O co będziemy się spierać na początku XXI wieku


Wojny patentowe

Wojciech Stanisławski



Rzadko zdajemy sobie sprawę, jak istotną rolę odgrywają w naszym życiu społecznym kwestie własności intelektualnej i jak wiele dziedzin życia reguluje prawo patentowe. W polskich mediach sprawy te oglądają światło dzienne zazwyczaj wtedy, gdy na uczelniach wybuchają spory o plagiat. Są to jednak skandale sytej prowincji – na świecie problemy są o wiele poważniejsze, a stawka dużo wyższa.


W wileńskiej anegdocie prof. Bossowski podczas egzaminu zagadywał pierwszorocznych studentów Wydziału Prawa USB, co byliby w stanie dostrzec z wieży św. Jana. Skonsternowanych młodzieńców, którzy prostodusznie wymieniali przechodniów, ulice i konie, strofował: „Proszę pana, jest pan prawnikiem, który powinien wszędzie widzieć podmioty i przedmioty stosunków prawnych”. Również współczesnym nietrudno przyszłoby zasłużyć na reprymendę za tego rodzaju krótkowzroczność.

Ochrona idei
W wielkim świecie debata o zakresie obowiązywania prawa własności intelektualnej wpływa obecnie na decyzje kilku europejskich rządów, które rozważają wprowadzenie w administracji państwowej, w miejsce programów Microsoftu, darmowego oprogramowania („freeware”) typu Linux. Od orzeczeń sądów amerykańskich zależy wynik sporu między producentami muzyki rozrywkowej zainteresowanymi ochroną swych praw, a zwolennikami darmowego przesyłania w Internecie „plików muzycznych” przy pomocy programów typu Napster. W tym samym czasie kolejne państwa afrykańskie buntują się przeciw monopolowi zachodnich firm farmaceutycznych, odmawiających upublicznienia posiadanych patentów na leki najnowszej generacji, które skuteczniej niż dotąd zwalczają AIDS, malarię czy nowe szczepy gruźlicy. We wszystkich tych sprawach w grę wchodzą kwoty rzędu miliardów dolarów; w ostatniej z nich również życie setek tysięcy, być może milionów osób.
Uwagę Davida Evansa, recenzenta uznanego amerykańskiego magazynu politologicznego „Foreign Affairs”, zwrócił wydany w ubiegłym roku przez waszyngtońską neokonserwatywną fundację badawczą Cato Institute zbiór szkiców „Copy Fights”, których autorami są osoby zaangażowane w „wojny patentowe”. Często po przeciwnych stronach frontu: wśród autorów znalazł się ultraliberalny wykładowca prawa na Stanfordzie (Lawrence Lessing) i, z urzędu zainteresowany jak najściślejszą ochroną copyrightu, prezes koncernu Disney’a (Michael Eisner), działacze ruchów libertariańskich, ekonomiści i eksperci amerykańskiego Urzędu Patentowego. Właśnie ta rozbieżność głosów pozwoliła Evansowi stwierdzić, że „Kwestia ochrony praw patentowych wymyka się jednoznacznym ocenom, nie stosują się do niej przejrzyste reguły. Ochrona idei wymaga zachowania delikatnej równowagi między rywalizującymi celami i sprzecznymi wartościami. Powinniśmy wspierać twórczą inwencję i zwalczać monopole; tworzyć wiedzę i dbać o jej jak najszerszą dystrybucję; dbać o przestrzeganie ustanowionych reguł, a zarazem reagować na zmiany”. Kluczowe pytanie kolejnej z nierozstrzygalnych debat współczesności brzmi: kto ma prawo do posiadania na własność konceptu intelektualnego i czy prawo to obowiązuje stale, czy też społeczeństwo może je przyznać jedynie na czas ograniczony? 
Przed przedstawieniem wniosków, do jakich doprowadziła dyskusja zainicjowana przez Cato Institute, Evans zwraca uwagę czytelników na dwie osobliwości związane z „prawem do posiadania na własność konceptu”; osobliwości, które sprawiają, że często zawodzą analogie, za pomocą których staramy się pojąć te zagadnienia. 

Wykrywacz świętych mikołajów
Własność intelektualna – przypomina – różni się od innych typów własności możliwością jej dzielenia. „Nie jesteśmy w stanie oboje siąść na tym samym fotelu w Filharmonii Bostońskiej; możemy jednak oboje słuchać Dziewiątej Symfonii Mahlera”. Twór intelektualny jest w tym sensie „niewyczerpany”, tym bardziej, że – by odwołać się w dalszym ciągu do realiów muzycznych – rozbudowa filharmonii wymaga znacznych inwestycji, podczas gdy koszt sporządzenia kopii symfonii Mahlera (lub w postaci zapisu nutowego lub nagrania) jest znikomy. 
Niełatwo również zdefiniować, od którego momentu mówić możemy o własności i autorstwie w pełnym znaczeniu tego słowa. Sytuacja jest oczywista, gdy mamy do czynienia z symfonią, projektem rozbudowy filharmonii czy bodaj techniką kserowania nut. Czy jednak ktokolwiek może zyskać prawa do systemu tonalnego? 
Zdroworozsądkowe zaprzeczenie może tu nie wystarczyć; granice „tego, co patentowalne” wymagają stałego precyzowania. Prawodawcy przywołują zwykle formuły wypracowane jeszcze przez Wenecjan: rozwiązanie, które można zastrzec przy pomocy patentu, winno charakteryzować się „nowatorstwem, kreatywnością, wyjątkowością, ograniczeniem »idei twórczej« do konkretnych zastosowań i możliwości jej zaistnienia w postaci fizycznej; zabezpieczenie musi być także ograniczone w czasie”. Do sformułowań tych współczesne urzędy patentowe dodają zazwyczaj zastrzeżenie, wykluczające możliwość patentowania praw natury, formuł matematycznych, składu chemicznego substancji występujących w naturze etc. Tego rodzaju zabezpieczenie jest konieczne: nietrudno bowiem wyobrazić sobie scenariusz „political fiction”, której przebiegły bohater uzyskałby władzę nad światem, uzyskując patent na tabliczkę mnożenia, choćby sam do trzech nie umiał zliczyć.
Żadne zabezpieczenia nie wystarczają jednak w stu procentach. I trudno się temu nawet dziwić, zważywszy na mało precyzyjny charakter takich pojęć, jak „kreatywność” i „wyjątkowość”. Mniejsza o mniej lub bardziej niewinne szaleństwa (Evans przywołuje zarejestrowany w Stanach patent No.5523741, którego posiadacz uzyskał dwudziestoletni monopol na wykrywacz świętych mikołajów). Znacznie bardziej niepokojące są inicjatywy firm zajmujących się inżynierią genetyczną, które w miarę postępów prac nad odczytaniem ludzkiego genomu coraz śmielej zabiegają o opatentowanie sekwencji genów, składających się na poszczególne chromosomy i ich fragmenty. Korporacje w rodzaju Incyte Genomics czy Celera Genomics, o których nieraz jeszcze usłyszymy, składają obecnie tysiące wniosków patentowych na pojedyncze ludzkie geny. Naturalnie, na obronę swych działań posiadają argumenty, które niełatwo odrzucić: należy do nich przede wszystkim chęć ochrony wysiłku włożonego w poznanie genomu. Mimo to perspektywa „nowego niewolnictwa”, w ramach którego ktoś rościłby prawa do kodu genetycznego w naszych komórkach wydaje się apokaliptyczna. 
Drugą osobliwością jest to, jak dalece stanowiska zajmowane w sporach o własność intelektualną nie pokrywają się z tradycyjnymi wielkimi podziałami politycznymi i intelektualnymi. Do zwolenników zniesienia zdecydowanej większości praw patentowych należą nie tylko niemieccy Zieloni, lecz – kojarzeni zazwyczaj z „nową prawicą” – amerykańscy libertarianie. Z drugiej strony, najżarliwszymi obrońcami tych praw są często muzycy rockowi, zwykle ochoczo opowiadający się po stronie walki z ciasnym materializmem, najwyraźniej jednak tylko do chwili, gdy w niebezpieczeństwie nie znajdą się ich kieszenie.

Pirackie raje
Wszystko to wpływa także na nasze życie – tym bardziej, że we współczesnym świecie własność intelektualna nabiera coraz większego znaczenia, pozostawiając daleko w tyle dawne źródła „bogactwa narodów” w rodzaju rud manganu i łowisk śledzi. Publicysta „Foreign Affairs” wylicza kilka powodów tego stanu rzeczy. Po pierwsze, to właśnie idee, koncepcje i konkretne rozwiązania napędzają gospodarkę i stanowią podstawę jej funkcjonowania. Nowe technologie, od kserokopiarki po internet, sprawiają też, że ochrona własności intelektualnej staje się coraz trudniejsza i coraz bardziej zawodna. Co więcej, proces globalizacji sprawia, że koncepcje i idee „wędrują, dokąd chcą”, w tym do krajów, gdzie nie sposób mówić nawet o ich ograniczonym zabezpieczeniu: kolejne pirackie raje rozwijają się w najlepsze na obrzeżach Pierwszego Świata. Najważniejsze jednak jest, że produkcja intelektualna rośnie w zawrotnym tempie: na rynek trafia więcej leków, książek i technologii niż kiedykolwiek w przeszłości i nic nie wskazuje na to, by coś miało powstrzymać ten proces. 
Istotę sporu o prawa patentowe stanowi zatem kwestia: czy rzeczywiście możliwe jest udostępnienie własności intelektualnej wszystkim chętnym? Jeśli pytanie to dotyczy symfonii Mahlera, mamy do czynienia jedynie z beztroską, z podszytą anarchizmem szczodrobliwością na cudzy rachunek. Wówczas dość łatwo przychodzi upomnieć się o prawa twórcy, któremu rzecznicy niczym nieograniczonej wolności mogą co najwyżej zarzucić, że jest filistrem. Znacznie bardziej dramatycznym problemem jest kwestia ochrony patentowej nowoczesnych leków. Ubogie kraje Trzeciego Świata nie mogą sobie pozwolić na wykupienie patentów: czy oznacza to, że ich mieszkańcy mają być pozbawieni możliwości wyleczenia? Czy nie należałoby zmusić firm farmaceutycznych do udostępnienia swej wiedzy, bądź z góry usprawiedliwić wszelkie próby (nie zawsze udane) wyprodukowania „pirackich” wersji leków bez opłat licencyjnych? 
Większość obserwatorów postawionych przed takim dylematem skłania się w odruchu współczucia ku temu rozwiązaniu. Sympatia świata jest dziś po stronie Afryki, a na producentów leków stale wywierane są naciski. Podczas ostatniego szczytu Światowej Organizacji Handlu (WTO) minister zdrowia RPA określił praktyki zachodnich koncernów farmaceutycznych mianem „zbrodni przeciw ludzkości”, a poczytny pisarz angielski John Le Carré zdemaskował ich obłudę w swej ostatniej powieści „Wierny ogrodnik”. 
Kolejna „wojna patentowa” nie da się jednak rozstrzygnąć tak łatwo. Jeden z autorów „Copy Fights” przytacza wyniki badań, z których wynika, że zaprojektowanie od podstaw nowego, bardziej skutecznego niż dotychczas leku kosztuje około 800 mln dolarów. Postulaty obdarzonych wielkim autorytetem środowisk w rodzaju stowarzyszenia „Lekarze Bez Granic”, opowiadających się za całkowitym zniesieniem praw patentowych są doskonale zrozumiałe, zwłaszcza, jeśli uświadomić sobie, że ochrona tych praw oznacza w ostatecznym rachunku śmierć wielu pacjentów w krajach zbyt ubogich, by wykupić licencję. Zarazem jednak upublicznienie własności intelektualnej odebrałoby firmom farmaceutycznym jakąkolwiek motywację do doskonalenia swoich rozwiązań. 
Ostatecznie zatem mamy do czynienia z sytuacją patową. Uwłaszczenie posiadaczy patentów raczej nie wchodzi w grę. Rozwiązania połowiczne (ulgi licencyjne dla krajów rozwijających się, niższe ceny detaliczne sprzedawanych tam leków) nie zadowalają z kolei krytyków „merkantylnego Zachodu” – i trudno się temu dziwić, zważywszy, o jaką stawkę toczy się gra. Sytej prowincji pozostaje, póki co, przyglądać się z boku jednej z najpoważniejszych debat rozpoczynającego się wieku. 

Wojciech Stanisławski jest współpracownikiem
Ośrodka Studiów Wschodnich w Warszawie.

A.Thierer, W.Crews (ed.), Copy Fights, Washington, Cato Institute, 2002, 295 s. Omówione przez David Evans, „Who Owns Ideas? The War Over Global Intellectual Property”, Foreign Affairs, November/December 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl