LISTY





Głos sumienia

Poczuwam się do obowiązku zaprotestowania przeciw oświadczeniu ministra spraw zagranicznych, pana Włodzimierza Cimoszewicza, który – jak podały środki masowego przekazu – oświadczył, że „Polska jest gotowa poprzeć Stany Zjednoczone nawet gdyby jednostronnie, bez zgody ONZ, użyły siły wobec Iraku”. Uważam, że nie tylko samo użycie siły przez Stany Zjednoczone wobec Iraku bez zgody ONZ byłoby aktem niemoralnym, równałoby się bowiem rozbojowi międzynarodowemu godnemu potępienia na równi z terroryzmem, ale nawet groźba słowna, wyrażająca taką możliwość, jest już sama w sobie aktem niemoralnym. Uważam, że pan minister wykroczył poza uprawnienia, jakie mu daje mandat wyborców, jako że ów mandat zobowiązuje go zarówno do poszanowania prawa polskiego, jak międzynarodowego, którego Polska jest sygnatariuszem, a którym regulowane są wszelkie partnerstwa, także polskie ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej.
Osobiście, gdybym był żołnierzem, a otrzymałbym rozkaz udania się do Iraku, by „poprzeć Stany Zjednoczone jednostronnie, bez zgody ONZ” w ich ataku na ten kraj, jako obywatel polski i chrześcijanin, nie usłuchałbym rozkazu.


Ks. STANISŁAW MUSIAŁ SJ

Kraków, 23 stycznia 2003 r.






Nie muszą się zgadzać

Z zainteresowaniem przeczytałem artykuł Michała Okońskiego „Duchowni AD 2002” („TP” nr 3/2003). Dowiedziałem się m. in., że choć niemal wszyscy ankietowani księża znają stanowisko Episkopatu Polski i Papieża w sprawie wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, 20 proc. z nich go nie podziela. Fakt ten autor artykułu skomentował zdaniem: „Oznacza to, że niechętni wstąpieniu do Unii duchowni świadomie zajmują inne stanowisko niż ich zwierzchnicy”. Może to być prosta konstatacja (jak najbardziej prawdziwa), ale może to być również nieuzasadniona krytyka „niesubordynacji” księży. W czym rzecz? Problem polega na właściwym rozumieniu wolności katolika w dziedzinie rozwiązań politycznych. Mamy wolność i nie dość o tym mówić, także na łamach „TP” (jest to nie tylko wolność „do”, ale też wolność „od” Unii). Granice tej wolności wyznacza moralność, z czego katolik powinien zdawać sobie sprawę. Decyzja o postawieniu znaku „x” przy „tak” lub „nie” w czasie referendum akcesyjnego jest kwestią widzenia przyszłości naszego kraju, a nie aksjologii. W tej materii jestem wolny i nie muszę się zgadzać ze stanowiskiem biskupów czy Papieża (choć akurat w tym przypadku podpisuję się pod nim obiema rękami). Takiego obowiązku nie ma również tych 20 proc. księży.


MICHAŁ ORCZYK 
(Biały Kościół, woj. małopolskie)


Zdanie cytowane przez Pana z mojego tekstu było prostą konstatacją. Opinia Papieża czy biskupów w kwestii integracji europejskiej nie jest dla katolików w sumieniu wiążąca – choć, rzecz jasna, powinna im dawać do myślenia.


MICHAŁ OKOŃSKI






Kolęda w pięć minut

Przez wiele lat chodziłem po kolędzie jako ministrant, a potem pisarek. Z ciekawością przeczytałem więc teksty o odwiedzinach kolędowych („TP” nr 2/2003). Nie we wszystkim zgadzam się z ks. Janem Dziaskiem, proboszczem parafii św. Jadwigi w Krakowie, z którym przeprowadzono rozmowę. Stwierdzenie, że „wizyta duszpasterska jest przede wszystkim spotkaniem modlitewnym” trochę mną zatrzęsło. Jak ksiądz wyobraża sobie 2-minutowe spotkanie modlitewne!? To chyba raczej spotkanie pacierzowe. W mojej diecezji, katowickiej, 5 minut kolędy należy do rekordów długości. Księża twierdzą, że to wierni nie chcą dłużej, a wierni, przynajmniej moi znajomi, zawsze czują po kolędzie niedosyt. Chcieliby pogadać, trochę się z księdzem poznać – nie ma czasu. Ks. Dziasek mówi, że można się z księdzem umówić na indywidualne spotkanie dla omówienia konkretnych spraw. Można, ale tak się składa, że księża przeważnie nie mają czasu. Ks. Jan mówi też, że „ksiądz powinien być wśród wiernych”! Tyle tylko, że ja się z tym prawie wcale nie spotykam, natomiast kolęda jest tak sztuczna i dziwnie napuszona, iż trudno zorientować się w czasie wizyty, „że ksiądz jest zwykłym człowiekiem”. Znam wielu księży. Trafiają się zwykli i nie zwykli, ale nigdy nie dowiedziałem się o tym dzięki kolędzie.
Jestem jednak całym sercem za odwiedzinami kolędowymi. Poznawanie siebie to jedyna możliwość, aby Kościół trwał i rozwijał się. Dopóki jednak nie zdejmiemy tego napuszonego odium i nie pojawi się w tym „obrzędzie” chęć autentycznego spotkania, niczego one nie przyniosą. 
W tym samym numerze „TP” znalazłem też felieton pani Ewy Szumańskiej „Obawa”. Cieszę się, że ktoś myśli o takich ludziach jak ja, co chcieliby, aby przekonywać ich do Unii „taktownie, delikatnie, inteligentnie i z wyczuciem”. Dzięki dotychczasowym reklamom narasta we mnie chęć zagłosowania „przeciw” wejściu do Unii, bo za ich sprawą specjaliści od kampanii przedreferendalnej traktują mnie jak człowieka niespełna rozumu. Po sprawozdaniach z Kopenhagi naszła mnie też refleksja, że, przynajmniej dla niektórych, liczy się tylko to, ile uda nam się uszczknąć z unijnej kasy. Czuję się jak przy rozbudowie domu, którego przyszli mieszkańcy nie myślą o tym, jak będą żyć z jego dotychczasowymi lokatorami, ale co uda im się z niego wynieść. 


MIROSŁAW CHMIEL
(Ruda Śląska)


PS. Dziękuję „TP” za odkrycie dla mnie ks. Tomáša Halíka!






Wyścigi pedagogiczne

Do czego może prowadzić podział szkół według kryterium zdolności uczniów, o czym pisze Piotr Legutko w tekście „Dwie Polski, dwie szkoły” („TP” nr 1/2003)? Uczniowie w klasie elitarnej mają komfortowe warunki do rywalizacji: spokojnej i pozbawionej napięć powodowanych wybrykami dzieci mniej zdolnych. Niepożądanym skutkiem takiej edukacji jest jednak nieumiejętność współżycia tej młodej elity ze słabszymi i zrozumienia ich problemów. Pozbawia się młodych ludzi właściwej dla ich wieku wiary w człowieka. Uczą się słabszymi pogardzać, bądź co najwyżej traktować ich pobłażliwie.
Szkoła to nie przedsiębiorstwo, w którym pierwszoplanową rolę odgrywa pomiar spektakularnych sukcesów pedagogicznych. Do wyścigu po sukces popędzono nie tylko uczniów, tworząc elitarne szkoły dla najzdolniejszych, ale i nauczycieli, wyłaniając spośród nich elitę, tzw. nauczycieli dyplomowanych. W efekcie wielu pedagogów doświadczonych i przejętych troską o wychowanków, promotorów ważnych koncepcji pedagogicznych, nie ma w tym gronie. Przegrali, bo w tych wyścigach nie tyle liczy się siła ducha, co napęd do sukcesu. Tak więc, sukces osiągnął sukces. Aby go osiągnąć omijano wartości prawdy, dobra i piękna. Teraz „sukces” wypiera te wartości z systemu edukacyjnego.


TADEUSZ STARZYK
(Andrychów, woj. małopolskie)






Dwa jubileusze

Jestem abonentem „TP” od lata 1946. Kiedy wróciłem z Anglii do Polski w czerwcu tamtego roku, w skromnej roli podchorążego Służby Zdrowia Wojska Polskiego, przez przypadek natrafiłem na egzemplarz „TP” i pismo tak mi się spodobało, że natychmiast je zaabonowałem przez pocztę. Od tego czasu „Tygodnik” nie tyle jest gościem w moim domu, ile stałym bywalcem. Ongiś zaczynałem czytanie pisma od felietonu śp. Stefana Kisielewskiego. Kilka moich tekstów redakcja opublikowała, np. w numerze 37. z 14 września 1952 r. o śpiewie ludowym w kościele. W tymże numerze był też artykuł Sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego (też tarnogórzanina) „Wiedza i wiara”. Po jego przeczytaniu przekonałem się, że ks. Blachnicki mógł zostać nie tylko wielkim wychowawcą młodzieży czy orędownikiem trzeźwości, ale i nieprzeciętnym filozofem.
Również w 1946 r., późną jesienią, ożeniłem się z rodowitą tarnogórzanką. Tak więc równolegle obchodzimy dwa jubileusze: jubileusz srebrnego, potem złotego wesela oraz jubileusz abonowania i czytania „Tygodnika”. Za ponad półwiecze bycia w moim domu – dziękuję. 


ROMAN WOŹNICZKA z żoną URSZULĄ
(Tarnowskie Góry)






Książki dla gimnazjalistów 

Jestem jednym z bohaterów reportażu Tomasza Potkaja „Pięć życiorysów z prowincją w tle” z „Tygodnikowej” opowieści o pokoleniu' 89. Mieszkam w Kadzidle na północnym Mazowszu. Od trzech lat kieruję miejscowym gimnazjum. Pracuję z blisko 400 uczniami w zniszczonym budynku. Wbrew okolicznościom próbujemy tworzyć porządną szkołę, której patronem dwa lata temu został Aleksander Krzyżanowski „Wilk”. Zgodnie podjęliśmy próbę budowania szkoły na takim fundamencie jak Pamięć, nie dopadła nas moda i nie patronują nam Ich Troje, Pokemon Tazo czy McDonald’s. Sprawę nadania szkole patronatu zamykamy bogatsi o wiedzę, że nie można oszukiwać i nikt nie zwolni nas z najważniejszej pracy domowej, którą zadał nam Patron: pielęgnowania wolności na przekór okolicznościom i cynikom. W czasie uroczystości odwiedziła nas pani marszałek Olga Krzyżanowska, a ksiądz prałat Zdzisław Peszkowski odprawił Mszę w kościele parafialnym. Widziałem, jak młodzi ludzie z różnych domów, czasami roztrzaskanych, osamotnieni, bez szans na intelektualne przygody, garną się do rzeczy ważnych i pięknych. 
Od trzech lat gimnazjaliści w czasie ślubowania mówią o Prawdzie, umiłowaniu ojczyzny i słyszą nieco zapomniane słowa, jak honor i męstwo. Różnie to później z tym bywa, ale wierzę, że zapada im to w pamięć. W gimnazjum założyliśmy koło teatralne, chór, drużynę harcerską. Ci młodzi ludzie zasługują na ciekawszą przestrzeń. Ciągle jednak spotykam się z dysproporcją oczekiwań i nierównościami. Naszym największym osiągnięciem jest utworzenie biblioteki, połączone z nieustannymi prośbami o książki.
Może Czytelnicy „TP” mogliby pomóc moim uczniom? Brakuje nam komputerów, rzutników, kserokopiarki, podłóg (zdominowały nas łamliwe płytki pcv odsłaniające coraz natarczywiej betonową posadzkę), okien (zimą wpuszczają do klas północne chłody, a latem upał), nawet łazienek. Nade wszystko brakuje nam jednak książek: klasyki literatury, filozofii i sztuki. Oderwani od teatrów, muzeów i galerii czujemy te braki dotkliwie. Wszystkim ofiarodawcom, razem z uczniami i nauczycielami, z góry dziękuję.


DARIUSZ ŁUKASZEWSKI

Publiczne Gimnazjum im. Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka”
ul. Kościuszki 13, 07-420 Kadzidło
nr konta BS o/Kadzidło 
89 160002-101-36011-1, 
z dopiskiem „na wyposażenie
gimnazjum w Kadzidle”.






Bez przebaczenia

Łukasz Drewniak w tekście „Do poprawki” („TP” nr 3/2003) wyraził opinię o spektaklu „Sen pluskwy” z Teatru Wybrzeże w Gdańsku na podstawie obejrzenia jego próby generalnej. Jednocześnie wyraził nadzieję, „że mi to autor i realizatorzy wybaczą”. Uprzejmie informuję, że była to nadzieja płonna. Sprzeniewierzenia się teatralnym obyczajom nie wybacza się nigdy i nikomu.


MACIEJ NOWAK
dyrektor naczelny i artystyczny
Teatru Wybrzeże






Sprostowanie

W rubryce „Kościół w Polsce” („TP” nr 4/2003) błędnie podano nazwisko anglikańskiego duchownego – zwierzchnika swojego Kościoła w Polsce. Nazywa się on Rev. Stuart L. Robertson.
Z wyrazami szacunku i duchowej jedności z całym środowiskiem „Tygodnika” 


S. MARIA KRYSTYNA ROTTENBERG 
Ośrodek Ekumeniczny im. Jana XXIII
przy kościele św. Marcina w Warszawie 









LISTY – apele o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 5 (2795), 2 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl