USA: spór o strategię spodziewanej interwencji w Iraku



Ciężka tradycja kontra lekki plan

Edward N. Luttwak z Waszyngtonu



Prezydent Bush powtarza, że nie podjął jeszcze decyzji w sprawie Iraku i możemy mu wierzyć – może ją przecież podjąć ledwie parę godzin przed rozpoczęciem nalotów. Została jednak właśnie rozstrzygnięta inna wielka dyskusja, która od ponad roku krępowała ruchy Waszyngtonu: nie „czy” interweniować, lecz „w jaki sposób”.


Kwestia ta, choć w zasadzie ograniczona do Pentagonu, budziła wiele napięć i kontrowersji – łącznie z lobbowaniem w Kongresie przez dwie przeciwne grupy. Sekretarz obrony Donald Rumsfeld, jego najbliżsi cywilni doradcy i dowództwo amerykańskich sił powietrznych faworyzowali strategię „lekkiej i szybkiej” wojny (patrz: Edward Luttwak „Bagdad Ekspres”, „TP” nr 47/2002). Według tego planu, dwa rodzaje ruchliwych grup lądowych miały spotkać się w Bagdadzie tak szybko, jak to możliwe. Pierwsza grupa przypominałaby wyglądem i składem ciężką armię z pierwszej wojny w Zatoce w 1991 r.: wyposażona byłaby w czołgi, wozy bojowe i pociski samonaprowadzające. Byłaby jednak o wiele mniejsza niż armie z poprzedniej operacji: składać się miała z zaledwie dwóch dywizji amerykańskich i brygady brytyjskiej – i w sumie liczyłaby nie więcej niż 50 tys. żołnierzy. Zadaniem tej grupy miało być szybkie przedarcie się pod osłoną samolotów z Kuwejtu do Bagdadu. 
Plan przewidywał, że mieszkańcy Bagdadu – miliony z nich to niezadowoleni z rządów Husajna szyici i Kurdowie – wystąpią w masowym powstaniu przeciwko reżimowi, kiedy tylko przybycie amerykańskich oddziałów na peryferia miasta zagwarantuje upadek tyrana. Ponieważ jednak nowoczesne zmechanizowane oddziały zawierają niewielką liczbę piechoty, na pustynię w pobliżu Bagdadu miała być przerzucona mostem powietrznym druga grupa. Desant (20 tys. żołnierzy, helikoptery, samoloty) połączyłby się z oddziałami grupy pierwszej. Nowe oddziały miały służyć odparciu ewentualnego kontrataku sił wiernych dyktatorowi, pomóc powstańcom w walkach ulicznych na obrzeżach stolicy, a w końcu zapewnić poszanowanie prawa i utrzymanie porządku po rebelii. Strategia Rumsfelda zakładała też udział trzeciej siły: piechoty morskiej. Miała ona jednak kierować się nie do Bagdadu, ale na wschód, by zabezpieczyć drugie co wielkości irackie miasto Basra, i na południowy koniec Iraku – chodziło o wyperswadowanie sąsiednim Irańczykom pomysłu zagarnięcia irackiego terytorium pod pretekstem udzielenia pomocy szyickim współwyznawcom.
Plan ten odbiegał od amerykańskiej tradycji wysyłania dużych, powolnych armii, które wygrywały starcia głównie przez długotrwałe miażdżenie przeciwnika druzgocącym ogniem artylerii. Nawiązywał do najświeższych, bo afgańskich, doświadczeń, gdzie amerykańskie komanda pobudzały do walki sojuszników spośród miejscowej ludności i jednocześnie osłabiały morale wroga głównie umiejętnością naprowadzania precyzyjnych i błyskawicznych ataków bombowych na konkretne cele – natychmiastowa i celna reakcja na, przykładowo, ruszające do walki pojazdy talibów, wywoływała u przeciwnika wrażenie niemal magicznych możliwości Amerykanów. 
Rutynowo dokładne akcje lotnictwa, nowa, możliwa dzięki komputerom, zdolność do koordynowania działań wywiadowczych w terenie oraz nieliczne, lecz niezwykle zwinne jednostki lądowe – wszystko to złożyło się na nową, określaną jako „sieciowo-centryczna”, formułę prowadzenia wojny. Logika nakazywała tak samo prowadzić kampanię w Iraku – choć z powodu liczebności wojsk Saddama małe komanda, które wystarczały w Afganistanie, musiałyby być zastąpione całymi dywizjami. Ale także w tym przypadku większą rolę odgrywałby raczej ogień z wielozadaniowych myśliwców niż z dział artyleryjskich: to zaś pozwoliłoby na szybsze poruszanie się lżejszym oddziałom i zwiększyło mobilność logistyczną nawet dużych sił lądowych (to zapasy amunicji stanowią sporą część tonażu zużywanego w czasie walki). 
Tej „lekkiej i szybkiej” strategii operacji w Iraku od początku jednak sprzeciwiali się szefowie sztabów amerykańskiej armii – z wyjątkiem, naturalnie, szefa sił powietrznych. W zamian nalegali na wysłanie do Zatoki przygniatającej liczebnie armii, która zapewniłaby zwycięstwo bez ryzyka i potrzeby wykonywania inteligentnych „sieciowo-centrycznych” manewrów. Zamiast tylko dwóch zbrojnych lub zmechanizowanych „ciężkich” dywizji, chcieli udziału przynajmniej czterech oraz całych sił desantowych piechoty morskiej – liczących, łącznie z oddziałami wspierającymi, 50 tys. żołnierzy. 
Szefowie sztabów sprzeciwili się w Pentagonie planom szybkiej wojny – i nic w tym złego, bo ich zadaniem było rozpatrywanie różnych wariantów. Wkrótce jednak wyszli poza poczucie obowiązku, bo zaczęli sugerować, że to zwykli cywile, którzy na dodatek uniknęli walki w Wietnamie, próbują teraz podsunąć Kongresowi plan wojny „wysokiego ryzyka”. Co więcej, zachęcali emerytowanych generałów, by ci mówili mediom, że duże siły w Zatoce Perskiej są niezbędne, bo armia iracka, a zwłaszcza gwardia republikańska, nie jest wcale taka słaba, Bagdad zaś będzie broniony przez oddziały Saddama i milicję do końca, ulica po ulicy, jak kiedyś Stalingrad. 
W końcu szefowie sztabów wygrali tę polityczną rozgrywkę – choć dane wywiadowcze dowodziły, iż armia iracka jest zbyt zdemoralizowana, by walczyć, gwardia republikańska jest niewiele silniejsza niż zwykłe oddziały, a „stalingradzka obrona” Bagdadu jest czystą fantazją. O sukcesie zwolenników tradycyjnych metod przesądziło jednak to, że administracja Busha – zamiast realizować swój prawdziwy cel, którym jest obalenie dyktatury Husajna – rozpoczęła konsultacje z Radą Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych głosząc oficjalnie, że chodzi o jej rozbrojenie Iraku. Od tego momentu jednak rozpoczynanie akcji jedynie z użyciem lekkich sił przestało mieć sens.
Zwycięstwo sztabowców oznacza, że łączna liczba amerykańskich żołnierzy w regionie może osiągnąć, a nawet przekroczyć, 250 tys. Biorąc pod uwagę czas potrzebny do wysłania i przygotowania takiej armii, nie należy się spodziewać wojny w Iraku przed drugą połową lutego. Gdyby zrealizowano pierwotny „lekki i szybki” plan, dawno byłoby po wszystkim. 
Przełożył Mateusz Flak 

EDWARD N. LUTTWAK jest amerykańskim politologiem, doradcą w Centrum Badań Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) w Waszyngtonie. Stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl