Václav Havel, najdłużej urzędujący prezydent w Europie, nie chciał być politykiem...


Lepiej nie żyć wcale, niż żyć bez honoru

Patrycja Bukalska 



„Cieszę się, że to już po raz ostatni” – mówił Václav Havel w przemówieniu noworocznym. Na początku lutego kończy się jego ostatnia kadencja i zarazem 13 rok prezydentury. 


Na koniec politycznej kariery czeka z niecierpliwością. Tym bardziej, że nigdy nie chciał być politykiem. „Nie chcę prowadzić działalności politycznej. Chcę być pisarzem, chcę pracować w teatrze” – mówił w latach 70., kiedy był jeszcze opozycjonistą prześladowanym przez władze komunistycznej Czechosłowacji. Teraz też tęskni do książek, swobody wypowiedzi, nie spętanej dyplomatycznym protokołem. I do pisania. 
W pierwszym przemówieniu, w 1990 r., mówił: „Drodzy obywatele, przez 40 lat słyszeliście w ten dzień z ust moich poprzedników na różne sposoby to samo: jak to nasz kraj kwitnie, ile milionów ton stali wyprodukowaliśmy, jacy wszyscy jesteśmy szczęśliwi... Przypuszczam, że nie zaproponowaliście mojej osoby na to stanowisko, żebym i ja was okłamywał. Nasz kraj nie kwitnie. (...) Może się pytacie, o jakiej republice marzę. Odpowiem: o republice niezależnej, wolnej, prosperującej i jednocześnie społecznie sprawiedliwej, krótko mówiąc o republice ludzkiej, która służy człowiekowi i dlatego ma nadzieję, że człowiek i jej będzie służył”. 

Irytujący marzyciel

Choć wizja Havla wydaje się utopijna, przez 13 lat dokonało się wiele: zreformowane Czechy są stabilnym demokratycznym krajem, członkiem NATO, zakończyły negocjacje z Unią Europejską. Havel, choć świadom wielkich zmian, wydaje się daleki od samozadowolenia. „Proces demokratyczny w naszym kraju jest nieodwracalny. Ale nie znaczy to, że nasze zadania są zakończone. Wciąż na nowo musimy sobie przypominać, że demokracja nie polega jedynie na pewnej strukturze instytucji, ale również na duchu, ludzkiej treści, sensie i ideałach, którym ma ta struktura służyć”. 
Nacisk na moralność w polityce, jej duchowy wymiar był tym, co wyróżniało Havla z grona innych polityków – i za co wielbiony jest poza Czechami, zwłaszcza na Zachodzie. Jego „marzycielstwo” nie przysparza mu jednak zwolenników w domu. Zdaniem socjologów, Havel idealnie spełnił się w roli charyzmatycznego przywódcy w czasie czeskiej Aksamitnej Rewolucji jesienią 1989 r. i w pierwszych latach po upadku komunizmu. Z biegiem lat moralistyczne przemówienia Havla, dywagacje o bycie i globalizacji zaczęły jednak Czechów drażnić, a w rankingach popularności uwielbianego kiedyś prezydenta prześcignął nawet... młody minister obrony, znoszący obowiązkową służbę wojskową. Prezydenturę Havla – jak wynika z sondażu agencji TNS Factum – dobrze lub bardzo dobrze ocenia 60 proc. ankietowanych. Gdy obejmował rządy, wierzyło mu prawie 90 proc. Czechów! Jesienią ubiegłego roku poparcie dla niego spadło do 45 proc.
Mimo to Havel ma zapewnione miejsce w panteonie czeskich mężów stanu; zapewne zaraz obok twórcy Czechosłowacji Tomaša Masaryka. Z pierwszym prezydentem przedwojennej Czechosłowacji Havla wiele łączy: intelektualiści, demokraci do szpiku kości. Masaryk zapatrzony w Stany Zjednoczone, Havel od zawsze postulujący społeczeństwo obywatelskie. Obaj podziwiani przez społeczeństwo, a jednocześnie od niego oddaleni. 
Václav Havel doskonale wpisał się w czeską tradycję „filozofa na tronie”. Jak jednak mówi były dysydent i (niedoszły) kandydat do schedy po Havlu, Petr Pithart: „Skończył się czas półbogów”. 

Pożegnanie z polityką? 

Kiedy zasiadał w prezydenckim fotelu, miał nadzieję, że uda mu się zrealizować wyobrażenia o polityce i rządzić w atmosferze, w której szacunek dla uniwersalnych wartości i moralność będą istotniejsze niż zimna technologia władzy. 
Sprzyjał temu otwarty klimat pierwszych dni po Aksamitnej Rewolucji: na Hradzie, praskim zamku i siedzibie prezydenta, Havel zgromadził przyjaciół, którzy nie mieli pojęcia o protokole, a i on sam niespecjalnie go przestrzegał. Po zamkowych korytarzach jego ekipa poruszała się na hulajnodze, a poranne narady przypominały towarzyskie pogaduszki. Kiedy pierwszy raz leciał z oficjalną wizytą do USA (w 1990 r.), na lotnisku pod Waszyngtonem wysiadła z nim stuosobowa grupa świeżo upieczonych ministrów, dziennikarzy, przyjaciół – połowa ubrana w zielone niby-wojskowe kurtki, jakie w USA noszą chyba jedynie weterani z Wietnamu. Co nie przeszkodziło kongresmenom 23 razy przerywać oklaskami przemówienia Havla w Senacie. 
Z czasem jednak i Havel stał się „zawodowcem” – i od lat każdy dzień ma zaplanowany co do minuty. Od dziennikarzy niemal się odizolował, a o słynnych kiedyś rozmowach z „ludem” w praskich gospodach już zapomniano. Havel nie zarzucił jednak swojej wizji polityki. Zdaniem francuskiego politologa Jacquesa Rupnika, jest to polityka „wychodząca ze społeczeństwa obywatelskiego i przekraczająca partie polityczne”. Ta niechęć do systemu partii oraz wiara w społeczeństwo i jego siłę wydaje się znakiem firmowym Havla. Z drugiej strony, mit „filozofa na tronie” bardzo go ograniczał, bo i politycy, i społeczeństwo oczekiwali od prezydenta nie tylko bezpartyjności, ale wręcz apolityczności. Stąd wszelkie próby wpływania na scenę polityczną narażały go na oskarżenia o zakulisowe intrygi. 
W takiej atmosferze rozgrywała się jego wieloletnia dysputa, w końcu lat 90. przekształcona w otwartą „wojnę” z Václavem Klausem – kiedyś premierem i autorem czeskiej transformacji gospodarczej. To właśnie Klaus od początku uosabiał wszystko, przed czym tak gorąco ostrzegał Havel: demokrację rozumianą tylko jako technologia zdobywania władzy za pomocą głosowania. 
Przykładem obu postaw był kryzys w czeskiej telewizji na przełomie 2000/2001, kiedy dziennikarze zbuntowali się przeciw wprowadzeniu do dyrekcji ludzi ich zdaniem upolitycznionych. Klaus mówił wtedy, że zmiany w kierownictwie odbyły się zgodnie z prawem, a strajk stanowi tego prawa pogwałcenie. Havel ripostował, że trzeba wsłuchać się nie w literę prawa, ale w jego ducha. 
Lata dyskusji i nieuchronne dla idealisty rozczarowanie sprawiają, że prezydent żegna się z czeską polityką z ulgą. 
Nie usunie się jednak całkowicie, uważa Andrzej Jagodziński, przyjaciel Havla i tłumacz jego książek na język polski: – On będzie nadal ważny w polityce. Z pewnością będzie wypowiadał swoje zdanie, a ono zawsze się liczy.
Podobnego zdania jest czeski politolog i publicysta Jiří Pehe: – Havel jest Mandelą Europy. Będzie centralną postacią polityczną jeszcze długo po odejściu ze stanowiska. 
Według Jacquesa Rupnika, głównym pytaniem dotyczącym Havla dzisiaj jest stopień, do jakiego „zmieniło go to, że jako intelektualista, który siłę krytykuje i napisał esej »Siła bezsilnych«, znalazł się między silnymi. A zatem jaka jest siła silnych”. 
„Świat silnych go zaintrygował i dziś mógłby napisać esej »Bezsilność silnych« – mówił Rupnik w wywiadzie dla słowackiego dziennika „Sme”. – Havel zobaczył, jak się robi wielką politykę i jak się decyduje o ważnych rzeczach. Miał fantastyczną okazję obserwować i odkryć granice siły we współczesnej demokracji medialnej w kontekście globalizacji. I co to robi z ludźmi”. 
Być może Havel z właściwą sobie precyzją opisze kiedyś mechanizmy władzy... Na razie zapowiada napisanie wspomnień. „Coś między Kissingerem a Bukowskim” – powiedział kiedyś. Choć trudno jest oddzielić Havla-pisarza od Havla-polityka, to właśnie pisanie było jego pierwszą i najważniejszą pasją. Ono też zaprowadziło go do polityki.

„Lepiej nie żyć wcale”

Havel wspomina, że zaczął pisać, kiedy tylko nauczono go składać litery, a mając 13 lat napisał książkę filozoficzną... Jak każdy wrażliwy nastolatek pisał też wiersze, o których teraz mówi, że nic z nich „na szczęście” się nie ukazało. 
Mieszczańskie pochodzenie nie pozwoliło mu w komunistycznej Czechosłowacji na systematyczną edukację. Po wieczorowo zdanej maturze dostał się na politechnikę, ale interesował się literaturą, szczególnie poezją, szukał kontaktu ze znanymi i najczęściej niepublikowanymi pisarzami; w 1956 r. napisał list do redakcji miesięcznika „Květen”, który miał być pismem młodej literackiej generacji. 
List, w którym nieznany 20-letni student ekonomiki transportu przypominał o istnieniu ignorowanych oficjalnie artystów, głównie z tzw. Grupy 42 (jedno z najważniejszych ugrupowań artystycznych w XX-wiecznych Czechach), nie tylko został opublikowany, ale i wywołał dyskusję. Havla zaproszono na konferencję początkujących pisarzy w Dobřiši. W tych dniach w pobliskim Budapeszcie Sowieci tłumili węgierskie powstanie – w tak napiętej atmosferze wystąpił Havel i znów upomniał się o literaturę zakazaną. W wywiadzie-rzece „Zaoczne przesłuchanie”, jakiego udzielił Karlowi Hviždale, Havel wspomina, jak zarzucono mu wtedy, że mówi o jakichś poetach, podczas gdy w Budapeszcie walczy się o ocalenie socjalizmu. „Ja na to odpowiedziałem, że nie rozumiem, po co urządza się kosztowną konferencję poświęconą poezji, skoro nie można na niej mówić o czeskich poetach”. 
Choć sam twierdzi, że nie ma w sobie nic z buntownika, tylko życie stawia go na takiej pozycji, to jego kolejne wystąpienia były równie rewolucyjne – np. w 1965 r. na konferencji Związku Pisarzy albo dwa lata później, na słynnym IV Zjeździe Związku Pisarzy Czechosłowackich, który przyspieszył „Praską Wiosnę”. Część literatów ostro domagała się tam otwartości w sztuce, nie bacząc na obecność partyjnych dygnitarzy. Jak wspomina fotoreporterka Dagmar Hochová, która robiła na zjeździe zdjęcia, wszyscy byli zdenerwowani: – W czasie przemówienia Havla partyjni zza stołu prezydialnego wyszli, tylko jedna pisarka ze Słowacji została. 
„Praska Wiosna” rzeczywiście przyszła, a po wiośnie lato i wojska Układu Warszawskiego. 21 sierpnia 1968 r. zastał Havla w Libercu, u przyjaciół: „Widziałem, jak radzieckie czołgi na rynku zburzyły arkady, zasypując kilkoro ludzi; widziałem, jak dowódca czołgu oszalał i zaczął strzelać na oślep do tłumu; widziałem i przeżyłem wiele innych rzeczy, spośród których najsilniej oddziaływał na mnie ten szczególny fenomen solidarnej wspólnoty, tak charakterystyczny dla owych czasów” – wspominał. 
Entuzjazm i nadzieję wymiotły lata tzw. normalizacji. Nastała, wspomina Havel, „era rezygnacji, apatii i powszechnej demoralizacji, era szarej, totalitarno-konsumpcyjnej codzienności”. Jego samego, podobnie jak innych intelektualistów, objął zakaz publikowania. Coraz częściej z żoną Olgą przemieszkiwał w Hradečku w Karkonoszach, gdzie kupili domek (w kiepskim stanie). Tam spotykali się z przyjaciółmi: dyskutowano, a w stodole wystawiano przedstawienia i grano koncerty. Zorganizowana opozycja jeszcze nie istniała. Dopiero absurdalne aresztowanie w 1976 r. muzyków zespołu „Plastic People of the Universe” – których winą były długie włosy i głośna muzyka – uświadomiło im, że za chwilę przyjdzie kolej na nich. I stało się impulsem do przygotowania Karty 77. 
Havel był jednym z trzech pierwszych rzeczników Karty. Mieszkali z Olgą w dzielnicy Dejvice przy drodze z więzienia w Ružyni, gdzie przesłuchiwano sygnatariuszy Karty. W drodze powrotnej tam spotykano się i wymieniano informacje. 
14 stycznia 1977 r. Havel nie wrócił z przesłuchania. To pierwsze aresztowanie, choć trwało krótko (wypuścili go w maju), wspomina najgorzej. Na kolejne był przygotowany: „Wiedziałem już mniej więcej, co mnie tam czeka, wiedziałem, że tylko ode mnie zależy, czy mój pobyt w nim będzie miał jakąś wartość z powszechnego punktu widzenia, i wiedziałem, że tam wytrzymam. Doszedłem bowiem do przekonania, które brzmi może nieco patetycznie, jest jednak – przysięgam! – całkiem szczere: że lepiej jest nie żyć wcale, niż żyć bez honoru”. 
Po aresztowaniu w maju 1979 r. spędził w więzieniu prawie cztery lata. Wtedy zaczęły się jego problemy z płucami i w 1983 r. został przedterminowo zwolniony – głównie dzięki przyjaciołom i nagłośnieniu sprawy za granicą. Bo władze więzienne chorobę Havla początkowo ignorowały i do więziennego szpitala trafił już w stanie niemal krytycznym; stamtąd w piżamie przewieziono go do szpitala cywilnego, już jako wolnego człowieka. 
Otoczony przez przyjaciół, zasypywany prezentami, mówi, że „żył jak król”. „Olga musiała przynosić mi codziennie butelkę dżinu, żebym z tych wszystkich kompotów, którymi dla własnego zdrowia wciąż byłem zasypywany, mógł produkować bowl i popijać w nocy z siostrzyczkami. Proszę sobie tylko wyobrazić, że przez 4 lata nie widział pan prawie kobiety i nagle rzucają pana między dziesięć świeżo upieczonych absolwentek szkoły pielęgniarskiej!” – opowiadał. 

On i jego kobiety

W życiu Havla było ich wiele; sam się do tego przyznaje. Ale Olga był tą najważniejszą, obok matki Bożeny i obecnej żony Dagmary. Gdy spotkał Olgę po raz pierwszy, miał 17 lat. Było to w słynnej praskiej kawiarnii „Slavia” na brzegu Wełtawy, vis a vis Teatru Narodowego. Pewna siebie, starsza o trzy lata i szykująca się do aktorskiego debiutu Olga zrobiła na nim wrażenie. Musiał jednak na nią czekać trzy lata, nim znowu się spotkali, w 1956 r. 
Havel opublikował wtedy wiersz: 

Pół dnia trwało zanim się dogadaliśmy. 
Ty, córa Žižkova, ja, jeszcze niedoświadczony
bywalec literackich kawiarni. My dwoje, 
gdzieś na skraju wiosny. 


Olga pochodziła z robotniczego środowiska praskiego Žižkova, Havel z rodziny inteligenckiej (jak się wówczas mówiło: burżuazyjnej). Łączyło ich wiele: teatr, literatura, zainteresowanie sztuką, antykomunizm i silne charaktery. Jedna z anegdot opowiada, jak zgubiwszy się w lesie, chodził w kółko i wołał: „Olgo, Olgo”... Był od niej zależny, a ona kochała go i znosiła jego słabości. „Jak to u wielu śmiertelników bywa, w moim życiu też związany byłem różnymi stosunkami uczuciowymi i mam na swym koncie niejeden grzech. Mimo to jedną moją zasadniczą życiową ostoją nic nie zdołało wstrząsnąć. Tą ostoją jest Olga” – wspominał w książce Karla Hviždali. 
Z pobytu Havla w więzieniu na przełomie lat 70. i 80. zachowały się listy do żony, wydane jako „Listy do Olgi”. Nie ma w nich wiele czułości. „Z Olgą już ze dwieście lat nie wyznajemy sobie miłości, ale mimo to czujemy, że jesteśmy ze sobą nierozerwalnie związani” – tłumaczył. Ich małżeństwo trwało 32 lata, do śmierci Olgi w 1996 r. 
Posągową i surową Olgę Czesi i Słowacy z miejsca pokochali i uznali za najgodniejszą Pierwszą Damę. Kiedy zmarła, do jej trumny na Hradzie ludzie stali godzinami w kolejce. Za działalność społeczną, głównie na rzecz dzieci upośledzonych, była wielbiona jak Evita Perón. 
Z tym większą niechęcią przyjęto wiadomość o cichym ślubie prezydenta z aktorką Dagmarą Veškrnovą na początku 1997 r., niespełna rok po śmierci Olgi. Powszechnie mówiono, że ich romans zaczął się jeszcze za życia pierwszej żony. Dagmarze nie oszczędzono niczego: ani prasowej krytyki i złośliwości, ani takich plugastw, jak publikowanie jej nagich zdjęć z wcześniejszy filmów czy plotek o jej rzekomej niewierności. Mimo to Havlovie wydają się szczęśliwym małżeństwem i nic nie zwiastuje kryzysu w ich związku. Od kilku lat remontują dom na portugalskim wybrzeżu, gdzie klimat jest wyjątkowo korzystny dla schorowanego Havla.
Teatr i życie
„Ludzie, którzy znajdowali się w pobliżu małego Venouška, od razu po jego przyjściu na świat w poniedziałek 5 października 1936 r. byli pewni, że mają przed sobą kogoś rzeczywiście wyjątkowego” – tak zaczyna się kontrowersyjna biografia Václava Havla, pióra Johna Keane’a. 
Z pierwszych miesięcy życia przyszłego prezydenta zachowało się mnóstwo zdjęć, z których widać, że rodzice pokładali w pierworodnym wielkie nadzieje. „Na najbardziej wymownym zdjęciu chłopczyk siedzi przed oczami samego burmistrza Pragi na wysokim drewnianym fotelu, na którym go jak na tronie posadził jego ojciec, a głowę ozdobił mu koroną uwitą z letnich kwiatów. Chłopczyk na tym zdjęciu patrzy prosto w aparat fotograficzny, a za nim widzimy porosłą bluszczem ścianę z brązowym medalionem jego sławnego dziadka, który był przyjacielem T. G. Masaryka, prezydenta założyciela młodej niepodległej Republiki Czechosłowackiej”. 
Sam Havel widzi na tych zdjęciach coś innego: „rozpieszczone burżuazyjne niemowlę, o które troszczą się guwernantki, krewni, przyjaciele, a nawet sam burmistrz Pragi”. „Burżuazyjne” pochodzenie (ojciec był majętnym przedsiębiorcą, pomysłodawcą kompleksu Barrandov, gdzie mieszczą się słynne studia filmowe; dziadek wybudował m.in. piękny pałac Lucerna przy Placu Wacława) nie posłużyło Havlovi w komunistycznej Czechosłowacji. Kilkakrotnie nie mógł dostać się na studia, a służąc w wojsku, trafił do jednej z najcięższych formacji: saperów. Ironizował, że „nasza armia przejęła od Sowietów tradycję, iż do saperów posyłane są mniej wartościowe elementy populacji, bo saperzy, idący przed armią, mają w czasie wojny większy procent strat. Byli tam chłopcy, którzy mieli za sobą więzienie, i ludzie wykształceni, ale mający coś na sumieniu”. 
W wojsku Havel założył z kolegą w jednostce zespół teatralny i napisał pierwszą sztukę „Życie przed sobą” – „socrealistyczną”, ale z przymrużeniem oka – napisaną z jak największą liczbą postaci, „żeby jak najwięcej kolegów mogło sobie zagrać”. W końcu dowództwo połapało się, że to kpina i sztukę zakwalifikowano jako „antywojskową” (np. uznano za niemożliwe, by czechosłowacki żołnierz usnął na warcie). 
Powrót do wcześniejszego zajęcia laboranta czy studiów na politechnice napawały go odrazą, dlatego zaczął pracować w teatrze „ABC” jako kulisowy. Wkrótce przeniósł się do awangardowego teatru „Na Zabradli”, gdzie był kulisowym, operatorem oświetlenia, dramaturgiem i lektorem – często jednocześnie. W „Na Zabradli” spędził 8 lat (do 1968 r.), które ukształtowały go jako człowieka teatru. Tam wystawiono jego pierwsze sztuki: „Festyn”, „Powiadomienie” i „Puzuk, czyli uporczywa niemożność koncentracji”. Następne dramaty pisał już, gdy nie miał prawa publikować. 
W rozmowie z Jiřím Ledererem wyznaje, że przyzwyczaił się pisać dla konkretnego teatru i publiczności, a poprawek dokonywał nawet w czasie próby generalnej. Świadomość, że jego dramaty przeczytają jedynie przyjaciele, była demobilizująca. „Jeżeli człowiek wie, że nie ma znaczenia fakt, czy pracę skończy dziś, czy za rok, że i tak robi to Bóg wie dla kogo, to nie pisze mu się zbyt dobrze. Teatr jest zjawiskiem społecznym, a sztuki pisze się dla teatru” – mówił. Może dlatego sam źle ocenia „Spiskowców”, powstałych w 1971 r. Potem przyszła jednak „Opera żebracza (1972), a 3 lata później jednoaktówki „Audiencja” i „Wernisaż”. W 1978 r. powstała trzecia jednoaktówka „Protest”. Kolejne sztuki pisał już szybko: „Largo desolato” powstało w 1984 r. w ciągu zaledwie 4 dni, a „Kuszenie” rok później w ciągu 10 dni. 
Kiedy w Czechosłowacji Havel był na komunistycznym indeksie, jego sztuki wystawiano za granicą, również w Polsce. Jednoaktówki „Audiencja”, „Wernisaż” i „Protest” wystawiono w Teatrze Powszechnym w Warszawie w listopadzie 1981 r. i do stanu wojennego zagrano je dziewięć razy. Udało się przywrócić dopiero na początku 1989 r. Do Havla wysłano zaproszenie, ale nie przyjechał – znowu go aresztowano.

Ostatni dysydent

„Powiedzcie to Vaszkovi! Przekażcie mu to do Hradečka! Powiedzcie mu, co się dzieje!” – tak krzyczał anarchista John Bok, wleczony przez milicję do auta na Narodni Třída w Pradze 17 listopada 1989 r. 
Dwa dni później grupa intelektualistów i studentów założyła Forum Obywatelskie: szeroką platformę opozycyjną, zmierzającą do zniesienia komunistycznego reżimu. Na jej czele stanął m.in. Václav Havel. Niewiele ponad miesiąc później zaprzysięgano go na prezydenta Czechosłowacji. 
Timothy Garton Ash wspomina w książce „Historia na gorąco”, jak niedługo potem spotkał na Placu Wacława w Pradze węgierskiego pisarza Árpáda Göncza. „Wydaje się, że osiągnęliśmy kompromis w kwestii nowego prezydenta” – usłyszał Ash. „Świetnie, a kto nim będzie?” – zapytał Göncza. „Chyba ja...” – padła odpowiedź. 
Od tego dziwnego czasu minęło 13 lat. Göncz od dwóch lat nie jest prezydentem, Wałęsa odszedł jeszcze wcześniej. Teraz na emeryturę odchodzi ostatni z autorów Wielkich Zmian.

Korzystałam z książek: Karel Hviždala „Václav Havel. Zaoczne przesłuchanie” (NOWA, Warszawa 1989); Jiří Lederer „Czeskie rozmowy” (Przedświt 1987); John Keane „Václav Havel. Politicka tragedie v šesti dějstvich” (Volvox Globator 1999).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 5 (2795), 2 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl