Jak pisać o Kościele?


„Cokolwiek czynisz – patrz końca”

Ks. Marek Łuczak



Jeśli jedną z funkcji mediów jest „patrzenie na ręce” wszystkim, to trudno wymagać, by dziennikarze przymykali oczy na niektórych. Kościół jest nie tylko widzem, ale też aktorem życia społecznego: przez sam fakt istnienia skazuje się na medialną kontrolę.


W tym sensie wierzący – szczególnie w wymiarze instytucjonalnym – są skazani na krytykę mediów. Zupełnie inną sprawą jest pytanie: jak ta krytyka powinna wyglądać?

Kompetencja, dobro, kontekst
Najprościej powiedzieć, że debata „TP” wpisuje się w szerszą dyskusję o etyce dziennikarskiej. Tu jedną z naczelnych zasad jest kompetencja. Nie wyobrażam sobie – a spotykałem się z takimi przypadkami – że ktoś wypowiada się o deklaracji „Dominus Iesus”, nie znając konstytucji soborowej „Lumen Gentium” i teorii kół przynależności do Kościoła. To tak, jakby literaturoznawca zabierał głos w periodyku medycznym na temat skomplikowanych zabiegów chirurgicznych.
Nie mniej ważną zasadą jest ogólne dobro, które ma płynąć z zabierania głosu. Oczywiście, prawda jest najważniejsza, ale trzeba pamiętać, że są prawdy, które zabijają lub gorszą. W szpitalu nie zawsze głośno mówimy, że ktoś umiera. Trzeba mieć na uwadze dobro chorego – jego całe dobro. To wcale nie znaczy, że trzeba milczeć – niekiedy obojętność wywołuje skutki katastrofalne. Czasem dopiero nacisk mediów potrafi skłonić do odpowiednich decyzji, szczególnie wtedy, kiedy te decyzje są trudne, a ludziom powołanym do ich podejmowania brakuje odwagi. Przykład historyczny, ale dla Kościoła o znaczeniu kapitalnym: to właśnie środowiska skupione wokół mediów katolickich już od końca lat 60. przyspieszały w Polsce recepcję nauki Soboru Watykańskiego II. 
Pisząc o Kościele, musimy być świadomi kontekstu. Jeżeli popatrzymy na historię musimy uznać, że nigdy albo dawno nie było tak dobrze, jak obecnie. Model pastoralny biskupów czy duszpasterzy zmienił się nie do poznania. Konieczna jest szersza perspektywa – nie tylko historyczna, ale też geograficzna. Nie wszędzie są takie problemy jak w Polsce. Istnieją Kościoły lokalne pod wieloma względami dojrzalsze, bardziej chrześcijańskie i ewangeliczne.
Z drugiej strony, Kościół w Polsce ma nie tylko cienie, ale też blaski. Nie można pisać jedynie o złych rzeczach, bo popełnia się podstawowy logiczny błąd: pars pro toto. Jeśli pokazujemy część i traktujemy ją jako całość, pisząc prawdę w sensie klasycznym, a więc coś zgodnego z rzeczywistością – tak naprawdę kłamiemy, wprowadzamy czytelników w błąd.

Wiara, dystans, pokora
Kiedy mówimy o mediach katolickich, powinniśmy uwzględnić różnicę między pismami redagowanymi przez katolików a ściśle kościelnymi, to znaczy wydawanymi przez kurie diecezjalne. Jeśli ktoś myśli, że redakcje tych ostatnich mogą zrezygnować z tzw. „kościelnej poprawności”, to się myli. Cokolwiek napiszą – siłą rzeczy wikła biskupa diecezjalnego, generała albo prowincjała. Jasne: nie ma sensu biegać z każdym materiałem do Kurii ani zapraszać na kolegium jej przedstawiciela (zresztą redaktor naczelny jest przez odpowiednią władzę namaszczony), ale przynajmniej należy o tym pamiętać.
W katolickiej gazecie musi być miejsce na sprawy społeczne. W ich kontekście jednak nie można „ustawiać” Kościoła tak, jakby się liczył dla niego jedynie świat doczesny. Pisać o Kościele trzeba z uwzględnieniem wymiaru religijnego. Dziennikarzom i publicystom często grozi socjologizm: traktowanie wspólnoty wierzących jak związku zawodowego albo partii, a papieża jak szefa międzynarodowej korporacji. Stosując takie założenia, autorzy skazują się na komunikacyjny bełkot.
W „Tygodnikowej” dyskusji padło pytanie, czy osoba niewierząca może pisać o Kościele. O ile w mediach świeckich pozytywna odpowiedź jest oczywista, o tyle w kościelnych czy katolickich redakcjach element osobistego przeżycia i wiary jest nieodzowny. Niezrozumienie naszych postaw czy reakcji często wynika z nieuwzględniania tej dodatkowej jakości, jaką jest światło wiary. To ona sprawia, że na te same wydarzenia patrzymy nieco inaczej. Mamy większy dystans, może także więcej pokory. Nie musimy reagować, jakby wszystko zależało jedynie od nas.

Milczenie, diabeł, sacrum
W tzw. sprawie poznańskiej „Gość Niedzielny” nie pisał nieprawdy, jak się to zdarzało niektórym mediom katolickim. (Skądinąd ciekawe, jak się one czują dziś, po orzeczeniu Stolicy Apostolskiej? Czy watykańskie kongregacje należy teraz ustawić w jednym szeregu z tymi, którzy – ich zdaniem – „atakowali Kościół”?) Ograniczyliśmy się do krótkich informacji i przedruku komentarza redakcyjnego z wychodzącego w Poznaniu „Przewodnika Katolickiego”. Nasz komentarz (autorstwa ks. Kazimierza Sowy) był po finale: ubolewaliśmy z powodu skandalu, jednocześnie ciesząc się z decyzji Stolicy Apostolskiej. Jednak także milczenie bywa wymowne – szczególnie, gdy jest przepełnione szczerym bólem. Po upublicznieniu sprawy, a przed jej wyjaśnieniem, nie było naszym zdaniem sensu pisać, bo „leżącego się nie kopie”. Zwykła przyzwoitość każe zachować powściągliwość, kiedy pewne sprawy nas przerastają. Potrzeba zwykłej pokory zamiast tanich komentarzy i „genialnych” recept na wszystko.
Dla całościowego oglądu – o ile taki jest możliwy – warto zauważyć, że rola „Gościa Niedzielnego” i innych mediów kościelnych odbiega od pozostałych. My nie musimy czekać na newsy. Mamy zupełnie inną perspektywę, która większy akcent kładzie na formację niż informację. Przy planowaniu linii programowej „Gościa” zastanawiamy się, w jaki sposób bardziej wejść w dialog niż w spór. Dla nas Ewangelia kłóci się z napastliwym językiem. Chcemy być wolni od obrażania czytelników, nawet za cenę rzekomego braku ideologicznej wyrazistości. Niestety, nie wszystkie media katolickie stosują podobne założenia.
Wśród części polskich dziennikarzy katolickich panują dziwne opinie na temat filozofii redagowania ich mediów. Jedni mówią, że diabeł jest wszędzie. Wystarczy przejrzeć niektóre gazety czy posłuchać niektórych stacji, by natychmiast natknąć się na całą listę wrogów ojczyzny i Kościoła. Błąd takiego podejścia jest oczywisty: jeśli diabła widzi się wszędzie, to nie można go zobaczyć tam, gdzie jest naprawdę.
Inni zaś mówią, że wszystko jest święte. W podejściu do Kościoła – wbrew upowszechnionym często opiniom – „Gość Niedzielny” nie twierdzi, że wszystko jest święte. Istota sacrum polega na wyłączeniu z rzeczywistości pewnej przestrzeni. Świętość musi być elitarna i jeśli będzie się jej granice poszerzać w nieskończoność, zatraci się jej wyjątkowy charakter, a przez to unicestwi. Dlatego trzymamy się ustalonych przez św. Augustyna zasad: czym innym jest Kościół, a czym innym państwo. Oba porządki są autonomiczne, to znaczy mają odrębne cele: dla Kościoła najważniejsze jest zbawienie, a dla państwa – dobro obywateli. Jeśli ktoś pomyli te porządki i z biskupa zechce robić ministra czy lidera partii, nie można się dziwić, że dochodzi do zamieszania.

Nie ma „jedynie słusznego” sposobu opisywania Kościoła. Po Soborze obserwujemy wyraźną ewolucję dziennikarzy w podejściu do tematu, również w katolickich mediach. Różne są jej kierunki, ale zawsze będzie chodziło o to, by nie uprawiano krytyki dla samej krytyki. Niestety, choć to oczywiste, nieodzowne wydaje się podkreślenie jeszcze jednego warunku rzetelnego pisania o Kościele. Jest nim po prostu dobra wola i uczciwość piszących.

Ks. dr Marek Łuczak jest kierownikiem działu religijnego „Gościa Niedzielnego”, przed dwoma laty odbywał staż w redakcji „Tygodnika Powszechnego”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl