EWA SZUMAŃSKA

 

Przemalowanie

Kiedy zaczęłam czytać opisanie podróży do Albanii Stasiuka, podpłynęły do mnie różne nazwy i obrazy. Dürres, Saranda, Gjirokaster, Shkoder, Butrinti... To był rok 1959, nieduży kraj skuty dyktaturą Hodży, wystraszony, bardzo biedny, o urzekająco pięknym krajobrazie.
Z krajobrazem jest tak, jak z obrazami czy freskami niektórych starych mistrzów. Z powodu zmieniających się gustów, mody, koniunktury czy obyczajowości poddawano je przemalowaniu. Zmieniano tło, usuwano niektóre detale, dodawano inne (np. słynne majtki domalowane nagim postaciom z „Sądu Ostatecznego” w Sykstynie). Dokonywały tego zabiegu różne miernoty, których nazwisk nikt nie pamięta; jedne przemalunki zostały z czasem usunięte, inne zniszczyły dzieło.
W mojej pamięci przechowało się wiele zakątków ziemi jeszcze sprzed „przemalowania”. Sprzed chaotycznej rozbudowy przemysłu, blokowisk, centrów handlowych, hoteli pożerających wybrzeża i połaci wykarczowanych lasów. Także moja Albania nie okryła się strupami bunkrów, rozpadających się baraków i cmentarzysk złomu. Jest wciąż dzika, pyszni się urodą swoich urwisk, wąwozów, pustych plaż i pędzących strumieni. Mam dużo szczęścia.



Nasz wynalazek

Dla większości polityków najważniejszą sprawą są wyniki ich własnych sondaży i za dobre oddaliby duszę. Nie byłoby tak, gdyby sondaże nie potwierdzały się. Fachowość przeprowadzających je specjalistów sprawia, że po uwzględnieniu błędu statystycznego, wszystko się w zasadzie zgadza. Nie wszędzie jednak.
Wygląda na to, że udało nam się wymyślić nowy rodzaj kłamstwa. Mało znane gdzie indziej „kłamstwo sondażowe”. Przy naszym niewielkim zamiłowaniu do mówienia prawdy, a wielkim – do robienia dobrego wrażenia, mówimy jedno, a robimy drugie, pokazując ankieterom w duchu gest Kozakiewicza. Błąd statystyczny blednie z zakłopotania, a realna różnica potrafi zbliżyć się do dwudziestu procent!
Tak więc nie wierzmy sondażom, mimo że na świecie na ogół nikt nie podważa ich wiarygodności. Polak potrafi.



Jeżeli nie

Chyba jeszcze nigdy w ciągu minionej dekady nie słyszałam tylu wzniosłych i szlachetnych słów, jakie padają teraz w związku ze sprawą Rywina. Politycy wszystkich opcji twierdzą, że już będzie inaczej, że wszystko zostanie wyjaśnione, dopowiedziane do końca, prześwietlone, przejrzyste, nie upchnięte do niedostępnych szuflad, nie rozmyte przez układy kolesiów. Tych deklaracji jest aż za dużo i brzmią aż za pięknie, ale na razie chcę im uwierzyć.
Chcę wierzyć, że nastąpił właśnie jakiś przełom i wszyscy się zorientowali, że dłużej już tak nie można. Że interes publiczny zatriumfuje nad interesem partyjnym i osobistym. Chcę wierzyć, że to może być zaczątek społeczeństwa obywatelskiego, bo ono nie powstanie, jeżeli nie ma się minimum zaufania do władzy, każdej władzy. Chcę wierzyć, że z dusznego, zakłamanego, zabagnionego klimatu – wydostaniemy się wreszcie na świeże powietrze.
Bo jeżeli nie...


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl