W 50 lat po procesie Kurii krakowskiej


Czasami mocni, czasami słabi

Z ks. Czesławem Skowronem rozmawia Jan Strzałka



JAN STRZAŁKA: – W listopadową noc 1952 roku do mieszkania Księdza (wówczas młodego pracownika archiwum krakowskiej Kurii) zapukali ubecy. Zabrali Księdza do Pałacu Biskupiego, gdzie trwała rewizja, i jeszcze tej samej nocy aresztowali. UB przygotowywało się do pokazowego procesu, który odbył się w styczniu 1953. Ksiądz nie został włączony do głównej rozprawy, ale odsiedział na Montelupich ok. dziewięciu miesięcy, oczekując na osobny proces. Często Ksiądz wraca do tamtych wydarzeń?
Ks. CZESŁAW SKOWRON: – Nie chcę żyć wspomnieniami o więzieniu, ponieważ wiele lat później obserwowałem byłych więźniów obozów koncentracyjnych, którzy cierpieli bardziej niż ja. Przy całym szacunku dla ich tragedii zauważyłem, że wielu z nich obnosi się z koroną męczeńską i nieustannie wspomina o tamtych przeżyciach. Pomyślałem, iż cierpią na kompleks, którego wolałbym uniknąć. Nigdy nie zapomniałem tamtego epizodu, ale nie chciałbym nadawać mu rangi szczytowego wydarzenia mojego życia.

Listopad, niebezpieczna pora
Lubię anegdoty, więc opowiem, co mi się przydarzyło tuż po święceniach. W 1951 r. zostałem mianowany wikariuszem w podkrakowskich Krzeszowicach. Liczyłem sobie wówczas 27 lat. Chodzę po pierwszej kolędzie i zaglądam do pewnej oficyny. Kościelny uprzedza: to mieszkanie naszego starego kościelnego, pana K. Zachodzimy tam, modlimy się ze starym, zacnym małżeństwem, a potem pytam, czy są samotni. Bogu dzięki, nie. Mają synów, pracujących w Krakowie, którzy późno wracają do domu i dlatego są nieobecni. Zostawiłem dla synów święty obrazek.
Dziesięć miesięcy później, już po aresztowaniu, śledczy pytał o wszystko, także o to, gdzie byłem na parafii. Kiedy usłyszał, że w Krzeszowicach, aż nim zatrzęsło. Kogo tam znasz? – ryknął. Znam proboszcza – odpowiadam, bo przecież nie będę udawał, że go nie znam – sklepikarza z rynku i lekarza. I obserwując śledczego kątem oka strzelam: a pan przypadkiem nie z Krzeszowic? Nie – odpowiada – ale wywiadowca musi znać teren jak własny palec. Wracam do celi, współwięźniowie pytają: kto księdza przesłuchuje? Ano taki w okularach, nie przedstawił się. Ach, to K. – mówią. Proszę bardzo: syn starego kościelnego, któremu zostawiłem obrazki. Niezbyt jednak orientował się w terenie, skoro nie znał księdza pracującego w Krzeszowicach przez dziewięć miesięcy... 
Nie każdy, kto był uwikłany w proces Kurii – czy w jakąkolwiek farsę sądową okresu stalinizmu – może się dziś uwolnić od koszmarnych wspomnień. Wdowa po Edwardzie Chachlicy, studencie skazanym wówczas na karę śmierci, wyznała niedawno Wojciechowi Czuchnowskiemu (autorowi książki o procesie), że będzie tę sprawę przeżywać aż do śmierci.
– Tak, dla niektórych proces był i pozostaje traumą, szczególnie dla skazanych na śmierć. Do tego dochodziły później wyrzuty sumienia, bo wielu nie wytrzymało tortur fizycznych i psychicznych, więc sypali. Gadali świeccy, gadali księża, np. ksiądz Józef Lelito. Ks. Bolesław Przybyszewski, postać kluczowa w sprawie, naprawdę miał powody, by do końca życia – a zmarł w 2001 r. – nigdy nie wspominać o swojej roli w procesie. Milczał, nie kajał się, wręcz odwrotnie: niekiedy dawał wyraz rozżaleniu, że to on został zdradzony i nie mógł wybaczyć księżom, którzy przyczynili się do jego aresztowania. Jeśli wspominał, opowiadał tylko, że był bity przez ubeków, starając się zatuszować, że podczas przesłuchań gadał bez opamiętania, obciążając wielu ludzi. A przecież musiał mieć świadomość, że zawiódł, bo w 1952 r. był kanclerzem Kurii i można było oczekiwać od niego więcej niż od przeciętnych śmiertelników.
Ks. Przybyszewski został aresztowany tej samej nocy co Ksiądz Profesor.
– Wcześniej jednak aresztowano księży Modesta Wita Brzyckiego i Jana Pochopienia, notariuszy Kurii. Stało się to 17 listopada. Wtedy nastąpiła pierwsza rewizja na Franciszkańskiej 3. Pałac Biskupi został otoczony, brama zamknięta, a ubecy poszli prosto do kancelarii. Przetrząsnęli biurka i szafy, interesowały ich szczególnie informacje o parafiach, dostarczane do Kurii przez księży z całej diecezji. Były to sprawozdania z pracy duszpasterskiej – coś, co nie interesowało nawet hitlerowskich okupantów. Polska Ludowa uznała je za materiał szpiegowski i dlatego aresztowała księży notariuszy, którzy je przyjmowali.
O istnieniu sprawozdań UB dowiedziało się zapewne od ks. Lelity, podczas wojny związanego ze wsią Liszki pod Krakowem, aresztowanego wcześniej w związku z tzw. sprawą Bergu. Lelito był znajomym Pochopienia z seminarium, i zaglądając na Franciszkańską zawsze gawędził z przyjacielem o tym, co słychać w pałacu – dużo wiedział o Kurii i diecezji. Informacje przekazywał do emigracyjnego ośrodka w niemieckim Bergu, gdzie roiło się od ubeckich wtyczek. W końcu Lelito wpadł i zaczął sypać – wydał m.in. Brzyckiego i Pochopienia.
Bezpieka znalazła więc pretekst do ataku na Kurię...
– To miało być preludium do totalnej walki z Kościołem, do rozpędzenia Episkopatu, pozbycia się prymasa Wyszyńskiego, skompromitowania opornego duchowieństwa przez przedstawienie nas jako paserów i alkoholików, czemu służyły dolary i kilka butelek znalezionych w mieszkaniach księży.
Komuniści chcieli powierzyć Kościół kolaborantom, zwanych „księżmi patriotami”. A opornych duchownych trzeba było załatwić. Każdy sposób był dobry. Na Montelupich podsłuchałem rozmowę w sąsiedniej celi, gdzie siedzieli milicjanci skazani za jakieś przestępstwa. Jeden z nich narzekał, że miał potworną harówkę, bo podlegały mu aż cztery parafie, toteż życzył duchownym jak najgorzej: „Nojlepiej by im kozać się żynić – powiada. – Jak bendzie mioł babe i dziecka, to sie nie bendzie zajmowoł walkom z komunizmem”.
18 listopada, dzień po aresztowaniu notariuszy, przepadł bez wieści ks. Przybyszewski. To był człowiek, który niesłychanie dużo wiedział: był przy śmierci kard. Sapiehy, znał wiele sekretów Kurii, wiedział, gdzie metropolita polecił ukryć dolary (a trzeba przypomnieć, że ich posiadanie było przestępstwem, bo władza ludowa zarządziła, by obywatele „zdeponowali” obce waluty w NBP). Kto by pomyślał, że Przybyszewskiemu nie można powierzyć najbłahszego sekretu?! Tymczasem on nie potrafił niczego utrzymać w tajemnicy. Wcześniej, będąc wikariuszem w parafii na Salwatorze, prosił znajomych, by nie dawać mu żadnych ulotek, szczerze przyznając, że jeśliby został kiedyś aresztowany, ze strachu wszystko wygada – znał siebie.
Gdzie zniknął ks. Przybyszewski?
– Okazało się, że po aresztowaniu Brzyckiego i Pochopienia kanclerzem zawładnął paniczny lęk. Za pierwszym razem uciekł na wieś do siostry, ale szybko zorientował się, że jeśli UB będzie go szukać, to właśnie u rodziny – toteż powrócił do Krakowa. Tym razem ukrył się na strychu kościoła św. Wojciecha na Rynku. Ks. Władysław Gałat, rektor od św. Wojciecha, nie wiedząc, co począć, wybrał się po radę do Kurii. Słyszał, że UB tropi Przybyszewskiego, że była rewizja w jego mieszkaniu.
Rektor został przyjęty przez abp. Eugeniusza Baziaka. Istnieją dwie wersje ich rozmowy. Wedle pierwszej, arcybiskup wezwał ks. Józefa Moronia, swego kapelana, i ks. Mikołaja Kuczkowskiego – wspólnie zastanawiali się, co robić z Przybyszewskim. Podobno ks. Kuczkowski był zdania, że kanclerz powinien opuścić kryjówkę, bo przecież nie ma nic do ukrycia, a abp Baziak miał powiedzieć Gałatowi, by postąpił zgodnie z sumieniem i na tym rozmowa się skończyła. Wedle drugiej wersji abp Baziak obruszył się, kiedy ks. Kuczkowski radził, by Gałat przyłożył rękę do wydania Przybyszewskiego. Abp Baziak miał rzec: „jak to, ksiądz na księdza ma donosić?!”, i wyszedł oburzony. Przypuszczam, że prawdziwa jest pierwsza wersja.
Tak czy owak, ks. Gałat zgłosił na UB, że Przybyszewski ukrywa się u św. Wojciecha. UB zażądało, by księża Moroń i Kuczkowski poszli tam z nimi. Kuczkowski wszedł do kościoła i krzyknął: złaź, wariacie, ze strychu! Przybyszewski został aresztowany, sprowadzony na Franciszkańską i po kilku godzinach przesłuchania wydał im wszystkie sekrety Kurii. Stało się to 24 listopada, kilka godzin później usłyszałem pukanie do drzwi.

Pachnie trupem!
Wiedzieli, czego w Kurii szukać, bo od razu kazali mi zabrać klucze do archiwum. Kiedy je otworzyłem, wszedł tam z nami Przybyszewski. Ubecy pytali go: „Gdzie ta teczka?” Podchodząc do miejsca obok dawnych drzwi odpowiedział: „Tu była, ale jej nie ma”. Więc ubecy do mnie z tym samym pytaniem. Wiem, że nie ma co przeczyć, bo jeśli powiem, że nie mam pojęcia, przetrząsną archiwum i w końcu odkryją tajemnicę. Powiadam, że stare teczki przeniosłem pod okno. Major dowodzący ubekami bierze jedną z nich i triumfalnie zwraca się do podwładnych: „Zwróćcie uwagę, pachnie trupem!”.
Teczka pachniała trupim odorem, bo zawierała dokumenty wydobyte przy ekshumacji grobów katyńskich w 1943 r. Niemcy przewieźli przedmioty ekshumowane z mogił do analizy w Krakowie, ktoś zabrał im jedną teczkę i przekazał ks. Kurowskiemu, ten zaś zaniósł ją do Kurii. Ze strzępów listów czy dokumentów odnalezionych przy ciałach bez cienia wątpliwości można było wywnioskować, kto i kiedy popełnił zbrodnię.
W Kurii, po śmierci kard. Sapiehy, o teczce wiedziało zaledwie kilka osób: ks. Kurowski, ks. Przybyszewski i archiwariusz, czyli ja, bo przenosząc kiedyś stare dokumenty zainteresowałem się zawartością. Przybyszewski zdradził więc ten nasz sekret ubekom.
Czy wie Ksiądz, co się z nią stało?
– Przez lata byłem przekonany, że została zniszczona. Ale w r. 1990 okazało się, że nie miałem racji. Krzysztof Kozłowski, minister spraw wewnętrznych w gabinecie Tadeusza Mazowieckiego, odnalazł i przekazał teczkę kard. Macharskiemu. Jakim cudem ocalała – nie potrafię pojąć.
Kiedy znaleźli teczkę, zaczęli szukać waluty. Przybyszewski wskazał im wszystkie schowki. Było tego ok. 37 tys. dolarów: dla nich wielki majątek, dla innych marne grosze. Kiedy po latach opowiadałem o tym znajomemu Żydowi, nie mógł się nadziwić, że Kuria była taka biedna. Przeszukując piwnice ubecy znaleźli zabytkową broń i dowiedzieli się, że niedawno zniszczono w Kurii jakieś karabiny. Stąd wzięło się oskarżenie, że na Franciszkańskiej zbrojono się na okoliczność III wojny światowej.
Po moim aresztowaniu za kratki trafili kolejni księża: Schmidt, Kurowski, Noworyta, abp Baziak i bp Rospond, a wcześniej – związani z Liszkami księża Franciszek Szymonek i Józef Fudali.

Co dasz Ludowej?
Czy za kratami wiedział ksiądz, co się dzieje „na zewnątrz”?
– Jako młody człowiek nie interesowałem się zbytnio polityką, w seminarium przestrzegano nas, byśmy od niej stronili, lecz my, klerycy, czuliśmy wrodzoną wrogość do komunizmu. Kiedy byłem wikarym w Krzeszowicach, podczas kazań ośmieliłem się brać w obronę duchownych znieważanych w partyjnych gazetach. Dostawałem anonimowe pogróżki, że marnie skończę, jeśli się nie powstrzymam. Słyszało się o prowokacjach przy konfesjonale: ktoś spowiadał się, że należy do partii, ktoś inny, że popełnił morderstwo polityczne. Czy ksiądz rozgrzeszy za partyjną legitymację, czy pobłogosławi konspiratora? Jeśli to uczynił, bywało, że przypieczętował swój los. Kiedyś w Krzeszowicach w środku nocy słyszę pukanie do okna, otwieram, a tu nieznajomy mężczyzna prosi, bym go wyspowiadał. Prowokator czy dusza w opałach? Cóż począć, wyspowiadałem człowieka, na szczęście nie okazał się prowokatorem, wkrótce zresztą również został aresztowany.
Kiedy mnie zamknęli, nie miałem złudzeń co do swego losu. Wypierałem się wprawdzie, jakobym coś wiedział o zawartości teczki katyńskiej, mówiąc, że tylko ją przenosiłem, nie przeglądałem. Podejrzewałem, że ubecy mi nie wierzą, a nawet gdyby – mogą zlikwidować na wszelki wypadek. Stanisław Musiałek, stary akowiec z mojej celi, któremu wyjawiłem prawdę, radził przygotować się na najgorsze, czyli na karę śmierci albo skrytobójstwo. Jeśli to Katyń – mówił – to się nie łudź...
Radził też, bym się przygotował na obelgi i poniżanie. Podczas wojny byłem na robotach przymusowych w Niemczech i najbardziej nieokrzesani robotnicy nie używali takich słów, jakimi bluzgali ubecy. Dzięki Musiałkowi nie załamałem się i spokojnie czekałem na swój los. Pogodziłem się z myślą, że żywy z Montelupich nie wyjdę.
Ale w stenogramach przesłuchań nie ma słowa „Katyń”.
– Może ubecy nie chcieli wywoływać wilka z lasu? Może nie włączyli mnie do procesu, bojąc się, że wykończony torturami stracę nad sobą kontrolę i publicznie wyjawię istnienie teczki? A może bym i poszedł na całość i wywlókł ten sekret, kto wie...
Kiedy wszedłem pierwszy raz do celi, rozpłakałem się. Miałem jednak niebywałe szczęście, bo moi towarzysze okazali współczucie i otoczyli mnie życzliwością. W kilkuosobowej celi siedziałem z akowcami i złodziejami. Wszyscy okazali się ludźmi niepospolitymi. Siedział ze mną np. pan Kamieniarz, zamieszany w aferę Bergu. Pewnego razu w więzieniu karnym spoliczkował ks. Lelitę, bo dowiedział się, że to on wsypał jego synów.
Jak Ksiądz znosił przesłuchania?
– Przesłuchania, jak to przesłuchania – były brutalne. Ciągle mnie kuszono, proponując, bym się zaangażował w budowę socjalizmu w Polsce, czyli zgodził na współpracę z bezpieką, a kiedy odmawiałem, przesłuchujący stawali się mniej grzeczni. Kapitan Florian Meder (zmarł niedawno w Izraelu) pluł mi w twarz. Innego razu pytali, co zrobię dla ludowej ojczyzny, jeśli wyjdę z ciupy. Odpowiadam, że na współpracę nie idę, a jeśli wyjdę z ciupy – będę spowiadać całymi dniami, za przykładem św. Jana Vianney, którego wroga Kościołowi Francja odznaczyła medalem zasługi. Ty taki owaki – ryknął ubek – schowaj przykłady na ambonę! Pytano mnie o duchownych, z którymi się spotykałem, więc podawałem nazwiska księży-patriotów. Cholera – powiada jeden ubek do drugiego – podaje samych porządnych!
Do celi nie docierały żadne informacje o procesie Kurii, docierały natomiast wieści o kolejnych aresztowaniach księży i świeckich, ponieważ niektórzy z nich trafiali na Montelupich. Więzienie pękało w szwach, szczególnie od stycznia 1953, kiedy sadzano do pudła za pyskówkę przeciw podniesieniu cen. Siedzieli studenci, a potem gimnazjaliści. Szeptano też, że za ścianą mojej celi siedzi jakiś znaczny ksiądz. Kim on jest, nikt nie wiedział, bo więzień był absolutnie izolowany od reszty. Stukałem morsem, by nawiązać z nim kontakt, ale nie odpowiadał. Dopiero kiedyś idąc korytarzem usłyszałem znajomy głos – to był abp Baziak. Gdy odzyskałem wolność, odwiedziłem go w Tarnowie, gdzie przebywał, zesłany przez komunistów. Zdałem mu relację ze swych przeżyć i zapytałem, czemu nie reagował na stukanie. Okazało się, że siedział ze szpiclem.

Słabość 
Po 1956 r. miał Ksiądz możliwość rozmawiać ze wszystkimi, którzy przeżyli więzienie. Dlaczego załamali się w śledztwie i podpisali pod absurdalnymi samooskarżeniami? Dlaczego oskarżali innych?
– Bo zwyciężył strach. Przybyszewski, który nota- bene nie znalazł się na ławie oskarżonych, był słaby psychicznie. Pochopień drżał, że oprawcy wywloką mu powiązania z AK i nie uniknie kary śmierci – rzeczywiście, uniknął oskarżenia o związki z „faszystowskim podziemiem” i dostał „tylko” osiem lat więzienia. Ks. Brzycki nie wytrzymał tortur psychicznych, skarżył się podobno współwięźniom, że najgorszym cierpieniem dla niego są obelgi przesłuchujących, którzy nie szczędzili mu najwulgarniejszych wyzwisk. Przyznał się do wszystkiego, ale podczas procesu obudziła się w nim godność i krzyknął, że zeznania wymuszono na nim torturami. Skazany został na piętnaście lat. Kiedy w 1954 r. został uwolniony, był ruiną człowieka – ubecy woleli, by umarł na wolności, a nie w celi. Zmarł w dwa tygodnie po wyjściu z więzienia.
Z kolei z ks. Kurowskim wiązano wcześniej wielkie nadzieje – w słowniku biograficznym czytamy, że podobno podczas wojny widziano w nim zarządcę diecezji, gdyby aresztowano kard. Sapiehę. Nie pojmuję, dlaczego się załamał; dlaczego nie protestował choćby przeciw pojawiającym się w mowach prokuratora pomówieniom przeciw nieżyjącemu kard. Sapieże. Bo czym w istocie były oskarżenia o współpracę Kurii z Wehrmachtem, jak nie zniesławianiem Kardynała? A propos: cokolwiek by mówić o hitlerowcach, dla Kurii okazali się łaskawsi niż staliniści. Niemcy do pewnego stopnia szanowali Sapiehę, nie odważyli się wtargnąć do Kurii, choć zamiast metropolity posłali do obozu koncentracyjnego bliskiego mu ks. Lubowieckiego.
Wiele lat później, podczas pobytu w Rzymie wiodłem długą Polaków rozmowę z prof. Karlą Lanckorońską, która w czasie okupacji współpracowała z gen. Borem-Komorowskim, a potem trafiła do obozu w Ravensbrück. Lanckorońska twierdziła, że w katowniach gestapo załamywali się oficerowie AK, lecz niemal nigdy nie zdradzali żołnierze z ludu. Mieli więcej hartu i odporności. Podobnie było w przypadku procesu Kurii: duchowni nie wytrzymali przesłuchań, zaś wielu świeckich wyszło z tej próby z czystym sumieniem, np. żyjąca do dziś Stefania Rospond.
Może księża załamali się, bo byli bardziej samotni niż podczas okupacji? Nie wsparła ich nawet Kuria czy Episkopat...
– Nie wiem, czy Kuria i Episkopat dały się zastraszyć. Kiedy wyszedłem z Montelupich, najpierw udałem się do ks. kapelana Moronia. To był mój dobry przyjaciel, więc mu wygarnąłem: „Siedzi dwóch księży z twojego roku! Pomagacie im?!” A on do mnie: „A jak im pomóc, no jak?!” „Nie wiecie – ja na to – że na konto każdego więźnia można posłać pieniądze i że one nigdy nie giną?” Niestety, Kuria o tym nie wiedziała – to jej zaniedbanie, tym większe, że miała adwokatów, którzy powinni zatroszczyć się o te sprawy. Trzeba przyznać, że od tej chwili posyłano księżom pieniądze, za które mogli czasem nabyć w więzieniu chleb, cebulę, papierosy.

Stalin, czyli na dwoje babka wróżyła
Z opowieści Księdza wnioskuję, że Kuria była zaskoczona aresztowaniami jej kapłanów.
– Nie spodziewano się ataku, bo Kuria nie prowadziła żadnej działalności antypaństwowej.
A np. aresztowanie ks. Lelity nie wywołało obaw, że UB dobierze się wkrótce do księży z Franciszkańskiej?
– Myślę, że aresztowanie ks. Lelity przyjęto jako konsekwencję jego kontaktów z Bergiem. Skoro zaś nikt na Franciszkańskiej nie miał powiązań z Bergiem... Kto by pomyślał, że UB uzna zwykłe sprawozdania duszpasterskie za materiał szpiegowski?
Przemawia do mnie argument Bohdana Cywińskiego, że sprawa Kurii – i jej konsekwencje, przede wszystkim odcięcie się Episkopatu od aresztowanych księży i niewinnych świeckich – świadczy o ówczesnej słabości naszego Kościoła.
– Kuria ani nawet Episkopat nie miały szans w starciu z totalitarnym państwem. Nie to, że Kościół był słaby, lecz że aparat represji był wszechwładny. Czy biskup mógł wówczas protestować? Hierarchów też wsadzano do więzień, np. biskupa Czesława Kaczmarka z Kielc, oskarżonego o współpracę z gestapo. Że to brzmi absurdalnie? A któż by się tym przejmował! W sprawie Kurii był aresztowany nawet abp Baziak, najważniejsza postać w Kościele krakowskim. W ponurym 1952 roku represje dotknęły hierarchów śląskich, w 1953 aresztowano samego Prymasa. Przyszłość Kościoła rysowała się w ciemnych barwach. Komuniści nie lękali się już protestów.
W absurdalne oskarżenia duchowieństwa o szpiegostwo, podżeganie do wojny etc. wierzyli ci, co byli na pasku władzy, większość zaś czuła, że to wielkie kłamstwo, lecz reżim miał za nic opinię narodu. Panował terror, a propaganda dzień i noc prała ludziom mózgi, ale mimo to byli tacy, którzy nie stracili zdrowego rozsądku. Krążył dowcip o politruku, który nauczał chłopów o bezeceństwach obszarników. Jednego dnia pasożyt przegrał dwadzieścia tysięcy, drugiego – znów dwadzieścia. I co wy na to? – zwraca się politruk do chłopów. Na co wstaje gospodarz i powiada: cosik mi się widzi, że karta cholernie nie szła jaśnie panu...
Dwa miesiące po procesie zmarł Stalin. Czy Ksiądz wiązał z tym jakieś nadzieje?
– Nie od razu się o tym dowiedzieliśmy. Pewnego dnia przez szparę w więziennej okiennicy dojrzeliśmy plakat na pobliskim budynku: „Zmarł Stalin, jego idee wiecznie żywe”. Morsem przekazaliśmy wiadomość do sąsiedniej celi. Ogarnęła nas radość, ale po chwili strach, czy nie należy się spodziewać jeszcze większych represji. Ale w maju 1953 zaczęto nas codziennie wyprowadzać na spacer, wcześniej ten przywilej mieliśmy raz w tygodniu albo raz na dwa tygodnie, a bywało, że za karę odbierano nam nawet to. Poprawiło się też jedzenie. Zaświtała więc nadzieja, że może jednak idee Stalina nie będą wiecznie żywe. W czerwcu przesłuchania złagodniały, więc domyślałem się, że przygotowują moje zwolnienie. W lipcu 1953 odzyskałem wolność.
Sztuka siedzenia
Byłem wolny, zgłosiłem się do Kurii, do ks. bp. Jopa. Nieco później Kuria otrzymała pismo od władz, że nie zgadzają się, by powierzono mi jakieś stanowisko. Zastępowałem więc księży to w tej, to w tamtej parafii. W końcu trafiłem do kościoła św. Anny. Kościół ten z woli UB miał się stać oazą patriotów, ale odważny biskup Jop posłał tam mnie. Toteż często byłem wzywany do urzędu ds. wyznań. Kiedy urzędnik mi groził, odpowiadałem, że przestałem się bać na Montelupich. Co mi groziło? Najwyżej, że tam wrócę.
Spotykał się Ksiądz czasami z duchownymi oskarżonymi w procesie? 
– Ks. Pochopień, do którego nikt nie miał szczególnego żalu, ciężko chorował po wyjściu z więzienia. Ks. Brzycki zmarł w dwa tygodnie po uwolnieniu. Inni przenieśli się na parafie z dala od Krakowa. Próbowałem zbliżyć się do Przybyszewskiego, chciałem wyciągnąć go z samotności, bo wprawdzie Kuria go nie potępiła, ale czuło się, że ma do niego żal. Nie był już kanclerzem. Objął parafię św. Krzyża. Poczułem jednak, że nie potrzebuje towarzystwa, patrzy na mnie, jakby chciał powiedzieć: czego ty ode mnie chcesz? Całkowicie oddał się nauce. Raz tylko, wspominając ucieczkę na strych św. Wojciecha, rzucił z żalem: wydaliście mnie...
Czym tłumaczyć słabość księży oskarżonych w procesie?
– Nikogo nie można winić za to, że ulega brutalnej przemocy. Czy ja – gdybym nie został wsparty przez akowców z celi – miałbym więcej siły niż nieszczęśni współbracia z Kurii? Więzienie można przetrwać, pod warunkiem, że nie ulegnie się stłamszeniu. Śpiewałem z kompanami wesołe piosenki, zapraszałem ich do wspólnej modlitwy, rozmawiałem ze złodziejami z celi – nie żebym ich straszył piekłem za kradzież worka państwowego cementu, ale byłem ciekaw człowieka. Podobnie postępowali inni koledzy, np. Krzysiek Zieliński, który lubił grać w szachy i wiedział, że gdy zostanie wyrwany na przesłuchanie, to nie zważając na pytania przesłuchującego ma myśleć nad następnym ruchem. Przeniesiony do naszej celi Mietek Steczko i student prawa, obserwując nasze zachowanie, zauważyli, że zachowujemy się, jakbyśmy nie byli w więzieniu. A co oni robili? Dyskutowali nad sensem cierpienia. Na więziennej pryczy chcieli zgłębić jego tajemnicę... Aż się żachnąłem, kiedy to usłyszałem: „Człowieku, nie masz nic innego do roboty?!” Podejmując takie tematy, sami kręcili bat na siebie. Ja w więzieniu radziłem współbraciom w cierpieniu, by pomyśleli, kto jest naprawdę wolny, a kto więźniem, i po której stronie kraty żyją ludzie wolni. W mojej celi był akowiec Józef Malara, który wytrzymał miesiąc w karcerze – nago, w potwornym zimnie. Nie załamał się.
Od księdza wymaga się, by dźwigał swój krzyż z większym heroizmem niż zwykły śmiertelnik, ale księża też ludzie. Duchowni bywają tacy jak wszyscy członkowie społeczeństwa: czasami mocni, czasami słabi. Nawet w czasach stalinowskich wielu prowincjonalnych kapłanów odznaczyło się wielką odwagą. Ks. Bajer z Jaworzna z ambony mówił: gazety głoszą, że Watykan jest naszym wrogiem, zastanówmy się, czy Watykan zabrał nam terytoria, czy watykański żołnierz zhańbił jakąś Polkę? A może jakiś szwajcar ukradł Polakowi zegarek?
Jaki więc morał płynie z historii procesu?
– Nie z każdej historii płynie morał. A z tej? Że słabość okazują słabi, ale że ludzie bywają też odważni.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl