O Kościele w PRL i manipulowaniu faktami


Irytację zastępuje gorycz

Stanisław Rodziński



Dlaczego nie szanuje się u nas własnej tradycji, dlaczego nie ocenia się sprawiedliwie ludzkich nieszczęść, dlaczego nie określa się jednoznacznie politycznych faktów – zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o sprawy tak dramatyczne, jak losy polskiego Kościoła w Polsce Ludowej?


Od Bożonarodzeniowego numeru „Tygodnika” trwa dyskusja felietonisty „TP”, który w ,,Gazecie Wyborczej” sponiewierał katechetów, z czytelnikami. Czytelnicy piszą listy, felietonista odpowiada. Czytelnikom chodzi o co innego, felietonista pisze swoje, dodatkowo jeszcze dzieląc duchownych na tych, do których zwraca się „proszę księdza” i tych, do których mówi „proszę pana”. 
W tym samym świątecznym okresie usłyszałem w Radiu Maryja wypowiedź ojca dyrektora, który oświadczył, że obecnie Kościół w Polsce jest bardziej prześladowany niż w czasach stalinowskich. Potem ojciec dyrektor dodał, że Polsce w niedługim czasie grozi wojna domowa – taka, jaka miała miejsce w Jugosławii.
Teraz znowu w wywiadzie szefa KAI z arcybiskupem Józefem Michalikiem czytam, że wśród prób unowocześnienia katolicyzmu w Polsce były dobre i nieudane, a jako przykłady negatywne podane są: PAX, księża patrioci i Znak (przypuszczam, że chodzi tu o Koło Poselskie Znak, a nie o wydawnictwo). 
Otóż po takiej porcji oświadczeń oraz wywiadów zastanawiam się, gdzie mieszkam, gdzie i kiedy żyję. Nie wiem, dlaczego minister zdrowia kupuje auta, a potem je zwraca, dlaczego w Wałbrzychu są dwa szpitale dziecięce, jeden nie ogrzewany z dziećmi, drugi ogrzewany i pusty. Coraz to nagłą irytację i normalne w takich przypadkach „cholerowanie” zastępuje gorycz i znużenie. Czym innym jest jednak wykrój brody niedawnego ministra zdrowia, czym innym problemy Kościoła w Polsce.
Zastanawiam się więc, ile lat ma dyrektor katolickiego radia, który uważa, że obecnie prześladowania Kościoła w Polsce są większe niż w czasach stalinowskich? Jeżeli ma lat piętnaście – można by mu zaproponować korepetycje z historii, jeżeli więcej – mamy chyba do czynienia z normalnym – jak to się określa – rozminięciem się z prawdą. Nie wiem, na czym oparte są przypuszczenia dotyczące wojny domowej w Polsce, ale uważam, że tak nie wolno mówić do słuchaczy mających zapewne swoje kłopoty, swoje biedy i udręki. Zapowiadanie wojny domowej w stylu jugosłowiańskim, okrutnej, wyniszczającej jak każda wojna, wyrosłej na patologicznej nienawiści i pozostawiającej nienawiść jeszcze większą – w ustach kierującego radiostacją jest karygodne.
Wracam jednak do sielanki czasów stalinowskich. Tak się składa, że bliskimi przyjaciółmi moich rodziców byli księża Kurowski i Brzycki, uwięzieni w związku z procesem Kurii Krakowskiej (o procesie piszemy na str. 14-15 – red.), że nasz kuzyn, członek tzw. „bandy księdza Gurgacza”, siedział w ubeckim więzieniu. Byłem kilkunastoletnim chłopcem, gdy słuchałem płaczącej siostry księdza Brzyckiego, która opowiadała rodzicom, jak traktowany jest na UB jej brat.
W wydanej obecnie książce księdza profesora Bolesława Przybyszewskiego o kardynale Sapieże można zobaczyć fotografię autora książki przy stole, na którym leżą rozłożone dolary. Podobną fotografię ks. Wita Brzyckiego przy stole pełnym broni (!) oraz alkoholi zamieściła prasa, a tłumy „spontanicznie” przybyłe do sali kina Związkowiec w Krakowie biły brawo i tupały w czasie zeznań torturowanych księży i odczytywania wyroków.
O sprawie księdza Gurgacza i koszmarze, jaki przeżyli ludzie z tym związani, nie będę wspominać, gdyż sprawa to długa i złożona. Przypomnę tylko, że Gurgacz był jedynym duchownym skazanym na karę śmierci, którą wykonano. Już będąc na studiach spotkałem w czasie pobytu na Bielanach, w kamedulskim eremie, skazanego w procesie Kurii księdza Józefa Lelitę. Zniszczonego, zmaltretowanego człowieka, który – podobnie zresztą jak wszyscy księża krakowskiej Kurii (sam Lelito w Kurii nie pracował) – miał być szpiegiem amerykańskim i watykańskim równocześnie! Nie wolno, podkreślam – nie wolno mylić pojęć i manipulować faktami, poniewierając w ten sposób pamięć ludzi, którzy byli prawdziwymi męczennikami za wiarę i wolność Kościoła w Polsce.
Kiedy widzę, jak się wymienia jednym tchem PAX, księży patriotów i Znak, zastanawiam się, dlaczego tak nie szanuje się u nas własnej tradycji, dlaczego nie ocenia się sprawiedliwie ludzkich nieszczęść, dlaczego nie określa się jednoznacznie politycznych faktów – zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o sprawy tak dramatyczne, jak losy polskiego Kościoła w Polsce Ludowej?
Cóż dzisiaj dla przeciętnego człowieka znaczy słowo czy zjawisko „PAX”, czy dzisiaj pamięta ktoś szyderczy dowcip o tym, że wstęp na studia w Polsce Ludowej mają dzieci robotników, chłopów i księży patriotów? Sądzę, że problem, a raczej tragedia nosząca nazwę „księża patrioci” – to sprawa, o której albo pisze się rzetelnie, prawdziwie i z całym przerażającym bagażem nieszczęść, jakie się za tym kryją, albo pisać i mówić nie należy wcale. Określenie tego zjawiska jako „próby unowocześnienia katolicyzmu” w Polsce jest nieporozumieniem. Była to bowiem podjęta przez państwo próba zgnojenia Kościoła drogą zgnojenia człowieczeństwa duchownych. Znający problem wiedzą, ile prywatnych dramatów poniżenia i wstydu kryło się za karykaturalnymi deklaracjami i uroczystymi akademiami. To zresztą jeszcze jeden element życia Kościoła polskiego w czasach stalinowskich, które w zestawieniu z czasami obecnymi, jak twierdzi ojciec dyrektor, było o wiele lepsze.
Czy pamiętamy fotografie posła Stanisława Stommy, który protestował w 1976 roku przeciwko sowietyzacji polskiej konstytucji? Czy przypominamy sobie, co działo się w Sejmie po wystąpieniu Jerzego Zawieyskiego, który w 1968 roku bronił bitych studentów? A może zapomnieliśmy już, jak kilka lat wcześniej, po Liście Biskupów polskich do niemieckich, podczas obrad Frontu Jedności Narodu Gomułka ryczał do Jerzego Turowicza reprezentującego polski Kościół, że ten brata się z zachodnioniemieckimi rewizjonistami? Czy uświadamiamy sobie skalę napięcia i odpowiedzialności, jakie ludzie Znaku w Sejmie i ludzie reprezentujący katolików w życiu społecznym (wiemy, jakie to było trudne i jakiego wymagało heroizmu) nieśli wówczas, nie mogąc przewidzieć, że za dziesięć lat jako przyjaciele polskiego Papieża staną się dosłownie i w przenośni symbolami siły i przetrwania?
Dlaczego więc tak lekkomyślnie mówimy o trudnych losach naszego już pokolenia, dlaczego niejasnymi porównaniami, dziwnymi przenośniami i niepojętymi określeniami zwiększamy stopień dezorientacji polskiego społeczeństwa? Dlaczego mając za sobą lata cierpienia i z takim trudem uzyskaną swobodę działania – wykręcamy historię i grozimy wojną domową? Jeszcze trochę, a pomylimy prymasa Wyszyńskiego z ministrem Wyszyńskim – jak w ponurym żarcie o radiu Erywań. 
Kiedyś w Holandii wywieszono antypapieskie balony zalecające Janowi Pawłowi II powrót do Rzymu, gdy przybył tam z jedną ze swych pielgrzymek. Wtedy to Jan Paweł II powiedział: „Coście uczynili z wolnością, która kosztowała tak wiele?” Dzisiaj każdy Polak uważa się za przyjaciela Papieża, kupuje o Nim albumy, ma komplety osobistych fotografii... A przecież warto powtórzyć słowa skierowane kiedyś do Holendrów – nam samym. Trudno nawet irytować się słuchając, czytając i patrząc na przejawy polskiego życia. Irytację coraz częściej zastępuje gorycz. A przecież nasza wolność kosztowała tak wiele.

STANISŁAW RODZIŃSKI jest artystą malarzem, profesorem i byłym rektorem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl