Szum wokół Rywin-gate zaczyna przypominać historię „talibów w Klewkach”


W oparach absurdu

Tomasz Potkaj



W tej sprawie od początku jasne były tylko dwie kwestie: że chodziło o 17,5 miliona dolarów i że Lew Rywin jest po imieniu z Adamem, Leszkiem, Robertem i Andrzejem.


Nie wiadomo, czyim posłańcem był 57-letni producent filmowy, człowiek zamożny i ustosunkowany. Nie wiadomo, dla kogo miały być pieniądze, bo określenie „grupa trzymająca w Polsce władzę” nie jest przecież precyzyjne. I dlaczego 17,5, a nie np. 20 milionów? Nie wiadomo, dlaczego jeden z magnetofonów, na które Adam Michnik nagrywał rozmowę, się zepsuł (ani czy w ogóle się zepsuł). Nie wiadomo też wielu innych rzeczy. I z każdym dniem wiadomo mniej, a pytań jest więcej niż odpowiedzi. 
Z każdym też dniem wokół sprawy Rywina, którą dziennikarze szybko nazwali Rywin-gate, narasta lawina najbardziej fantastycznych hipotez i plotek. I tak gorącą już atmosferę podgrzewają wypowiedzi osób zamieszanych w sprawę oraz polityków, którzy tradycyjnie zamiast rozjaśnić, zaciemniają sprawę. Np. taka kwestia: kto wywierał presję na przewodniczącego komisji kultury i środków przekazu Jerzego Wenderlicha z SLD? Wenderlich najpierw sam dał to do zrozumienia, a potem z wypowiedzi się wycofał, wycofując się przy okazji ze spotkania z dziennikarzami oczekującymi przed budynkiem warszawskiej prokuratury apelacyjnej, prowadzącej śledztwo. Wycofał się zresztą nie on jeden. Tylnymi drzwiami wymknął się także przesłuchiwany jako świadek prezes TVP Kwiatkowski (dla Rywina: Robert), czego dziwnym trafem nie zauważyli dziennikarze telewizji publicznej, których w tym momencie nie było na miejscu (na pewno zaspali). 
Dziennikarze TVP są zresztą w ogóle w trudnej sytuacji, bo muszą uważać, by ich relacje były zgodne z polityką władz TVP. To, że TVP prowadzi w sprawie Rywina własną politykę, przyznał szef „Wiadomości” Piotr Sławiński, tłumacząc dziennikarzom branżowego serwisu „Press”, dlaczego dziennikarka TV Katarzyna Kolenda-Zaleska nie może relacjonować posiedzeń komisji śledczej (ale inna reporterka może, tylko że nie chciała). Komisja też będzie miała ciężką pracę, bo wszystko na żywo będzie w telewizji. A zanim ją zacznie, musi zapoznać się ze wszystkimi materiałami dziennikarskimi, jakie powstały w tej sprawie, a jest ich sporo i ciągle powstają nowe. Ma na to 10 dni: tyle zajmie prokuraturze dostarczenie akt śledztwa do Sejmu. Jak na prokuraturę to nadzwyczajne tempo. Czoło dziennikarzom mężnie stawił jedynie Andrzej Zarębski, który po przesłuchaniu oświadczył, że nie rozmawiał z Rywinem na te tematy i nie jest lobbystą, a jedynie skromnym ekspertem branży medialnej. 
Najbardziej tajemniczy jest Lew Rywin (zwany dalej R.), oskarżony o próbę płatnej protekcji. Tajemniczy, bo milczy. Nie mówi, tylko pisze listy. Najpierw do premiera (dla R.: Leszek), którego przeprasza za to, że „Wyborcza” (dla R.: Adam) źle zinterpretowała jego słowa. Czyli: że co innego miał na myśli. Na przykład: nie on, tylko jemu, nie sprzedać, ale kupić, nie Polsat, lecz jego firmę Heritage. I tak dalej w stylu radia Erewań. Potem R. pisze do prezesa Kwiatkowskiego (dla R: Robert), którego przeprasza, że powiedział, że to on go wysłał (bo to przecież jasne, że wysłał go całkiem kto inny). 
R. nie mówi, ale jego prawnicy działają. Domagają się, by prokurator przesłuchał jako świadków Janinę Paradowską, dziennikarkę „Polityki”, Janusza Majewskiego, reżysera, i Marka Kondrata, aktora. Nie domagają się już, by przesłuchano członka komisji śledczej Zbigniewa Ziobro (Prawo i Sprawiedliwość), który przesłał prokuraturze pismo o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez premiera. Przestępstwo polegało na tym, że premier nie zgłosił prokuraturze tego, co wiedział o R. A premier przecież nie zgłosił, bo sądził, że R. zwariował. Jeśli jednak posła prokurator przesłucha, poseł musi odejść z komisji. 
Organów nie powiadomił też prezydent (dla R: jak?), choć widział R. 12 grudnia na swych urodzinach. R., choć pokaźnej postury, umknął uwadze zebranych. Żaden z obecnych w Pałacu polityków nie mógł sobie przypomnieć, czy R. tam był, czy nie. 
W sprawie R. jak talibowie w Klewkach – lądujący, zdaniem zaufanego Leppera, na mazurskiej wsi w celu zakupienia wąglika – pojawia się jeszcze działacz Samoobrony Zbigniew Stonoga, który skarży się prokuraturze, że Michnik namawiał go w Sejmie do sporządzenia za pieniądze artykułu kompromitującego Millera. Sam zainteresowany ponoć skompromitowaniem Millera Michnik oświadcza, że Stonogi nie zna, w Sejmie nie bywa, a sprawę oddaje do sądu. Tym razem bez zwłoki. 
Dziennikarze wiedzą niewiele, dlatego piszą, co wiedzą. A jeśli sami nie wiedzą, to piszą, że winna jest „Gazeta” (dlaczego trzymała informację przez pół roku itepe). Przez kilka dni poważni dziennikarze z poważnego tygodnika i dwóch stacji TV zajmowali się weryfikowaniem najbardziej – jak się zdaje – brukowych plotek obyczajowych. Jaki miały one mieć związek ze sprawą R.? Ano taki, że sprawa R. miałaby służyć odwróceniu od tych plotek uwagi. A Balcerowicz, rzecz jasna, musi odejść.
Podobnych domysłów pojawia się więcej. Absurdalne? Owszem, ale i poważne. Bo wątków jest wiele, i są coraz bardziej zapętlone: ustawa o KRRiTV; prywatyzacja części telewizji publicznej (o planach przekształcenia – co formalnie nazywa się: sprywatyzowaniem – częsci TVP w stację prywatną i związaną z SLD słyszy się mniej więcej od 2 lat); powstanie koncernu telewizyjno-prasowego (lewicowa anty-Agora); lobbyści, wielka polityka i pieniądze... A przy tym, najzupełniej poważnie, próba napisania ustawy za ukradzione pieniądze. 
Dwa lata temu Bank Światowy wskazał sejmową komisję kultury i środków przekazu jako miejsce, gdzie kupuje się ustawy za 3 mln dolarów. Wtedy okazało się, że była to plotka i sprawa zakończyła się wstydliwie dla autorów raportu. 
Minęły dwa lata i okazuje się, że w naszym kraju wszystko jest możliwe.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl