Rywin i inni: kim jest bohater największej afery w historii Trzeciej RP


Posłaniec

Tomasz Potkaj



Zapytany, czy nie zrobiłby filmu o sobie, mówił: „Nie, bo to, czym się zajmuję, to jest właśnie film”. Pół roku temu ten producent filmowy zagrał rolę swego życia: w thrillerze politycznym, którego koszt miał wynieść 17,5 mln dolarów, prócz siebie obsadził premiera i naczelnego „Wyborczej”. Nazwiska aktorów drugoplanowych i autora scenariusza pozostają w sferze spekulacji.


Rywin wielokrotnie opowiadał swą biografię: biedne dzieciństwo w Pińsku (dziś Białoruś), repatriacja do Polski w 1959 r., pierwszy wyjazd do USA (w 1962 r.) i powrót (3 lata później). Wspominał, jak w Ameryce zarabiał na pierwsze mieszkanie i tam założył pierwszą firmę. Podkreślał, że do wszystkiego doszedł sam, a jego motywem była chęć sukcesu. Że świetnie radził sobie w PRL. A jeszcze lepiej w III RP.
Do telewizji trafił w 1984 r. Wcześniej uczył angielskiego na uniwersytecie, był wiceprezesem Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich. Plotka głosi, że jednym z jego uczniów był Tadeusz Wrzaszczyk, członek Biura Politycznego KC PZPR. Dzięki angielskiemu Rywin trafił do agencji Interpress, zajmującej się obsługą dziennikarzy zagranicznych – i będącej obiektem zainteresowania tajnych służ PRL. Kilka lat później był już sekretarzem jednej z redakcji. Kiedy w 1983 r. szef Interpressu, gen. Mirosław Wojciechowski, zostaje prezesem Radiokomitetu [kierującego TV], ściąga eks-podwładnego. Rywin, choć bez wykształcenia ekonomicznego, ma przekształcać Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego, działające przy telewizji. Poltel staje się najbogatszą jednostką telewizji: jego budżet w tłustych latach sięga 2 mln dolarów. 
„Poznałem Rywina w 1986 r., kiedy zostałem szefem Radiokomitetu – opowiada następca Wojciechowskiego, Janusz Roszkowski. – Znakomity menedżer. Awansowałem go z p.o. dyrektora na dyrektora Poltelu, choć nie był w PZPR. Zajmował się zakupami, jeździł na targi, kupował dobrze i tanio. Zarabialiśmy dewizy”. Tych czasów sięgają kontakty Rywina w branży i opinia solidnego partnera. „Obserwowałem go chyba w 1985 r. w Cannes – mówi Janusz Rolicki, pracownik TVP, w latach 90. szef „Trybuny”. – Poruszał się jak ryba w wodzie: wszyscy go znali, cieszył się uznaniem. Mieszkał w dobrym hotelu, miał fundusze. Dla zachodnich agencji i stacji TV był partnerem”. Inna osoba związana wtedy z TVP dodaje (anonimowo): „Był trudny i chimeryczny. Dawał pieniądze według uznania”.
Rywin miał gabinet, w którym przyjmował paląc cygara. Miał też coś, co w interesach jest trudne do przecenienia: szczęście. Podczas pierwszego pobytu w Cannes w 1984 r. kupił (przypadkowo i bez przekonania) od brazylijskiej TV serial o niewolnicy Isaurze, który stał się hitem: przed ekranami zasiadało 90 proc. telewidzów. Kulminacją szaleństwa była wizyta w Polsce odtwórców głównych ról: Isaury i Leoncia.
Rywin lubi opowiadać, jak namówił szefa Radiokomitetu do zgody na współpracę z Amerykanami przy realizacji serialu „Wichry wojny”. Dla Poltelu oznaczało to milion dolarów zarobku, dla Rywina naukę rzemiosła: od początku do końca towarzyszył ekipie przy realizacji zdjęć. Mniej chętnie mówi o swym udziale w telewizyjnej wersji kontrowersyjnego filmu „Shoah” Claude’a Lanzmanna z 1986 r. Po premierze na Zachodzie w Polsce uznano film za antypolski, ale szef Radiokomitetu otrzymał polecenie ściągnięcia taśm. Rywin poleciał do Paryża i przekonał Lanzmanna do zgody na emisję w TVP 2-godzinnej, przygotowanej przez siebie wersji. W zamian pełna 9-godzinna wersja miała być pokazana w dwóch kinach w Warszawie i Krakowie. Decyzję o emisji podjęły władze PZPR. 
„Gdy odchodziłem w 1989 r., byłem przekonany, że teraz przyjdą czasy dla ludzi takich jak Rywin” – mówi Roszkowski. Rzeczywiście: mimo że Rywin był człowiekiem ancien regime’u, Andrzej Drawicz (pierwszy solidarnościowy szef Radiokomitetu) uczynił go swym zastępcą ds. finansowych. „Lowa” (jak nazywał go Drawicz) cieszył się zaufaniem prezesa, który telewizji nie znał. W ośmiu ośrodkach pracowało 11 tys. osób, firma była bankrutem: miała długi, brakowało środków na produkcję. 
Rywin wpadł na pomysł sprywatyzowania telewizyjnej Dwójki. Czy to przypadek, że dziś to właśnie niemal potajemne „sprywatyzowanie” 2 programu TVP (w komercyjną stację należącą de facto do SLD) miało być, jak twierdzi w ostatnim numerze „Newsweek Polska”, faktycznymi „konfiturami”, o które toczy się gra, a Rywin-gate jedynie jej „odpryskiem”, błędem przy pracy? 
Wtedy pomysł nie wypalił. W 1990 r. Rywin podpisał umowę z brytyjskim European Communications Industries Consortium. Pomysł był taki: Anglicy inwestują 5 mln dolarów za 30 proc. akcji, ale komercyjna Dwójka zlecałaby produkcję programów na zewnątrz, co oznaczało zwolnienia. To wywołało konflikt z telewizyjną „Solidarnością” i 16 innymi związkami (na czele jednego stał Marek Barański, dziś szef „Trybuny”). Drawicz bronił zastępcy, ale z prywatyzacji nic nie wyszło. 
Z telewizji Rywina zwolniła ekipa premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego. „Wyrzucili nas w ciągu godziny” – wspomina zwolniony wtedy pracownik, dziś w firmie Rywina Heritage Films. Odchodząc, Rywin miał powiedzieć: „Jeszcze wrócę”. Na wyrost, choć jego nazwisko kilkakrotnie pojawiało się wśród kandydatów na szefa TVP. Po raz pierwszy w 1993 r., kiedy KRRiT wybierała pierwszego prezesa publicznej telewizji; ostatni raz 2 lata temu. 
Drawicz powtarzał, że to Rywin wyprowadził finanse telewizji na prostą. Jednak Marek Markiewicz, w 1991 r. zastępca ówczesnego prezesa TVP Mariana Terleckiego, mówi: „Gdyby plan prywatyzacji Dwójki się powiódł, oznaczałoby to koniec telewizji publicznej w takim kształcie, jaki nadała jej ustawa z 1992 r. Odziedziczyliśmy po poprzedniej ekipie złą sytuację finansową, umowy, których realizacja doprowadziłaby TVP do bankructwa, nieprzejrzystą sytuację związaną z produkcjami zlecanymi na zewnątrz i dziennikarzy, z których część uprawiała kryptoreklamę”. 
W 1991 r. Rywin miał 46 lat, kontakty na Zachodzie, ludzi, którzy odeszli z nim z telewizji i pomysł: stworzył firmę producencką. Heritage Films (heritage to „dziedzictwo”) pierwszą siedzibę miała w pokoiku przy wytwórni filmowej przy ul. Chełmskiej w Warszawie. 12-osobowa firma w 1992 r. została polskim producentem „Listy Schindlera”. Rywin odpowiadał za całość prac w Polsce: produkcję, scenografię, oświetlenie, polską obsadę. Stał się poważnym graczem na polskim rynku mediów. W ciągu 10 lat firma wyprodukowała ponad 30 filmów, w tym „Pana Tadeusza” i „Pianistę”. Rywin został też prezesem spółki Canal +. Zgodnie z warunkami koncesji z 1994 r. stacja musiała współfinansować polską produkcję filmową. Połowa zleceń trafiała do Heritage Films – skądinąd francuscy właściciele nie mieli nic przeciw temu. 
Prowadził bogate życie towarzyskie; wśród jego znajomych byli politycy, z którymi spotykał się na premierach filmowych i imprezach sportowych. Relacje z politykami zmieniły się, gdy Rywin zaangażował się w tworzenie Polskiej Platformy Cyfrowej (koszt: 150 mln dolarów). Podobne plany miała konkurencyjna Wizja TV. Takie inwestycje przestają być apolityczne, zwłaszcza kiedy partnerami w interesach stają się kontrolowane przez polityków TVP i Telekomunikacja Polska. Był rok 1998, rządziły AWS-UW. „Rywin porozumiał się z Robertem Kwiatkowskim [prezesem telewizji] i TVP przystąpiła do spółki – opowiada polityk z AWS. – W TVP największą wartość mają archiwa, o nich marzy każda telewizja prywatna. Telekomunikacja miała użyczyć nadajników i wszystko miało być OK. Niespodziewanie dla Rywina i Kwiatkowskiego na przeszkodzie stanął minister skarbu Emil Wąsacz, który stwierdził, że przystąpienie TVP do spółki jest sprzeczne z prawem. Wąsacz był twardy, choć AWS nie była jednolita”. 
Przedstawiciele PPC informowali dziennikarzy (rzecz jasna anonimowo), że opóźnienie startu Platformy jest efektem walki o kontrolę nad TVP, i że AWS chciała wymóc zmiany w strukturze zarządu. Rywin zaczął szukać politycznego poparcia. „Odwiedził mnie, kiedy byłem szefem Kancelarii Premiera – wspomina Wiesław Walendziak. – Przekonywał, że TVP powinna przystąpić do interesu z Platformą Cyfrową. Powiedziałem, że szef Kancelarii nie zajmuje się telewizją i odesłałem do Wąsacza. Rozmowa trwała może 15 minut”.
Kiedy Polska Agencja Radiokomunikacyjna, na polecenie ministra łączności Marka Zdrojewskiego (AWS), wyłączyła nadajnik, przez który Canal + transmitował swe programy, Rywin oświadczył, że była to decyzja polityczna: wkrótce za Canal + ujęła się KRRiTV i koalicyjna UW, a list w wystosowało do szefa MSZ Bronisława Geremka dwóch francuskich ministrów. Kilka dni później ambasador USA Daniel Fried interweniował u premiera w sprawie konkurencyjnego HBO. Wiosną 1999 Buzek odwołał Zdrojewskiego. „Pod naciskiem” – precyzuje polityk prawicy. 
Rząd Millera zaangażował się w prace nad nowelizacją ustawy o KRRiTV. Przewiduje ona uprzywilejowaną pozycję TVP, zakazuje koncentracji kapitału (co uderza w Agorę), i otwiera furtkę do sprywatyzowania części telewizji publicznej. O to toczyć miała się główna gra biznesowo-polityczna.
Rywin znów pojawił się wśród graczy po stronie nadawców prywatnych. Miał najlepsze z nich kontakty z SLD. Był, teoretycznie, idealnym posłańcem. Pytanie tylko: czyim? I tak w lipcu 2002 Rywin zapukał do gabinetu Michnika...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl