„Wybrałyśmy ostatnie miejsce”– o sensie życia zakonnego


Małe siostry bez znaczenia

Anna Mateja



Wspólnota małych sióstr miała powstać w niskim, opuszczonym budynku przy cerkwi. Znajomy ksiądz przewiózł siostry przez wieś. Zobaczyły fermę, chlewnie, magazyny, szkołę, robotnicze bloki, greckokatolicką cerkiew z początku wieku zamienioną na kościół rzymskokatolicki. W Machnowie Starym mieszkało prawie 300 osób, w większości pracownicy PGR. „Zostajemy” – zdecydowały.


Była połowa 1985 r. Siostra Teresa, lekarka, rozpoczęła pracę w ośrodku zdrowia. Siostra Bożena, po filozofii na KUL-u, karmiła cielęta w chlewach PGR-u. Siostra Wanda właśnie przeszła na emeryturę. Wszystkie pochodziły ze Wschodu: Teresa z Krasnobrodu, Bożena z Brześcia nad Bugiem, Wanda spod Czartoryska na Wołyniu. Teresa i Wanda przeżyły czystki etniczne na zachodniej Ukrainie w 1943 r.
Małe siostry Jezusa robią zakupy w dwóch sklepach. Do przystanku, skąd odjeżdżają autobusy do Bełżca, Tomaszowa Lubelskiego albo Lublina, mają kilometr. Nocą widzą światła Rawy Ruskiej na Ukrainie. Zaledwie 60 kilometrów dzieli je od Lwowa. W szopie zbudowały kilka ciasnych pokoi, łazienkę, kuchnię, kaplicę. Kiedyś dwuzmianową pracę przy karmieniu cieląt, teraz prowadzenie domu i ogrodu, przedziela wielogodzinna adoracja i lektura Biblii.
Z ogrodu widać horyzont: bez lasów, domów, autostrad. Idealnie pusta przestrzeń, jak na pustyni, jest klauzurą małych sióstr z Machnowa lepiej niż mury i kraty oddzielająca od „normalnego świata”, pomagająca kontemplować świat i wielbić Boga. Klauzura nieszczelna, bo pokonuje ją życie ludzi: ich choroby, bezrobocie, samotność, ale i radości, z którymi sąsiedzi przychodzą do sióstr. Małe siostry mają być same, nie kłuć w oczy powołaniem, ale żyć tak, jak otaczający ich ludzie. Przypominać o istnieniu Kościoła ubogich. 

Jak spalenie mostów

Siostra Wanda: – Nie wiedziałam, do jakiego zgromadzenia chcę należeć. Byłam jednak przekonana, że powołanie trzeba realizować bardzo radykalnie. To ma być dar z siebie – całkowity. Oddanie się na wyłączność. Jak spalenie za sobą mostów, bez powrotu. Moja konsekracja ma stawać się codziennie: jestem do dyspozycji Boga, który może mnie wydać na co chce.
O istnieniu sióstr zakonnych dowiedziałam się od ojca, który nazwał je „osobami poświęconymi Bogu”. Nie miałam żadnej wiedzy, a jedynie silne, wewnętrzne przekonanie, że ta Boża wyłączność mi odpowiada. Gdy miałam 17 lat, już po wojnie, ciocia, u której się wychowywałam, szukała dla mnie męża i chciała mi zapisać majątek. A ja lubiłam samotność. Siedziałam na drzewach: dużo czytałam, modliłam się. Zrezygnowałam z majątku, wróciłam do mamy i zgłosiłam się do felicjanek. Byłam jednak zbyt młoda i poproszono mnie, żebym trochę poczekała. A ja chciałam już, więc szukałam dalej. Franciszkanki misjonarki nie przyjęły mnie ze względu na stan zdrowia. Obowiązkowe badania lekarskie wykryły, że mam poważną wadę serca.
Żyliśmy biednie. Majątek rodziców został na Ukrainie. Ojciec zmarł na tyfus w 1942 r. i mama, z czwórką dzieci, ledwo sobie radziła. Nie wykarmiłaby nas, więc gdy byłam jeszcze dzieckiem, wzięła mnie do siebie wspomniana ciocia. Mimo biedy, musiały być pieniądze na „Posłańca Serca Jezusowego” i „Rycerza Niepokalanej”. To z nich dowiedziałam się, że w Nazarecie żył pewien człowiek wyłącznie dla Chrystusa. Nikt go nie poważał, dzieci rzucały za nim błotem. A on modlił się, pracował, był otwarty na innych. Nie wiedziałam, że był zakonnikiem i założył zgromadzenie. Nazywał się mały brat Jezusa Karol de Fou-cauld. Obiecałam sobie, że jeśli żadne zgromadzenie mnie nie przyjmie, będę żyła jak ten nieznany mały brat.
W pismach znalazłam adresy zakonów. Postanowiłam, że pójdę tam, skąd otrzymam pierwszą odpowiedź. Pierwsze odpisały franciszkanki służebnice Krzyża z Lasek pod Warszawą. Nie taiłam problemów z sercem, więc przyjęto mnie warunkowo. Jako postulantka czy nowicjuszka robiłam to, co inne: prałam i sprzątałam. Potem pracowałam z niewidomymi i oddałam się tej pracy tak, jak pojmowałam powołanie: całkowicie. Wątpliwości jednak nie zniknęły: czy takie życie wybrał dla mnie On, czy to tylko ja bezboleśnie robiłam to, co polubiłam?
W Laskach byłam 9 lat. Odeszłam za zgodą przełożonej. Moja starsza siostra była wówczas w nowicjacie i nie wierzyła, że zdecyduję się szukać dalej, bo niby dlaczego? Kochałam ludzi, z którymi przyszło mi pracować. Obowiązki, niełatwe przecież, wykonywałam z wielkim oddaniem i byłam za to ceniona. Ale cierpiałam z powodu tego braku pewności i odwlekałam złożenie ślubów wieczystych.
Moim kierownikiem był ks. Tadeusz Fedorowicz – opiekun duchowy Lasek, który w czasie wojny pozwolił się wywieźć na Sybir razem z zesłańcami. Mądry, cierpliwy, nie zatrzymywał mnie ani nie ponaglał. Chciał, żeby to była absolutnie wolna decyzja. Nie wiedziałam jeszcze, że istnieje zgromadzenie małych sióstr Jezusa.
Gdy nadszedł czas ostatecznej decyzji – złożenia ślubów wieczystych, całą noc modliłam się w kaplicy. Nie wiedziałam, co mam z tym „wewnętrznym ponagleniem” zrobić: zostać czy odejść? Rano zobaczyłam w kaplicy dwie małe siostry, które tej właśnie nocy przyjechały z Francji. „No widzisz, widzisz – mówił ks. Fedorowicz. – Teraz już nie możesz mieć wątpliwości”. Nie miałam. Po roku znalazłam się w Le Tubet, w domu formacyjnym małych sióstr we Francji, nie znając ani języka, ani duchowości zgromadzenia. Był początek lat 60.

Macie być niewidzialne

Karol de Foucauld zostawił podróże i wojsko, żeby zostać pustelnikiem. Od 1901 r. żył wśród Tuaregów-muzułmanów na Saharze, w południowej Algierii. Nie założył żadnego zgromadzenia, opracował jednak reguły życia zakonnego. Na ich podstawie w 1939 r., w algierskim Tugurt, Magdalena Hutin założyła fraternité (z franc. wspólnota braterska). W 1944 r. fraternité przedstawiło się papieżowi Piusowi XII jako zgromadzenie robotnicze „małych sióstr bez znaczenia, żeby nikomu nie przyszło na myśl nas poważać”, jak pisała założycielka w książce „Śladem brata Karola”.
Za „żelazną kurtyną” siostry nie prowadziły misji, nie uczyły religii, nie jeździły po parafiach, żeby opowiadać o charyzmacie swojego zgromadzenia. Dyskrecję narzucała zarówno nieuregulowana wówczas sytuacja wspólnoty, jak chęć bycia w krajach, w których ujawnienie mogłoby niepotrzebnie narazić je na niebezpieczeństwo. Mimo to w Polsce dziewczyny szukały adresu małych sióstr.
Mała siostra Magdalena odwiedzała Polskę od 1957 r. Jednak o jawnym powołaniu robotniczego zgromadzenia w państwie chłopów i robotników nie było mowy. Na przełomie lat 50. i 60. przyjechały pierwsze siostry: Marie Germaine zamieszkała w Krakowie u Marii i Stefana Swieżawskich; Marie Edith w domu akademickim Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego; Claire w warszawskim mieszkaniu zaprzyjaźnionej z redakcją „Tygodnika” Anieli Urbanowiczowej.
„Honory zostawmy tym, co je zechcą; natomiast o trudy, niebezpieczeństwa – ubiegajmy się zawsze sami” – napisał brat Karol rankiem 1 grudnia 1916 r.; kilka godzin później został zamordowany przez jedno z tamtejszych plemion arabskich. Tego samego dnia, tyle że w 1965 r. w Poznaniu, dwie młode kobiety wynajęły mieszkanie. Jedna była lekarzem, druga salową. W przestronnym pokoju pozdejmowały obrazy, odgrodziły miejsce na oratorium, gdzie położyły Biblię. Salową była s. Wanda, która po dwóch latach formacji u małych sióstr wróciła jako pierwsza odpowiedzialna za to zgromadzenie w Polsce. Lekarzem – Teresa, przygotowująca się do złożenia ślubów. O tym, że są małymi siostrami, właścicielka mieszkania nigdy się nie dowiedziała. W podobnej dyskrecji urządzały się niecały rok później w Częstochowie, gdzie wynajęły ciasne mieszkanie w suterenie. „Możecie w Polsce pracować, ale macie być niewidzialne” – usłyszały od prymasa Wyszyńskiego. Tego zdania była również założycielka. I rzeczywiście takie były. Zerwały wszystkie przyjaźnie i znajomości. Pracowały jak osoby świeckie, nie zakładały habitów.

Zawsze niczyi

Brat Karol napisał kiedyś, że małe siostry mają krzyczeć ewangelię na ulicach, a jednocześnie żyć kontemplacyjnie w ubóstwie. Mają iść do tych, których nikt nie chce, brzydzi się, lekceważy. O Machnowie zapomniano na początku lat 90., gdy upadł PGR, co nie znaczy, że wcześniej ktoś się ludźmi stamtąd przejmował. Oni zawsze byli niczyi: pracownicy przedwojennych folwarków, małorolna biedota z Zamojszczyzny, ludzie po przejściach, których przerastała samodzielność. Skoro i tak żyli na obrzeżach, dlaczego nie wysłać ich do takich miejsc jak Machnów? PGR dawał im pracę i mieszkanie, a światu rozwiązywał problem z ludźmi, którzy nie potrafili sobie w nim poradzić.
Przed wojną było tu prawie 700 domów. Nikt nie opowie, jak się w nich mieszkało, bo wieś była ukraińska – po wojnie w całości wysiedlona. Zostały: zniszczona popówka (dom księży greckokatolickich), gdzie do niedawna były biura PGR, wywrócone nagrobki na zarośniętym cmentarzu grekokatolików i cerkiew. Zamożni są emeryci i renciści. Młodzi wyjeżdżają pracować za granicę albo do sezonowych prac „na czarno” do Warszawy. Niektórzy zbierają latem zioła dla lubelskiego Herbapolu. Nie ma pracy, lekarza, policji, urzędów. Magazyny i niedokończona ciepłownia straszą na pół rozwalonymi murami. Ksiądz przyjeżdża 2-3 razy w tygodniu, żeby odprawić Mszę. Ludzie przychodzą więc do sióstr.
„Bez przerwy przyjmuję ludzi, rozmawiam z niewolnikami, z biednymi, chorymi, podróżnikami, ciekawskimi...” – pisał w 1902 r. brat Karol na Saharze. U sióstr w Machnowie jest podobnie.
Siostra Wanda: – Dom jest na tyle otwarty, że trudno się wyłączyć na dni skupienia. Kiedyś, gdy zaczęłam się przygotowywać do adoracji i lektury Biblii, niezrównoważona psychicznie sąsiadka zaczęła stukać do drzwi, krzycząc, że ma myśli samobójcze. Otworzyłam, długo z nią rozmawiałam, aż się uspokoiła. Wiedziałam, że nic nie straciłam z dnia skupienia. Potrzebuję tych paru godzin modlitwy w kaplicy – to tam jest źródło mojej siły i cierpliwości – ale brat Karol też przerywał modlitwy kilka razy dziennie, żeby zająć się ludźmi. I stworzył regułę życia w zakonie, którego się nie zamyka, ale otwiera na Boga i tych, którzy przychodzą: schizofreników, bezrobotnych, odrzuconych.
Jest w ewangelii św. Marka passus o tym, że „nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają”. Chrystus spędził na pustyni tylko 40 dni, a 33 lata po prostu wśród swoich. Odczytujemy to dosłownie – ubogim i odrzuconym ma być głoszona ewangelia. „Krzyczymy” ją na dwóch ulicach Machnowa swoim życiem. Nie zawsze nas stać, żeby pożyczyć im pieniądze, tak jak oni kupujemy czasem w sklepie jedzenie na kredyt, a ich mieszkania bywają lepiej urządzone od naszej szopy. Może jest to znakiem dla sąsiadów, że można być szczęśliwym nie mając w domu dywanów? Bo my nie traktujemy tego ubóstwa jak zesłania, ale jesteśmy w nim szczęśliwe.
Ludzie z Machnowa czują, że otaczamy ich szacunkiem. Ktoś może powiedzieć, że to ludzie znikąd. Dla mnie są wspólnotą ewangeliczną. Tutaj nie potępia się alkoholików czy panien z dzieckiem, ale im współczuje. Nikogo się nie osądza, nie wyklucza. Największym grzechem jest pycha, a oni mają poczucie własnej słabości i grzeszności. Są pokorni, akceptują drugiego człowieka – przez to są doskonalsi. W Machnowie lepiej zrozumiałam zdanie „błogosławieni ubodzy w duchu”.

Helena chodzi po kościele

W machnowskim kościele kobiety są na pierwszym planie. Do Mszy w sobotni ranek służy 12-letnia Agnieszka, lektorem jest siostra Teresa, wśród uczestniczek – wyłącznie kobiety. Na śpiewające kolędy machnowianki patrzą apostołowie ze złoconych ikon. Intensywny, złoty kolor, który przetrwał bez renowacji prawie 60 lat, jest znakiem, że kiedyś ludziom w Machnowie żyło się spokojnie i dostatnio.
Helena nie potrafi się skupić. Chodzi po kościele, zagaduje do modlących się kobiet, czasami schyli się tak głęboko w ławce, że prawie jej nie widać. Wanda próbuje uspokoić siostrę, ale wtedy włączają się sąsiadki: niech chodzi, im to nie przeszkadza. Helena jest młodszą, upośledzoną umysłowo siostrą Wandy. To od niej rozpoczęła się w Polsce „Arka”. 
Heleną przez wiele lat opiekowała się jej zamężna siostra. Potem dziewczyna mieszkała w domu pomocy społecznej w Raciborzu. Wanda źle się z tym czuła. Jako że ich przełożona, mała siostra Magdalena była zaprzyjaźniona z Jeanem Vanier – założycielem wspólnot dla upośledzonych umysłowo i ich opiekunów „Arka”, Wanda poprosiła ją o pozwolenie zainicjowania „Arki” w Polsce. Małe siostry miały to tylko rozpocząć, a później się wycofać. I tak się stało. Gdy w 1980 r. otwarto pierwszy dom „Arki” w Śledziejowicach pod Krakowem, Helena była pierwszą upośledzoną osobą, która tam zamieszkała, a Wanda i Bożena – pierwszymi asystentkami. Pięć lat później wyjechały z Heleną do Machnowa, by za zgodą założycielki stworzyć wspólnotę małych sióstr w PGR.
Helena chodzi po domach, krzyczy, kładzie się sąsiadom na łóżkach, gdy jest zmęczona. Nikt jej nigdy nie wyprosił, nie uderzył, nie podniósł głosu. Sąsiedzi nie czytali książek Jeana Vanier. Wiedzą tylko, co to znaczy być gorszym, kimś, od kogo wszyscy się odsuwają.
Siostra Bożena: – Gdy przyjechałyśmy do Machnowa, nikt nie wiedział, że jesteśmy zakonnicami. O nic nas nie pytali, a wszystkiego nauczyli: czyścić oborę, przygotowywać mleko dla cieląt, podawać je. Teresa, która była lekarzem w ośrodku zdrowia, czasami zastępowała mnie w oborze. Nie oburzało ich to, ani nie dziwiło. Śmiali się, że pani doktor wreszcie czegoś się nauczy. Gdy założyła pierwszy raz habit do pracy, nikt na to nie zwrócił uwagi.
Siostra Teresa: – Pomoc sąsiedzka nie jest żadnym problemem. Gdy w Nowy Rok śnieg nas zasypał prawie po pas, kto mógł – przyszedł z łopatą na drogę prowadzącą do szosy. A droga ma kilometr. Inaczej nie dojechałaby karetka pogotowia do upośledzonej Honoraty, która akurat wtedy musiała mieć dializowaną nerkę. Nie dałybyśmy też rady uprawiać naszego ogrodu bez pomocy sąsiadek. Inne pomagają nam rąbać drzewo, zaopatrują w ziemniaki na zimę.

Mamy być kobiece

Kobiety stąd zawsze pracowały ciężko. W czasach PGR musiały przerzucić nawet 30-40 ton suchej karmy w suszarni zbóż. Wiele prac polowych wykonywanych było ręcznie. Do tego dochodziły obowiązki przy zazwyczaj wielodzietnych rodzinach. Zachowały pogodę ducha, choć żadnych bogactw, przynajmniej materialnych, nie zdobyły.
Gdy w Częstochowie pod koniec lat 60. zaczęły się zgłaszać pierwsze kandydatki do zgromadzenia, Wanda, Teresa i Bożena kupiły dom i wyprowadziły się z sutereny. Wcześniej mała siostra Magdalena wysłała list z rysunkiem, jak dom ma wyglądać: niewielki, z widokiem na Jasną Górę i ogrodem. Same odwodniły piwnicę, podniosły dach, wybudowały pomieszczenie gospodarcze, ogrodziły posesję, wyrównały drogę. Kilka lat ciężkiej fizycznej pracy.
Siostra Bożena, która pracowała wtedy jako listonosz: – Zdarzały się prośby, także w Machnowie, żebyśmy prowadziły księdzu plebanię, ale my odmawiałyśmy. Niektórych to oburza albo dziwi. Jak ona służy Kościołowi roznosząc listy czy pracując przy cielętach? Żal mi jednak księży rzuconych w takie stepy, jak pas graniczny z Ukrainą. Są osamotnieni, zapracowani, rzadko znajdują w kimś oparcie. 
Siostra Teresa: – „Dobra gospodyni” to także udział w duszpasterstwie. Siostra Bożenna z Lasek, rodzona siostra Wandy i Heli, była prawą ręką proboszcza z Izabelina. Jej kuchnia była jak klasztorna furta, wszyscy się tam schodzili. I dzieci, i ludzie, którzy mieli sprawę do księdza. 
Cenimy sobie niezależność. Na początku proponowano nam prowadzenie katechezy, ale to też jest niezgodne z celem, dla którego powstałyśmy. Postarałyśmy się więc o katechetkę, zapewniłyśmy jej dom, wyżywienie, naszą pomoc. Uczyła dzieci przez trzy lata, bezinteresownie. Nie tolerujemy prozelityzmu. Dzięki temu nasze siostry pracują w szpitalu położniczym 25 kilometrów od Mekki, zostały też w Kabulu w czasie ostatniej wojny w Afganistanie. Sąsiedzi nie muszą się nas obawiać.
Mała siostra Magdalena przypominała im, że mają być kobiece. Ciężka praca, samodzielność, nie mogą zmienić faktu, że małe siostry są najpierw kobietami, potem chrześcijankami, a dopiero na końcu zakonnicami.
Siostra Teresa: – Nie wystarczy, że się modlę. Muszę twardo chodzić po ziemi, mówić prawdę, mieć swoje zdanie, ale być też pokorną wobec świata. W Starym Testamencie Bóg podał narodowi wybranemu zasady skrupulatnie regulujące jego życie, aby uczynić je bardziej świętym. Nasze życie ma być podobne – zwrócone do Niego, cokolwiek robimy.
Siostra Bożena: – Powinnyśmy w sobie doskonalić delikatność, uważność, wielkoduszność, otwartość... Ale czy są to cechy wyłącznie kobiece? 
Gdy ktoś pyta mnie o sens życia zakonnego i gubię się w wyjaśnieniach albo szukam słów, przypominam sobie życie Wandy – jej determinację, rozstania, rezygnowanie ze wszystkiego, co posiadała, i starcza mi to za wszelkie tłumaczenia. 
W Machnowie jest horyzont, który budzi tęsknotę za czymś nieograniczonym, za całkowitym zjednoczeniem z Bogiem. Po kilkunastu latach mieszkania tutaj jeszcze to siostrom nie spowszedniało. Wychodzą późną nocą przed dom, żeby w ogłuszającej ciszy popatrzeć na pełnię księżyca. Cieszy je śnieg, który przykrywa śmieci, jakie zostawił po sobie PGR. Wieczorami idą na górkę dwa kilometry za wsią, bo stamtąd najlepiej widać zachód słońca. Gdy ludzie stracili pracę i zaczęli wycinać na opał drzewa przy drodze, martwiły się, czy za kilka lat będą się miały gdzie lęgnąć słowiki.
Siostra Wanda: – Skoro wszystko jest u Boga święte, co za różnica czy jestem przełożoną, czy prostą siostrą od prac fizycznych? Nie ma miejsca na porównania. Jeśli jestem na ostatnim miejscu, jest OK. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 5 (2795), 2 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl