnował Trent Lott. Odszedł w atmosferze skandalu: atakowany tak przez politycznych wrogów, jak partyjnych kolegów za rasistowską deklarację: składając publicznie życzenia urodzinowe Stromowi Thurmondowi, senator z Mississippi stwierdził, że „kraj miałby się dziś o wiele lepiej”, gdyby solenizant wygrał wybory prezydenckie w roku 1948.
Thurmond był wówczas tzw. dixiecratą i głosił program ścisłej segregacji rasowej. Co znaczy „o wiele lepiej”? Murzyni jadaliby gdzie indziej niż biali, korzystać musieliby z oddzielnych toalet, a nawet przymierzalni. Mieliby zakaz wstępu do teatrów i picia wody z kranów oznaczonych tabliczką: „Tylko dla Białych”. Jak w rodzinnej Karolinie Południowej kandydata. 

Czarnym świeczkę, konserwatystom ogarek

Lott walczył o utrzymanie stanowiska przez kilka tygodni. Najpierw przepraszał „za przejęzyczenie”, potem „bardzo przepraszał za tę straszną rzecz, którą zrobił”, a na koniec posunął się do tego, że w afroamerykańskiej telewizji BET poparł tzw. „akcję afirmatywną”, czyli dodatkowe punkty dla mniejszości przy egzaminach na studia i przyjmowaniu do pracy. Tym zbłaźnił się ostatecznie, bo dotąd czynnie „affirmative action” zwalczał. Gwoździem do trumny senatora była sugestia samego George’a Busha, że czas, by Lott pożegnał się z funkcją. Był to pierwszy w historii szef amerykańskiego klubu parlamentarnego, który musiał zrezygnować ze stanowiska z powodu kompromitacji. Czy kara, która go spotkała, nie była zbyt sroga?
Aby na to odpowiedzieć, należy przypomnieć, że Amerykanie mają do pochodzenia etnicznego stosunek szczególny. Segregacja rasowa została w USA ostatecznie zniesiona dopiero pod koniec lat 60. Do dziś Stany są jednym z nielicznych państw świata, gdzie we wszystkich urzędowych formularzach obok rubryki „narodowość” widnieje rubryka „rasa”; choć, żeby było poprawnie politycznie, można wybrać klasyfikację nie „Czarny” lecz „Afroamerykanin”. Sprawia to niejaki problem nastolatkom, których tata jest, na przykład, pochodzenia indiańsko-murzyńskiego, a mama chińsko-irlandzkiego. Choć bariery między grupami etnicznymi się obniżają, to proces ten postępuje dość wolno.
Laureatka zeszłorocznego Oscara, Halle Berry ze względu na dość jasną karnację może grać seksualne partnerki białych mężczyzn (najnowszy „Bond”), choć w telewizji takie kojarzenie par jest jeszcze rzadkie. O ile producenci seriali powoli przełamują tabu, reklamodawcy wciąż boją się ostracyzmu, doskonale wiedząc, że pod powierzchnią oficjalnego równouprawnienia, czają się demony wielowiekowych uprzedzeń. W reklamowych spotach nie pokażą, dajmy na to: białej żony, która pierze Czarnoskóremu mężowi i dwurasowym dziatkom skarpetki w proszku X, bo dla produktu byłby to wyrok śmierci. Z drugiej strony, na zasadzie „Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek”, realizują zasady politycznej poprawności, która stanowi drugą chorą stronę rasistowskiego medalu. Jeśli w reklamie występują dwie gospodynie domowe, Murzynka i biała, pierwsza jest z reguły „tą mądrzejszą”, która poucza „głupszą” koleżankę, jak poradzić sobie z astmą lub alergią, załatwić tanie ubezpieczenie samochodu lub pożyczkę hipoteczną. Biała większość reklamy ogląda, ale swoje wie. Wilk jest syty i owca cała.

Barbarzyństwo stróżów prawa 

Przeciętnemu Murzynowi nadal o wiele trudniej niż przeciętnemu Białemu przychodzi złapanie taksówki: tylko jeden na pięciu kierowców nie pojedzie dalej, by znaleźć „mniej kłopotliwego” pasażera. W sklepie jubilerskim lub oferującym drogie ciuchy, za Czarnym klientem rusza ekipa sprzedawców pilnujących, czy nie kradnie. Powszechna jest praktyka polowania przez policję drogową na ciemnoskórych kierowców. Podobnie ma się rzecz z przechodniami na ulicach wielkich miast. Konflikt między mniejszościami a policją osiągnął punkt kulminacyjny w czasie zamieszek po pobiciu w Los Angeles murzyńskiego kierowcy Rodneya Kinga, dziesięć lat temu. 
Los Angeles nie jest wyjątkiem, jeśli chodzi o barbarzyństwo stróżów prawa. Skargi na bezprawne i okrutne postępowanie funkcjonariuszy napływają do władz niemal wszystkich amerykańskich metropolii. W Nowym Jorku, na przykład, kiedy tym miastem zarządzał Rudolph Giuliani, czterej policjanci aresztowali 9 sierpnia 1997 r. Abnera Louimę, imigranta z Haiti, który próbował rozdzielić walczące przed nocnym klubem kobiety. W komisariacie obrzucili go rasistowskimi wyzwiskami, pobili, po czym zgwałcili trzonkiem gruszki do przetykania muszli klozetowych, przebijając jelito i pęcherz moczowy. Zakrwawiony kij wcisnęli więźniowi do gardła, wybijając przednie zęby. Oprawcy Louimy stanęli przed sądem i trafili do więzienia. 
Ale już w przypadku ich kolegów – policjantów oskarżonych o rozstrzelanie innego Czarnoskórego imigranta, Amadou Diallo – sąd uznał, że działali w obronie własnej. Werdykt zaszokował nowojorczyków. Naginanie prawa do wymogów polityki rozpoczęło się przeniesieniem procesu do stolicy stanu, Albany. Tamtejsze sądy słyną z ulgowego traktowania policjantów, a poza tym, jak stwierdził poprzednik Giullianiego na fotelu burmistrza, David Dinkins „tylko przysięgli z prowincji mogli poważnie potraktować zeznanie białego policjanta, że w środku nocy, patrolując Bronx, zwrócił się do Czarnoskórego przechodnia słowami: »Przepraszam, czy może pan tu na chwilę pozwolić«”. Kiedy Diallo nie pozwolił, czterech oskarżonych rozsiekało go kulami, oddając w ciągu kilku sekund 41 strzałów. Twierdzili, że portfel, który wyjął przybysz z Gwinei, by pokazać dokumenty wyglądał jak pistolet. 
Poza dawnym burmistrzem Nowego Jorku, przeciw bezkarności policji za rządów Giulianiego demonstrowali po ogłoszeniu wyroku przywódcy religijni i krewni Czarnoskórych nowojorczyków zabitych przez funkcjonariuszy „o świerzbiących palcach”. Michael Gray, szef stowarzyszenia kolorowych policjantów, określił uniewinnionych mianem „przeklętych kłamców” i zażądał powołania specjalnego prokuratora do spraw przestępstw na tle rasowym.
O ile aktorzy Denzel Washington i Halle Berry, politycy Colin Powell i Condoleezza Rice, rapper Puff Daddy oraz nieliczni Czarnoskórzy członkowie rad nadzorczych wielkich korporacji w niewielkim stopniu odczuwają jawny bądź ukryty rasizm, na dole społecznej drabiny sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Trudno polemizować ze stwierdzeniem, że biedny Murzyn jest obywatelem kategorii B. Swoich braci, kuzynów i kolegów określa samouwłaczającym, gorzko-ironicznym: „Yo nigga!” („Ty Czarnuchu!”). Nie szanuje kobiety, z którą żyje (przeważnie w związku niezalegalizowanym: odsetek nieślubnych Czarnoskórych dzieci sięga 70 proc.). Jeśli ma dobry humor, zabiera całe cierpiące na chorobliwą otyłość stadło do pobliskiego McDonalds’a. Ostatecznie zaś porzuca dom i samotna matka wychowuje jego dzieci z zasiłku społecznego. Dzieciaki zbierają się co wieczór przed ponurym blokiem, gdzie czekają na nich handlarze narkotyków. Stereotyp? Owszem, ale oparty na twardych danych statystycznych. 

Konserwatysta z ludzką twarzą

Trent Lott musiał odejść nie tylko dlatego, że chwaląc segregacjonistyczny program Thurmonda rozdrapał wciąż nie zagojone rany amerykańskich Murzynów. Również dlatego, że jego wypowiedź skompromitowała całą Partię Republikańską. Prawica do dziś nie może uwolnić się od etykietki rasizmu, na którą zresztą w minionych dekadach solidnie zapracowała. Członkowie partii Abrahama Lincolna wciąż są na cenzurowanym – działacze murzyńscy obserwują ich z nieufnością, a demokraci z nadzieją na wyłapanie szowinistycznych odruchów. Po Lott’cie doświadczył tego sam prezydent Bush. Tym razem poszło o tzw. akcję afirmatywną – tę, którą senator zaczął wychwalać podczas rozpaczliwej walki o stołek.
„Affirmative action” była próbą wyrównania szans w systemie faktycznej segregacji – podziału społeczeństwa na mieszkańców zaniedbanego czarnego getta i dostatnich białych przedmieść. Program ten jednak podzielił polityków zgodnie z przebiegiem ideologicznych granic między liberalizmem a konserwatyzmem. Oficjalnie działacze prawicy krytykują „affirmative action” z pozycji „społecznego leseferyzmu”, twierdząc, że nie wyrównuje szans Murzynów, a bezzasadnie je zwiększa. Sprzeciw ma jednak i drugą stronę. Deklaracja niechęci wobec akcji w przypadku polityków z Południa bywa często puszczaniem oka do wyborców, którzy nie pogodzili się z równouprawnieniem czarnoskórych współobywateli. Jest zakodowanym odpowiednikiem stwierdzenia: „Nie będzie przywilejów dla Czarnych za pieniądze Białych”.
W atmosferze podgrzanej przez Lotta, który – według znanego aktywisty murzyńskiego z Nowego Jorku, deklarującego chęć udziału w następnym wyścigu do Białego Domu, Ala Sharptona – „wyciągnął na światło dzienne szkielet rasizmu tkwiący w republikańskiej szafie”, prezydent Bush ponad tydzień wahał się, jak potraktować pozew trzech białych studentów skarżących Uniwersytet Stanowy Michigan z powodu akcji afirmatywnej. Komisje egzaminacyjne przyznają tam kandydatom dodatkowe punkty (40 na 150 możliwych) m. in. za pochodzenie społeczne, ubóstwo, niski poziom wykształcenia rodziców i czarny kolor skóry. Ostatecznie pod naciskiem konserwatywnego skrzydła swojej partii, w opinii skierowanej do Sądu Najwyższego Bush poparł stanowisko powodów. Uznał, że polityka rekrutacyjna uczelni „dzieli, jest niesprawiedliwa i niezgodna z konstytucją”. Decyzja Busha, podjęta dwa dni przed narodowym Świętem Martina Luthera Kinga oburzyła nie tylko murzyńskich przywódców. Zarówno doradczyni do spraw bezpieczeństwa narodowego Condoleezza Rice, jak sekretarz stanu Colin Powell, powiedzieli prezydentowi, że w ich przypadku akcja afirmatywna okazała się czynnikiem ułatwiającym życiowy start. Powell przyznał w niedzielnym programie CBS „Twarzą w twarz z krajem” („Face the Nation”), że „popiera metody naboru studentów stosowane przez Uniwersytet Michigan i poinformował o tym Busha”.
Niesmaku Afroamerykanów nie zmniejszył udział prezydenta w ubiegłoponiedziałkowych uroczystościach ku czci Kinga i zapewnienie, że każdy niezależnie od koloru skóry musi mieć w Ameryce równe szanse. Nie pomogła też obietnica zwiększenia o 5 proc. rządowych dotacji dla uczelni tradycyjnie kształcących Murzynów i Latynosów. Niektórzy krytycy zarzucili wręcz prezydentowi, że wzmacnia etniczne podziały, utrudniając przedstawicielom mniejszości dostęp do „białych” uniwersytetów a jednocześnie dofinansowując „czarne”. 
Ale USA to kraj demokratyczny: Murzyni głosują na lewicę (w roku 2000 tylko 8 proc. czarnego elektoratu oddało głosy na Busha), republikański elektorat przeciwny jest preferencjom dla mniejszości, zatem przeciwny jest im również republikański prezydent. George Bush stara się o opinię „nowego republikanina”, „współczującego konserwatysty” czy „konserwatysty z ludzką twarzą” – jakbyśmy tego nie nazwali. De facto pozostaje pod wpływem prawego skrzydła konserwatystów, które niepodzielnie rządzi partią co najmniej od czasów „konserwatywnej rewolucji” Newta Gingricha, szefa republikanów w Senacie w pierwszej połowie lat 90. Umizgi prezydenta wobec mniejszości są w gruncie rzeczy umizgami wobec grup, które odstręcza od republikanów dominacja ultraprawicy. Jednak to one stanowić będą języczek u wagi w następnych wyborach.

„Jeden z was zawiśnie”

Wbrew naiwnym, choć rozpowszechnionym opiniom, George Bush nie kieruje się w podejmowaniu decyzji własnymi przekonaniami. Gdyby tak czynił, nie zostałby prezydentem USA. Kieruje się – jak każdy polityk – zaleceniami specjalistów od badania opinii publicznej, strategów, politologów. Stąd jego nieprzejednane stanowisko w sprawie kary śmierci.
Karę główną w procesach o morderstwo popiera 70 proc. Amerykanów, a sprzeciwia się jej zaledwie 20 proc. Bush jako gubernator Teksasu nie ułaskawił ani jednego skazańca. Teraz z oburzeniem przyjął niedawny akt łaski gubernatora Illinois, George’a Ryana, który zmienił wyroki (na dożywocie) wszystkim 156 mieszkańcom cel śmierci w swoim stanie. „W amerykańskim systemie sądowym pokutuje duch pomyłki – stwierdził Ryan. – Pomyłkowo uznajemy winnymi zbrodni niewłaściwych ludzi i pomyłkowo orzekamy, kto z winnych powinien zostać stracony. Na egzekucję czekają osoby skazane równie przypadkowo, jak przypadkowe są ofiary uderzenia pioruna”. Dodał, że podziela uczucia pokrzywdzonych rodzin, ale sumienie nie pozwala mu zostawić spraw własnemu biegowi. 
Gubernator Ryan już 3 lata temu zawiesił wykonywanie w Illinois egzekucji, kiedy to studenci wydziału dziennikarstwa Northwestern University dowiedli, że niewinnych jest aż 13 kolorowych skazańców. Niesłusznie oskarżonych zwolniono z więzienia (jednego niecały tydzień przed wykonaniem wyroku). „Dopóki nie upewnię się, że wszystkie osoby czekające na śmierć są winne, nikt w Illinois nie dostanie zastrzyku trucizny” – stwierdził wówczas Ryan. Odchodząc ze stanowiska bez zamiaru kontynuowania kariery politycznej, mógł pozwolić sobie na postąpienie wbrew woli większości, za to zgodnie z własnym sumieniem. Zamianę wszystkich wyroków śmierci na dożywocie, m. in. 43-letniemu obywatelowi Polski, Grzegorzowi Madejowi, chwalą działacze humanitarni na całym świecie. Natomiast zdaniem amerykańskich prawników, Ryan podważył autorytet sądów. Protestują również rodziny ofiar, ale od aktów łaski nie ma odwołania.
Tyle tylko, że inne badania dowodzą, iż sędziowie w USA orzekają karę śmierci przede wszystkim wobec ubogich przedstawicieli mniejszości etnicznych, których nie stać na dobrych adwokatów. Okazuje się, że Murzyn oskarżony o zabicie Białego ma 11-krotnie większą szansę na znalezienie się w celi śmierci niż Biały sądzony za zabójstwo Murzyna. Jeśli zaś mieszka w Teksasie, proporcja ta wynosi 400:1. Spośród skazańców straconych od roku 1977 (w 1976 Sąd Najwyższy przywrócił karę śmierci) 82 proc. miało czarny kolor skóry. 
Rasizm policji, prokuratorów i przysięgłych jest jedną z głównych przyczyn skazywania na śmierć niewinnych. Przykładem historia woźnego Clarence Brandley’a, oskarżonego w rodzinnym stanie George’a Busha o zamordowanie białej dziewczynki. Był on jednym z dwóch podejrzanych pracowników szkoły. Po 24 godzinach, oficer prowadzący śledztwo stwierdził: „Jeden z was zawiśnie”, po czym zwracając się do Brandleya, sprecyzował: „A ponieważ ty jesteś Czarnuchem, nie będziemy sobie komplikować życia”. Zanim ujęto prawdziwego przestępcę, Murzyn spędził w celi śmierci 10 lat.

Życie spoczywa w waszych rękach

Podobne co Ryana rozterki sumienia nie targają jednak prezydentem Bushem. „Każdy przestępca tracony w Teksasie jest winny zbrodni, za którą został skazany – oświadczył pełniąc jeszcze funkcję gubernatora. – Sądy szczegółowo badają wszystkie sprawy, droga prawna jest wyczerpująca i wyklucza możliwość pomyłki”. Rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana. W Teksasie wyroki śmierci dla Murzynów ferowane są równie lekko, jak w innych stanach grzywny. Urząd kontroli poprocesowej został zlikwidowany. Przytłaczająca większość sędziów jest zwolennikami najwyższego wymiaru kary. Obrońcy publiczni wyznaczani przedstawicielom mniejszości są nieudolni i źle opłacani. Pewien adwokat z Teksasu w 1992 r. wygłosił do przysięgłych następującą mowę końcową: „Jesteście wyjątkowo inteligentni. W waszych rękach spoczywa życie człowieka. Możecie je zakończyć, możecie ocalić. To wszystko, co mam do powiedzenia”. Podsądny został stracony.
Raporty Amnesty International roją się od przykładów nieuzasadnionego stosowania przemocy wobec kolorowych przez policjantów i strażników więziennych. Zdaniem działaczy, wzrost brutalności stróżów prawa wiąże się w dużej mierze z polityką lokalnych władz, m. in. byłego burmistrza Giulianiego, który, zaostrzając walkę z przestępczością, poszerzył uprawnienia funkcjonariuszy. Nie da się zaprzeczyć, że od kiedy Giuliani objął władzę, liczba zabójstw w Nowym Jorku spadła. Ale osławiona „jakość życia” poprawiła się przede wszystkim białym mieszkańcom dobrych dzielnic. W latach 1997 i 1998 funkcjonariusze 400-osobowej jednostki do spraw przestępstw ulicznych („Street Crime Unit”) rozwiązanej po śmierci Diallo, zatrzymali i przeszukali 45 tys. „podejrzanych” Murzynów i Latynosów, a z nich aresztowali tylko 9 tys. Na dodatek większość z tej jednej piątej uniewinniły sądy.
Z kolei w stanach Południa nadal zdarzają się samosądy przypominające makabryczne dokonania Ku-Klux-Klanu. W 1998 r. doszło wręcz do serii linczów. Koledzy z więziennej celi, teksańczycy Shawn Berry i Lawrence Brewer oraz ich przyjaciel od kieliszka John King, zaproponowali podwiezienie półciężarówką 49-letniemu Jamesowi Byrdowi. Po przejechaniu 15 kilometrów, zatrzymali się w środku lasu, wywlekli pasażera z szoferki i zaczęli okładać kijami. Potem przykuli ofiarę łańcuchem do zderzaka i powlekli wyboistą drogą, zostawiając za samochodem poszarpane części ciała. Głowę Byrda policja znalazła w odległości dwóch kilometrów od korpusu. Jedno z ramion odszukał w przydrożnych krzakach policyjny pies. 
Podobnie jak w przypadku szkolnych masakr czy serii podpaleń nowojorskich bezdomnych, doniesienia mediów o incydencie zainspirowały kolejnych rasistów. Kilka dni po morderstwie Byrda, dwaj biali mężczyźni z Luizjany obezwładnili i powlekli za samochodem 23-letniego Corneliusa Weavera. Do podobnych wydarzeń doszło w Alabamie oraz Illinois.

Uprzywilejowany świat Białych

Tymczasem wyszydzona przez intelektualistów, a ignorowana przez szarych zjadaczy chleba, „political corectness” wciąż ma wiernych wyznawców. Uważają oni, że wystarczy zmodyfikować symbole, archetypy, toposy oraz mity, które legły u podstaw naszej kultury, wyeliminować z języka zabarwione rasistowsko wyrażenia typu „Czarna owca”, „Czarny charakter” czy „indiańskie lato”, a z życia społecznego znikną uprzedzenia i fobie, podziały i niesprawiedliwość. To głosiciele PC odpowiedzialni są za reklamy, w których Murzyn zawsze jest mądrzejszy od Białego. 
Tymczasem czarnoskórzy ludzie sukcesu z reguły odcinają się od swojej grupy etnicznej. Stają się częścią uprzywilejowanego świata Białych. I tu pojawiają się kłopoty. Każdemu zdarza się pomylić imię dalekiego znajomego, ale gdy znajomym tym jest Murzyn, należy pilnować się w dwójnasób. Murzyni są przekonani, że biali podświadomie ulegają stereotypowemu przekonaniu o jednakowym wyglądzie wszystkich Czarnych, a zatem mylą się z pobudek rasistowskich! Karygodne jest – ich zdaniem – nie tylko utrzymywanie wobec Murzynów nadmiernego dystansu, ale również zbytnia zażyłość. Większość czarnoskórych yuppies nie reaguje, gdy przełożony lub kolega z pracy zwraca się do nich po imieniu. Wymagają formy „proszę pana/pani”. „Mam wystarczająco wiele lat, by pamiętać czasy, gdy Biali zwracali się do dwa razy od nich starszych, Czarnych mężczyzn per »ty«. Pamiętam, że traktowali w ten sposób mojego ojca i mojego dziadka. Ja powiedziałem »dość« – deklaruje Otis Jenkins, właściciel nowojorskiego salonu fryzjerskiego „Styles”.
Poufałości nie może znieść także Alvin Poussait, profesor psychiatrii w Harvardzie. „Kiedy słyszę, że ktoś mówi do mnie po imieniu, reaguję jak Murzyn. Zadaję sobie pytanie, o co chodzi osobie, która zwraca się do mnie Alvin? Pewnie myśli, że Alvin zabrzmi przyjacielsko, ale mimo to nie potrafię uniknąć tej specyficznej, emocjonalnej reakcji człowieka przyłapanego na gorącym uczynku”. Czarni czują się także urażeni, gdy stoją w grupie, rozmawiają o czymś, a Biały podejdzie i spyta: Co robicie? W ich przekonaniu sugeruje przez to, że planują jakąś niegodziwość. Za przejaw rasizmu uważają zdziwienie, że Murzyn ukończył prestiżową uczelnię: „Naprawdę, pracujesz dla NASA?; naprawdę kończyłeś Harvard?”. „Kiedy na przyjęciu Biały pyta, do którego chodziłem liceum, czuję się, jakbym dostał w twarz. Wiem, że chce on zrozumieć, dlaczego zaszedłem tak wysoko” – zwierza się prof. Poussait. 
Jak cios dla Murzyna może podziałać zdanie: „To bardzo inteligentny facet”. W stwierdzeniu tym kryje się sugestia, że wybitna inteligencja jest wśród Czarnych cechą rzadką. Jeszcze bardziej bolesne są próby nawiązania kontaktu za pośrednictwem murzyńskiego slangu. Czarny czuje się upokorzony, gdy słyszy Białego używającego wyrażeń „homie”, „my hood”, „man” czy „girlfriend”. Komiczne? Absurdalne? Nie: raczej smutne i żałosne, że tak właśnie pozostaje podzielony – przez najwspanialszą z demokracji – świat. Na Czarnych i Białych. Wcale nie symbolicznie.

Piotr Milewski jest dziennikarzem Radia Zet.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 5 (2795), 2 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl