Mało nauki za duże pieniądze – jaki jest poziom
nauczania w polskich uczelniach


Polskie grzechy wyższe

Krzysztof Pawłowski



Szkolnictwo wyższe w Polsce ma dwie słabości. Pierwszą jest utrzymywanie przez budżet uczelni publicznych, w których nauka jest bezpłatna. Drugą: tolerowanie obecnej formy studiów zaocznych. Można się ich pozbyć tylko w jeden sposób – usuwając z konstytucji zapis o nieodpłatnym szkolnictwie wyższym.


W powszechnym wyobrażeniu uczelnie państwowe są gwarantem wysokiego poziomu kształcenia, niepaństwowe zaś powstały jedynie z chęci zysku założycieli. Stereotyp trzyma się mocno: nic to, że można podać dziesiątki przykładów skandalicznie słabych studiów prowadzonych przez uczelnie państwowe (nawet te najbardziej znane), jak uczelni niepaństwowych tworzonych z pobudek ideowych, w których zysk przeznacza się na inwestycje uczelniane. 
Tym, którzy łatwo rozdzielają cenzurki przypomnę, że jeszcze 11 lat temu istniały w Polsce (poza Katolickim Uniwersytetem Lubelskim i Akademią Teologii Katolickiej w Warszawie) tylko uczelnie państwowe. Dlatego dziś przeszło 90 proc. założycieli uczelni niepaństwowych oraz blisko 100 proc. ich pracowników dydaktycznych, wywodzi się z polskiego środowiska akademickiego: uczelni państwowych i instytutów PAN. Co więcej: ponad 80 proc. z nich łączy funkcje dydaktyczne w uczelni państwowej i niepaństwowej. Wniosek jest oczywisty – jest tylko jedno szkolnictwo wyższe w Polsce, choć różnorako finansowane, a dyskusja powinna dotyczyć metod podnoszenia jakości oraz eliminacji zjawisk nagannych. 

Gdzie sprzedają dyplomy...
Nikt z autorów przeprowadzonej w 1990 r. nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym, nie zdawał sobie sprawy z jej skutków. W Polsce było wówczas 400 tys. studentów, teraz jest ich 1,8 mln. Od tamtej pory powstało ponad 250 niepaństwowych uczelni, kształcących obecnie ponad pół miliona osób; przybyło ponad 450 tys. studentów zaocznych i wieczorowych. Szybkie umasowienie studiów wyższych obniżyło jakość studiów i zagroziło sprzedażą dyplomów w obu rodzajach uczelni. 
Kilka miesięcy temu ogłoszono raport NIK o wynikach kontroli odpłatności za studia w państwowych szkołach wyższych. Niektóre dane są przerażające: oferowano studia zaoczne, na których liczba zajęć spadła do 30-40 proc. minimum programowego ustalonego przez Radę Główną Szkolnictwa Wyższego. Czy nie jest to już sprzedaż dyplomów? Podobnie ubogie programy studiów ma wiele uczelni niepaństwowych. 
Mimo to nie wprowadzono do szkolnictwa wyższego żadnej kontroli jakości. Do rozpoczęcia nauczania wystarcza państwowa koncesja na otwarcie uczelni lub nowego kierunku przez uczelnie niepaństwowe. Również nie wszystkie uczelnie państwowe pilnowały standardów i wysokiej jakości, ale w pogoni za dodatkowymi dochodami tworzyły nielegalne filie i ośrodki zamiejscowe lub przyjmowały na studia zaoczne masy ludzi, którym oferowano jedynie wykłady. 
Zewsząd słychać narzekania, że rząd przeznacza za mało pieniędzy na utrzymanie szkolnictwa wyższego. Ale ośmielę się stwierdzić: tych pieniędzy jest... za dużo. Jak inaczej podsumować roztrwonienie ogromnych środków przez kolejnych ministrów edukacji na utworzenie, skazanych na rychłe zamknięcie z powodu niżu demograficznego, przeszło 25 państwowych wyższych szkół zawodowych? Szkoły kształcą głównie nauczycieli, choć wiadomo, że w najbliższych latach czeka nas zwolnienie kilkudziesięciu tysięcy pracowników tego sektora. Aby ułatwić założenie tych szkół, wprowadzono ustawę pozwalającą kształcić w specjalnościach, a nie na kierunkach, i obniżając wymaganą liczbę samodzielnych pracowników naukowych z 4 do 2 dla każdej specjalności. Skorzystało na tym ponad 100 założycieli takich szkół.
Szkoły wyższe de facto różni jedynie sposób finansowania. Państwowe, niezależnie od jakości nauczania, otrzymują niemałe i pewne fundusze z budżetu państwa. Spore sumy pochodzą od studentów zaocznych i wieczorowych. Uczelnie niepaństwowe mogą liczyć wyłącznie na pieniądze studenckie. 

Przedsiębiorcze, zapobiegliwe, drogie
Powszechnie wierzy się, że poziom nauczania w obu rodzajach uczelni jest nieporównywalny. Na korzyść, rzecz jasna, szkół państwowych. Skąd ta pewność? Przecież nie istnieją jeszcze obiektywne i wymierne narzędzia pomiaru jakości nauczania w polskim szkolnictwie wyższym. Nim wypracuje je i wprowadzi Państwowa Komisja Akredytacyjna, upłyną lata. Na razie PKA musi zająć się czymś prostszym – licencjonowaniem, czyli sprawdzaniem, które uczelnie spełniają wymogi ustawowe oraz regulacje ministerialne. Od sprawdzania do oceny jakości jest długa droga. 
Popularne wskaźniki, np. liczba zatrudnionych na uczelni profesorów czy proporcja ich liczby do liczebności studentów, nie muszą przekładać się na jakość oferty dydaktycznej i poziom wykształcenia absolwentów. Poza tym łatwo tymi wskaźnikami manipulować. Wystarczy obniżyć dwukrotnie pensum dydaktyczne przypadające w uczelni na jednego profesora, aby dwukrotnie poprawić wskaźnik i... nie poprawić jakości kształcenia. Istnieją rankingi oraz opinia środowiska (zwykle kojarząca wysoki poziom nauczania z konkretnym instytutem czy kierunkiem), jednak jakość uczelni (i to z dużym opóźnieniem) oceni dopiero rynek pracy. A tam przekonanie o wyższości dyplomu z uczelni państwowej nie jest już powszechne. Pracodawcy doceniają już absolwentów przynajmniej kilku szkół niepaństwowych.
Nowy Sącz, gdzie istnieje założona przeze mnie Wyższa Szkoła Biznesu – National Louis University, ma 80 tys. mieszkańców. Na blisko 2 tys. studentów stacjonarnych 15 proc. to mieszkańcy Nowego Sącza i okolic, następne 15 proc. – mieszkańcy woj. małopolskiego. Aż 70 proc. przyjeżdża spoza Małopolski, mijając po drodze wiele prestiżowych uczelni państwowych. Czy dlatego, że mogą u nas „kupić” dyplomy? Nie. Studia w przewidzianym terminie kończy 66 proc. studentów, ponad 20 proc. znika w trakcie studiów. Mało tego: studenci chcą płacić wysokie czesne, wahające się między 1400-2200 USD rocznie. Może jednak, płacąc aż tyle, nie chcą kupić dyplomu, tylko zainwestować w swoją przyszłość? A wiedzą, że akurat w tej szkole otrzymają porządne wykształcenie ogólne, nauczą się języków, poza polskim dyplomem zdobędą także dyplom amerykańskiego uniwersytetu i tytuł bakałarza. A później znajdą dobrą pracę. 
Zarówno w Nowym Sączu, jak w Wyższej Szkole Biznesu w Tarnowie, ponad 90 proc. studentów zaocznych pochodzi z tych miast i najbliższych powiatów. Ponad 70 proc. ukończyła szkołę średnią w ostatnich 3 latach przed rozpoczęciem studiów. Większość pracuje, a główną motywacją w podjęciu studiów było zdobycie lepszej pracy lub umocnienie pozycji w firmie.
Te uczelnie nie są wyjątkiem. Niepaństwowe szkoły wyższe, legalnie działające, są instytucjami non-profit. Wypracowany zysk musi być przeznaczony na inwestycje i rozwój. To nie są maszynki do robienia pieniędzy! Dziwi mnie, dlaczego nie zauważono, że kierownictwo kilkudziesięciu szkół przedsiębiorczością i zapobiegliwością stworzyło doskonałe zaplecze materialne, bezwartościowe na rynku nieruchomości, bo jak można wykorzystać budynek dydaktyczny? Jedynym wytłumaczeniem tych inwestycji jest tworzenie planowanych na stulecia nowych uczelni, z czego założyciele i rektorzy, oprócz samospełnienia, nic nie będą mieli.
Minister Edukacji Narodowej i Sportu po raz kolejny (próby podejmuje się od 1997 r.) zapowiada nową ustawę o szkolnictwie wyższym. Sporo dotychczasowych inicjatyw ustawodawczych, choćby ministra Mirosława Handkego, koncentrowało się na ograniczaniu rozwoju uczelni niepaństwowych – niewygodnych, szczególnie dla słabszych uczelni państwowych. Jak to się ma do zasadniczego zadania, jakim powinno być zapewnienie edukacji na jak najwyższym poziomie? 

Fory dla bogatych, bariery dla biednych
Egzaminy wstępne na limitowane studia stacjonarne w uczelniach państwowych wygrywają zazwyczaj dzieci z rodzin wykształconych, mieszkających w dużych miastach i dobrze sytuowanych, w których posyła się dzieci do dobrych szkół średnich, uczy języków obcych. Bez trudu wygrywają one z dziećmi z rodzin uboższych, kończących słabe licea i technika (choć zdolni i pracowici z tych środowisk niekiedy się przebijają). Wbrew intencji legislatorów konstytucyjny zapis o bezpłatnym nauczaniu służy więc przede wszystkim bogatym, nie ubogim.
Po 10 latach obserwowania tysięcy studentów i absolwentów długo mógłbym wymieniać przykłady robiących znakomite kariery ludzi, którzy na starcie, z przyczyn od siebie niezależnych (pochodzenie, jakość szkoły średniej), nie mieli szans na studia stacjonarne w najlepszych uczelniach państwowych. Wielu takich studentów „odjeżdża do przodu”, jeśli tylko stwarza się im warunki. Zadaniem szkół wyższych nie jest już elitarne kształcenie 10 proc. najzdolniejszych, ale masowe kształcenie blisko połowy każdego rocznika. 
Jedyną szansą na podniesienie jakości polskiego szkolnictwa wyższego jest wprowadzenie twardej, równoprawnej konkurencji, także w ubieganiu się o środki publiczne. Jeśli chcemy podnieść poziom kształcenia w polskich uczelniach, powinniśmy wprowadzić bon edukacyjny do szkolnictwa wyższego, w którym pieniądze publiczne podążałyby za studentem, niezależnie od wybranej uczelni. Bonowi towarzyszyłby rozwinięty system stypendiów państwowych oraz lokalnych funduszy stypendialnych tworzonych przez władze samorządowe zainteresowane rozwojem kapitału intelektualnego w regionie. Zmiany nie wymusiłyby większej sumy pieniędzy z budżetu – w przyszłym roku rozpoczną studia roczniki niżu demograficznego.

Kiepskie, ale dochodowe
Rozwiązanie pozwoliłoby też zreformować studia zaoczne – najsłabsze ogniwo polskiego szkolnictwa wyższego. Rektorzy prominentnych uczelni zapewniają, że poziom wykształcenia studentów zaocznych jest taki sam, jak stacjonarnych, a mniejszą liczbę godzin rekompensuje praca własna studenta. Poza nielicznymi wyjątkami, to nieprawda. Broni się ich jednak, bo są dochodowe.
Od studentów zaocznych wymaga się mniej (okrojony program, często ograniczony do wykładów), a daje ten sam dyplom, jak po studiach stacjonarnych. Zaoczny tryb nauki umożliwia jednak łączenie nauki z pracą, czyniąc studia dostępnymi również dla tych, których nie byłoby stać na sfinansowanie kosztów stacjonarnego uczenia. Trzeba jednak ujednolicić wymagania na wszystkich formach studiów, choćby przez wprowadzenie systemu punktowego (ECTS) lub tzw. kredytów za zaliczenie egzaminu. W takim systemie student decydowałby o czasie realizacji programu. 
O przyszłości szkolnictwa wyższego warto rozmawiać używając argumentów nawet najostrzejszych, ale prawdziwych. Przy okazji nasuwa się pytanie, czy na pewno sektor publiczny (w edukacji, służbie zdrowia i innych obszarach) lepiej od sektora prywatnego realizuje zadania społeczne. Jest coraz więcej przykładów, że efektywniejsze w obsłudze społeczeństwa są instytucje prywatne bądź obywatelskie (np. organizacje pozarządowe). Tak samo może być w przypadku szkolnictwa wyższego. 
Czy jesteśmy zbyt głupi i za mało przedsiębiorczy, że nie umiemy przenosić do siebie rozwiązań świetnie funkcjonujących u innych, np. wolnego rynku w edukacji? Wierzę, że nie.

KRZYSZTOF PAWŁOWSKI jest założycielem i rektorem Wyższej Szkoły Biznesu – National-Louis University w Nowym Sączu i Wyższej Szkoły Biznesu w Tarnowie. Doktor fizyki, w latach 80. był prezesem-założycielem Klubu Inteligencji Katolickiej w Nowym Sączu; do 1989 r. szef laboratorium badawczego w Sądeckich Zakładach Elektro-Węglowych; w latach 1989–93 senator RP. Szkołę sądecką uznano w 1999 r. w konkursie Pro Publico Bono za najcenniejszą inicjatywę obywatelską lat 1989–99.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl