Otwarte listy


Śniadanie mistrzów

JACEK PODSIADŁO




A mój syn spytał nagle „Pod Pająkiem”: „A ty? Chciałbyś zjeść kolację z Krawczykiem?”. Podniosłem oczy znad gazety. „Z Krawczykiem? A dlaczego miałbym jeść kolację z Krawczykiem?”. I włożyłem rękę do kieszeni, bo coś mi się tam otworzyło. „Nie słyszysz? Radio gra, a ty nie słyszysz! Jest konkurs i kto go wygra, ma gwarantowane spotkanie z Krawczykiem i kolację”. „Aha. To ja sobie poczytam. Jak Krawczyk chce ze mną zjeść kolację, to niech zadzwoni, a nie wymyśla. Jakby był konkurs, w którym nagrodą byłaby gwarancja, że się nigdy, ale to nigdy nie spotka Krawczyka i nie zje z nim kolacji, to mi powiedz”.
Jak Małysz teraz skakał, to też coś takiego było. Opowiadał, że jak wygrał Konkurs Czterech Skoczni, to oprócz samochodu nagrodą był wyjazd na wspólny obiad z piłkarzami bodajże Realu Madryt czy Barcelony. Małysz tamtego bonusa czy bonu obiadowego nie wykorzystał, ale sam pomysł jest bezcenny, choć bezecny. Jak tam jakiś Rywaldo czy Savonarola, bo już nie pomnę kto gdzie gra, strzeli złotego gola, to mu dają obiad z Małyszem, któremu w nagrodę dają obiad z Rywaldem. Wystarczy, żeby każdy za siebie zapłacił, i już Małysz syty i Barcelona cała.
To przykład idealnej symbiozy, wzajemnego żerowania na sobie. Taki Krawczyk musi myśleć: „Jestem taki pierwszoklaśny, że ludzie marzą o kolacji ze mną” (© for „pierwszoklaśny” by „Podróż za 1 J”; założę się, że idole z pokolenia Krawczyka myślą, że są właśnie pierwszoklaśni, nie debeściarscy). A taki fan musi myśleć: „Jestem taki ekstra, że zjem kolację z samym Krawczykiem”. Dowartościowują się wzajemnie. To z kolei naprowadza mnie na trop gigantycznej wprost ilości zmarnowanych obiadów i kolacji, które je się ot, tak po prostu, z głodu albo przyzwyczajenia, a które pozostają całkowicie niewykorzystane marketingowo, a zdrowotnie też nie w pełni. Każdy człowiek ma jakąś wartość, jakiś walor, jakiś talent niekoniecznie widoczny, niekoniecznie aż taki, żeby śpiewać przez sto lat albo strzelić gola będąc krytym przez dwóch obrońców tyłem do bramki. Ale na przykład ja: człowiek, który spotkał człowieka, który znał kobietę, która pamiętała Marylę Wereszczakównę – czy nie jestem wart więcej niż ktoś, kto spędził wieczór z jakimś madryckim kopaczem? Jeśli nie, to mogę dorzucić, że jadłem z Miłoszem, piłem ze Świetlickim i kryłem w oldboyach Dariusza Dziekanowskiego. Niechaj zatem zostanie stworzone systemowe rozwiązanie żywienia się narodu w taki sposób, aby każdy niedożywiony i niedowartościowany obywatel wraz z odpowiednią ilością kalorii otrzymywał odpowiednią ilość impulsów psychomentalnych podnoszących jego samoocenę. Ten zaś układ wzajemnego nagradzania się obywateli samą obecnością przy stole należy sprzęgnąć zwrotnie z systemem kar, czyli aspektem penitencjarnym życia społecznego, a powstałą w ten sposób siatkę spożywczych zobowiązań należy nałożyć na pełny przekrój społeczny nie pomijając elit. Że na przykład wskrzeszony przez Bregovicia Krzysztof Krawczyk, gdyby znowu nie miał na chleb i nie potrafił udowodnić swej estradowej przeszłości, co już raz miało miejsce, otrzymywałby w jakimś ZAiKS-ie kwit na podwieczorek z człowiekiem, który spotkał człowieka, który znał kobietę, która pamiętała Marylę Wereszczakównę. Że na przykład ten stary mantyka, który stracił mienie zabużańskie i nas tutaj nachodzi, niech w ramach rekompensaty raz w tygodniu obiaduje z tą młodą biznesłumen, co wyłudzała kredyty, więc niech teraz za karę je z tym starym mantyką. Członkowie licznych rodzin nie posiadający samochodu niechaj pożywają w drajw makdonaldzie z samotnymi posiadaczami limuzyn. Mieszkańcy dolnych kondygnacji niech stołują się u mieszkańców wyższych pięter. Maciej Kuroń niech zje zupę Jacka Kuronia. Gabrielowi Janowskiemu, który naruszył godność sejmu, udziela się nagany i nakazuje zjeść dwie pokutne kolacje z Urbanem. I tu nachodzi mnie przy okazji myśl, w jak wspaniałych czasach żyjemy. Żyjemy bowiem w czasach prosperity, kiedy można zarobić na rzeczach dotąd niemożliwych do sprzedania. Przez całe życie jadłem nie wiedząc, że akt własnego jedzenia można sprzedać. Każdy człowiek ma imię, nazwisko, miejsce urodzenia i kupę podobnych bezwartościowych śmieci, o których nie pamięta, aż nagle się okazuje, że handel danymi osobowymi może przynieść krocie! Twoje ubranie w każdej chwili może okazać się powierzchnią reklamową! I tak dalej. A wszystkie te myśli przechodzą mi przez głowę podczas jednej piosenki w radiu. A potem kelner przynosi michę pierogów i pomiędzy ustami a brzegiem tej michy przekazuję synowi ojcowskie pouczenie o tym, co jest ważne.
„Nieważne, z kim zjadłeś kiedyś obiad czy kolację. Ważne, z kim jutro zjesz śniadanie”.


Jacek Podsiadło
skr. poczt. 32, 45-076 Opole1
podsiadlo@atol.com.pl
 








 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl