Wokół pomysłu aneksu „o wartościach” do traktatu akcesyjnego z UE


Zagwarantować zagwarantowane

Andrzej Brzeziecki i Mateusz Flak 



Rząd Leszka Millera, zgodnie z propozycją Episkopatu, negocjuje z Unią Europejską dołączenie do traktatu akcesyjnego klauzuli, która zagwarantuje suwerenność polskiego prawa dotyczącego aborcji. Decyzja zapadła późno – na tydzień przed zamknięciem traktatu, ale taki zapis być może sprawi, że spór o aborcję nie wpłynie na wynik unijnego referendum. Feministki i Unia Pracy są innego zdania.


Oficjalnie koncepcja aneksu została przedstawiona przez Kościół 20 stycznia podczas spotkania Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu. Biskupi zaproponowali zapis, mający gwarantować niezależność rodzimego prawa o ochronie życia „od momentu poczęcia do naturalnej śmierci” od decyzji Unii Europejskiej. Taka klauzula, przekonywał abp Józef Życiński, „rozwiałaby obawy tych, którzy spodziewają się że po akcesji z UE podstawowe wartości byłyby zagrożone”. 
Rząd, jak się wydaje, prośbę Kościoła przyjął. 

Maltański protokół 

Prawo europejskie nie mówi nic na temat aborcji – w kwestiach kultury i moralności obowiązuje w Unii nadrzędność ustawodawstwa poszczególnych krajów członkowskich. Co prawda Parlament Europejski od czasu do czasu na wniosek socjalistów i organizacji feministycznych zaleca legalizację aborcji, lecz jego rezolucje nie mają znaczenia legislacyjnego, a tylko polityczne. 
Jednak – jak pokazuje przykład Irlandii – zdarza się, że Unia gotowa jest przyznać dodatkowe gwarancje. Podpisując w lutym 1992 r. Traktat z Maastricht, Irlandczycy wymusili dopisanie do niego „Protokołu 17”: „Nic w Traktacie o Unii Europejskiej ani w traktatach ustanawiających Wspólnoty Europejskie, ani w traktatach bądź aktach modyfikujących lub uzupełniających te traktaty nie może wpływać na stosowanie w Irlandii artykułu 40.3.3 konstytucji Irlandii” (czyli obowiązującego od 1983 r. ścisłego zakazu aborcji). Jednocześnie Irlandia zobowiązała się, że nie będzie utrudniać swoim obywatelkom wyjazdów za granicę w celu usunięcia ciąży. W efekcie co roku „turystykę aborcyjną” uprawia ponad 10 tys. kobiet. „W Irlandii nie ma aborcji. My ją eksportujemy” – uważa Tony O’Brien, dyrektor Irlandzkiego Stowarzyszenia Planowania Rodziny. 
W październiku ub. r. w ślady Irlandii poszła aspirująca do Unii Malta. I gdy w grudniu na szczycie w Kopenhadze wicepremier Jarosław Kalinowski negocjował wysokość kwot mlecznych, Maltańczycy zapewnili sobie „protokół w sprawie aborcji”. 

Aborcja i referendum

Ważnym argumentem za akceptacją specjalnych klauzul był fakt, że Irlandczycy i Maltańczycy to narody w ogromnej większości katolickie. Także w Polsce nie brakuje obaw, że wstąpienie do UE będzie oznaczać liberalizację antyaborcyjnego prawa. 
Przypomnijmy: w Polsce można dokonać aborcji w trzech przypadkach – zagrożenia dla życia i zdrowia kobiety, ciężkiego i trwałego upośledzenia płodu oraz gdy ciąża jest wynikiem gwałtu. Środowiska liberalne i feministyczne stale domagają się zgody na aborcję także z powodu trudnej sytuacji materialnej kobiety. 
Ale nawet lewicowa koalicja SLD–UP kiedy tylko doszła do władzy, starała się uciszyć tych swoich działaczy, którzy nawoływali do zmiany ustawy. 
„Można powziąć domniemanie, że doszło do swoistego porozumienia między Kościołem katolickim a rządem w kwestii przystąpienia Polski do UE. Kościół będzie popierał integrację z Europą w zamian za rezygnację rządu z dyskusji nad nowelizacją ustawy antyaborcyjnej (...) W kuluarach integracji Polski z UE odbywa się zatem swoisty handel prawami kobiet” – tak w marcu 2002 r. w liście do Parlamentu Europy pisało sto znanych Polek, m.in. Wisława Szymborska, Maria Janion i Henryka Bochniarz, wywołując kolejną publiczną dyskusję na temat aborcji. 
W lipcu 2002 r. Parlament Europejski przyjął rezolucję, która zalecała legalizację aborcji w krajach kandydujących do UE. Episkopat polski oskarżył PE o przypisywanie sobie uprawnień, których nie posiada. „Nie potrzebujemy instrukcji z Brukseli, by dowiadywać się, kiedy wolno nam zabić dziecko. Wiemy, że nie wolno nigdy”; „Na skandal zakrawa fakt, że Parlament usiłuje te rozwiązania narzucić krajom, które do Unii jeszcze nie należą” – mówili arcybiskup Józef Życiński i biskup Piotr Libera. 
Choć premier Leszek Miller dokładał starań, by omijać kwestię liberalizacji prawa aborcyjnego i nie wiązać jej z referendum o integracji, problem powrócił za sprawą jego partyjnych kolegów, którzy domagali się realizacji przedwyborczych obietnic. Największe kontrowersje wzbudziła niedawna wypowiedź sekretarza generalnego SLD Marka Dyducha, który zapowiedział zmianę ustawy po referendum – jak sam twierdzi, zrobił to teraz, by w przyszłości strona kościelna nie czuła się oszukana.
Kościół poczuł się zaniepokojony. „Takie stawianie sprawy to czysto pragmatyczne traktowanie Unii, Kościoła i ustawy chroniącej życie” – komentował dla KAI słowa Dyducha abp Henryk Muszyński. I zapowiedział, że w takim razie Kościół będzie się domagał dołączenia do traktatu akcesyjnego aneksu gwarantującego nienaruszalność prawa polskiego chroniącego życie ludzkie. 
– Niezależnie od takich wypowiedzi biskupi polscy byli zawsze przekonani, że do traktatu akcesyjnego trzeba dołączyć aneks, który strzegłby stanu prawnego obowiązującego w Polsce – mówi dla „TP” abp Tadeusz Gocłowski, współprzewodniczący Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu. 

Po co klauzula

Czy klauzula jest rzeczywiście niezbędna? Sam premier Miller zapewniał po szczycie w Kopenhadze, że kwestie dotyczące podstawowych wartości są i będą rozstrzygane w Unii przez państwa członkowskie. W podobnym tonie wypowiadali się wtedy prezydent Kwaśniewski i prymas Glemp. 
– Ksiądz Prymas zrewidował swój stosunek do tej sprawy i myślę, że dziś jest zdania, iż taka klauzula jest koniecznością – twierdzi abp Gocłowski. – Satysfakcjonuje nas deklaracja, która padła ze strony premiera. Zakładamy więc, że nie ma żadnych trudności z jej dołączeniem w postaci aneksu do traktatu akcesyjnego. Ustne oświadczenie nie ma takiej wartości jak tekst.
– Pan premier wypowiadał się w imieniu własnym i rządu, a nie Unii Europejskiej – zauważa biskup Tadeusz Pieronek. – To, co mówi Unia o kwestiach kultury i moralności można przyjąć za prawdę, ale nieraz można mieć zastrzeżenia co do poczynań unijnych polityków i Parlamentu Europejskiego. Niedawno przegłosował on np. uchwałę-prośbę do Grecji, by – w imię równości płci – kobiety miały wstęp na Świętą Górę Athos. Unia nie powinna ingerować w kwestie kulturowe i religijne, istniejące od wieków. Równość kobiet ma się do tego tak jak nos do tabakiery. 
Zdaniem bpa Pieronka klauzula ma „po prostu pokazać naszą wolę”.
– Rząd robi wszystko, by Polska weszła do Unii. To chwalebne – mówi doktor Magdalena Środa z Uniwersytetu Warszawskiego, zajmująca się etyką i filozofią polityczną. – Wszelako w deklaracjach nie można przesadzać. Wejście do Unii nie oznacza automatycznego przyzwolenia na aborcję. Jeśli rząd chce się przed tym ubezpieczyć, to tak jakby chciał się ubezpieczyć przed unijnym zakazem uczenia się na pamięć poematów Mickiewicza.
Tadeusz Mazowiecki, b. premier i przewodniczący sejmowej Komisji Integracji Europejskiej zgadza się, że nic nie wskazuje, by Unia mogła wymóc na Polsce liberalizacją prawa o aborcji: – Ale to, że w Belgii i Holandii przyjęto eutanazję, o czymś świadczy. To zagrożenie, przed którym trzeba się bronić. W przyszłej konstytucji przewiduje się nawet paragraf o możliwości wystąpienia z Unii.
– Z prawnego punktu widzenia aneks nie jest potrzebny – przyznaje prof. Andrzej Zoll, rzecznik praw obywatelskich, b. przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego. – Taki aneks miałby jednak znaczenie polityczne i psychologiczne. 
Mazowiecki: – Rozwiałoby to obawy części społeczeństwa i mogło pozytywnie wpłynąć na wynik referendum. 
Innego zdania jest dr Środa. – Nie sądzę, by aneks o zakazie aborcji zwiększył grono sympatyków integracji. Wejście do Unii jest deklaracją na rzecz wolności i wspólnoty, która rządzi się zasadami demokracji i dialogu a nie religijnego rygoryzmu. Sprawy moralne są tam sprawą ludzkich sumień, nie zaś rządzącego religijnego światopoglądu. Sondaże zresztą wykazują, że w Polsce większość obywateli jest za liberalizacją ustawy antyaborcyjnej. Nie zmienią tego polityczne decyzje. 
Inicjatywa Kościoła natychmiast wzbudziła protest organizacji feministycznych. Przedstawicielki kilkunastu organizacji, m.in. Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, Ośrodka Informacji i Środowisk Kobiecych OŚKa i Centrum Praw Kobiet napisały w liście do premiera, że „wykorzystywanie przez Kościół Rzymsko-Katolicki procesu integracji z Unią Europejską dla utrwalenia prawa, które dyskryminuje i krzywdzi kobiety (...) nie mieści się w zasadach demokracji (...) Postulaty Episkopatu powinny być odrzucone również ze względu na to, że niektóre z nich sięgają znacznie dalej niż obecne prawo polskie”. 
Izabela Jaruga-Nowacka, pełnomocnik rządu ds. równości kobiet i mężczyzn twierdzi wręcz, że zapis „o ochronie życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci” byłby nadinterpretacją art. 38 Konstytucji RP, gwarantującego jedynie prawną ochronę życia. 
– Spór jest sztuczny, należy tylko zajrzeć do Konstytucji – zaprzecza prof. Zoll. – Obowiązująca ustawa zasadnicza chroni życie lepiej od poprzedniej. A już bazując na dawnej konstytucji Trybunał Konstytucyjny uzasadnił ochronę życia poczętego: w maju 1997 r. uznał, że wprowadzone rok wcześniej do ustawy przyzwolenie na aborcję ze względów społecznych było niezgodne z Konstytucją. Trybunał bez problemu mógłby to więc potwierdzić powołując się na obecną Konstytucję. 
Zdaniem prof. Zolla zmiana ustawy dotyczącej aborcji nie jest możliwa bez zmiany Konstytucji.

Skutki spóźnienia

Największą przeszkodą na drodze do załączenia aneksu okazały się jednak nie rezolucje Parlamentu Europejskiego ani protesty feministek, ale fakt, że Episkopat zgłosił swoje zastrzeżenia już po szczycie w Kopenhadze. Gdyby Polska pospieszyła się tak jak Malta, wprowadzenie dodatkowego zapisu wcale nie musiało być trudne i wymagać specjalnych negocjacji – przyznają nieoficjalnie przedstawiciele UE. 
– Tak, ale Kościoła nie było w Kopenhadze i nie mógł się tam wypowiedzieć – tłumaczy abp Gocłowski. – Mieliśmy okazję wyartykułować naszą prośbę dopiero w czasie posiedzenia komisji. Ponadto nie rozumiem, dlaczego nie byłoby problemu, gdyby Kościół wypowiedział się pół roku temu, a jest problem teraz, kiedy traktatu akcesyjnego jeszcze nie ma.
– Kwestia nie została postawiona dopiero dziś – bp Pieronek broni postawy Kościoła. – Możemy się spierać, czy wcześniejsze głosy były wystarczająco mocne i formalne. 
– Takie sprawy nie ulegają przedawnieniu i nigdy nie jest na nie za późno – uważa Tadeusz Mazowiecki.
Wina za opieszałość spada też częściowo na rząd, który prawdopodobnie liczył na „przeczekanie” niewygodnego problemu. Gdy tuż przed szczytem w Kopenhadze „Gazeta Wyborcza” zapytała ministra spraw zagranicznych, czy rząd pójdzie w ślady Malty i wystąpi o dodatkowe zabezpieczenie kwestii aborcji, ten odparł, że „rząd nie ma w tej sprawie stanowiska”. Zdecydowanie Kościoła sprawiło jednak, że rząd zajął stanowisko: przedstawiając w Sejmie założenia polityki zagranicznej na 2003 rok, minister Cimoszewicz stwierdził, że klauzula uspokoi obawy społeczne i będzie „gwarantowaniem zagwarantowanego”. 
W ostatnią niedzielę – po naradzie z kierownictwem SLD – premier Miller mówił, że „prowadzone są rozmowy z UE na temat dołączenia do traktatu akcesyjnego deklaracji o suwerenności Polski w dziedzinie wartości, kultury i ochrony życia”. Prawdopodobnie, z powodu opóźnienia, będzie to nie protokół antyaborcyjny na wzór „maltański”, ale jednostronna deklaracja, która po ratyfikowaniu przez państwa Unii zostanie dołączona do traktatu. 

Aneks to nie wszystko

Nawet jednak, gdyby udało się wynegocjować klauzulę może ona stać się „martwym zapisem”. Po prostu: Polki pragnące usunąć niechciane dziecko i tak będą wyjeżdżać do innych państw.
– To kwestia moralna i nie można tu pytać o efekty, tylko o zasady – odpowiada na ten zarzut bp Pieronek. – A są one takie, że człowieka zabijać nie wolno. Kościół nie może pozwolić sobie na przymknięcie oka i powiedzenie: OK, wszystko w porządku, tak czy siak to się robi. Musielibyśmy wtedy zmienić cały dekalog. 
Istnieje też możliwość, że korzystając z większości w parlamencie koalicja SLD-UP wróci, w tej lub w przyszłej kadencji Sejmu, do poniechanego pomysłu i – jak najbardziej w zgodzie z klauzulą – uchwali zmianę ustawy antyaborcyjnej: byłaby to przecież suwerenna polska decyzja, na którą UE bynajmniej by nie wpływała. 
– I tu jest clou sprawy – zauważa gorzko bp Pieronek. – Chronimy się przed ewentualnymi naciskami Unii Europejskiej, tymczasem największe zagrożenie możemy stworzyć sami. Nie widzimy wroga u siebie, nie umiemy operować kartką wyborczą. Tak naprawdę kompetencje do zmiany prawa są w rękach polskiego parlamentu, a parlament jest, jaki jest.
– Aktualna koalicja ustami premiera i przy poparciu prezydenta zapewnia, że nie zamierza popierać nowelizacji ustawy – uspokaja abp Gocłowski. 
A jednak koalicyjna Unia Pracy wyraziła oburzenie z powodu klauzuli, która „zamrozi” obecną ustawę. Premier Miller zapewnia wciąż: „nie ma dziś warunków umożliwiających nowelizację ustawy antyaborcyjnej”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 5 (2795), 2 lutego 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl