58 lat temu wyzwolono obóz koncentracyjny w Oświęcimiu.
Dwa wspomnienia: polskie i żydowskie



Księżna i Mengele 

Krystyna Heska-Kwaśniewicz



Tradycja rodzinna przekazała takie oto wspomnienie: kiedy przed 1939 rokiem do Lwowa, do słynnego polskiego antropologa profesora Jana Czekanowskiego przyjechał niejaki Josef Mengele, wówczas absolwent filozofii i medycyny uniwersytetu w Monachium, polski uczony polecił oprowadzić Niemca po mieście swej asystentce, Martynie Puzyninie. Traf chciał, że oboje spotkali się wkrótce potem – w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu.


Naukowym mistrzem Mengelego był Ernest Rudin, współtwórca hitlerowskich ustaw o przymusowej sterylizacji; młody Mengele szybko awansował naukowo. Polskiego profesora chciał poznać, gdyż antropologia polska znajdowała się wówczas w czołówce światowej nauki, a Czekanowski – kierownik Katedry Antropologii na Uniwersytecie Jana Kazimierza – utrzymywał kontakty z naukowcami niemieckimi. Puzynina zaś była młodą, wybitną specjalistką (jak mówił o niej profesor). W warszawskim „Przeglądzie Fizjologii Ruchu” opublikowała w 1937 r. rozprawę o sprawności fizycznej dziewcząt różnych typów rasowych. 

„Pracuj dla mnie”
Wydawała się wybranką losu: dobrze urodzona, piękna, utalentowana, kochana. Wojna zniszczyła to wszystko, a ją samą dramatycznie uwikłała. Jej los wymyka się kwalifikacjom moralnym – i uświadamia, że życie niesie bardziej skomplikowane scenariusze niż literatura.
Martyna, z domu Gryglaszewska, urodziła się w 1905 r., prawdopodobnie we Lwowie. Dziadek Aleksander Zieliński był powstańcem i to przesądziło o losach szlacheckiej rodziny: po powstaniu styczniowym musiała opuścić Litwę; ojciec Martyny był notariuszem w galicyjskim Stanisławowie. Zdolna, pracowita, zaangażowana społecznie i ładna dziewczyna kończy antropologię na lwowskim uniwersytecie i prowadzi doświadczenia ze studentami (tzw. demonstrantura). W 1930 r. zostaje żoną księcia Stefana Puzyny; w tym samym roku broni doktorat u Czekanowskiego. Świetnie zapowiadającą się karierę – jest też asystentką przy Katedrze Antropologii w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie – przerywa wojna. 
Kiedy 17 września 1939 r. wojska sowieckie uderzają na Polskę, książę Stefan przedostaje się za granicę, a Martyna zostaje i wiąże się z konspiracją: w Okręgu Lwowskiego ZWZ-AK pełni funkcję inspektorki terenowej jako Martyna „Tychna” Bączkowska. W marcu 1943 w wyniku zdrady zostaje aresztowana i poddana ciężkiemu śledztwu w lwowskim więzieniu gestapo. W obawie, że zbliża się kres wytrzymałości, w grypsie prosi o truciznę. Niemcy przejmują przesyłkę i zamieniają truciznę na środek nasenny. Rodzina zostaje powiadomiona o jej śmierci, w prasie emigracyjnej pojawiają się nekrologi. Puzyninę tymczasem przewieziono do Oświęcimia. 
Do obozu przybyła 11 sierpnia 1943 r. Najpierw pracowała w kamieniołomach, ale wkrótce, zarażona tyfusem, trafiła do szpitala. Wówczas Mengele odkrył jej prawdziwy zawód. 
Tak wspominała ten fakt: „Kiedy Mengele przechodził obok mnie, usłyszałam, jak polski doktor mówi mu, że przed wojną byłam asystentką profesora Czekanowskiego. Mengelego bardzo to zaciekawiło; powiedział doktorowi, że mam się do niego zgłosić następnego dnia. [...] Zapytał mnie, na czym polegała moja praca w obozie. Odpowiedziałam – »na przenoszeniu kamieni«. Z jakiegoś powodu rozbawiło go to. Powiedział: »No cóż, chyba będzie lepiej, jeśli popracujesz trochę dla mnie«” (za: Gerald L. Posner, John Ware – „Mengele: polowanie na anioła śmierci”; Universitas, Kraków 2000).
Relacja w książce Zofii Kossak „Z otchłani. Wspomnienia z lagru” z 1946 r. różni się szczegółami, ale nie zmieniają one istoty rzeczy: „Dwaj przedstawiciele nauki niemieckiej, a zarazem dygnitarze partyjni przyszli do niej na blok.
– Taka a taka, asystentka prof. Czekanowskiego?
– Tak.
– Autorka prac takich a takich?
– Tak.
– Co tu robi?
– Noszę kamienie w lagrze...
Wybuchnęli obaj gromkim śmiechem, zadowolonym, rubasznym, śmieli się do rozpuku, ocierali załzawione oczy. Biedny, wychudły häftling stał, milcząc, na baczność.
– Jawohl! – przemówił w końcu pierwszy z nich.
– Jawohl!... To mi się podoba: asystentka prof. Czekanowskiego nosi u nas kamienie!...W porządku!... Ot, co dla nas, Niemców, znaczy wasza nauka!...”.
Pisarka Zofia Kossak została przewieziona do Oświęcimia-Brzezinki w październiku 1943 r. z warszawskiego więzienia Pawiak; dwa miesiące później z objawami tyfusu trafiła do szpitala i tam spotkała Puzyninę, pełną rozterek z powodu żądań Mengelego. Kossak próbowała przełamać jej opór: tłumaczyła, że będąc świadkiem poczynań Mengelego może dostarczać obozowej konspiracji dokumentów, które w przyszłości będą dowodem przeciw zbrodniarzowi. 
Puzynina – świadoma, że nie ma czystego moralnie wyboru – posłuchała rady. 
Halina Czarnocka, która po wojnie prowadziła w Londynie Archiwum Studium Polski Podziemnej, także przebywała w obozowym szpitalu. W zeznaniu zachowanym w muzeum oświęcimskim wspomina: „Uznałyśmy zgodnie, że powinna [Puzynina] przyjąć tę funkcję i poradziłyśmy, żeby wykonując prace badawcze i pomiarowe dla Niemców, starała się robić duplikaty wyników tychże badań i zabezpieczyć je dla nauki polskiej, najlepiej zakopując je w ziemi w metalowych pudełkach lub butelkach”. I dodaje: „Stwierdzam na podstawie mojej z nią znajomości obozowej, że będąc w wyjątkowo trudnej sytuacji pod pręgierzem żądań niemieckich, zachowała postawę pełną godności i lojalności narodowej”.

Odpisy w słoikach 
Puzyninie dano łóżko na odrębnym oddziale, podwojono racje żywności, by zdrowiała. Prace zaczęła w kwietniu 1944, gdy zaczęły nadchodzić transporty węgierskich Żydów. Na rampie odbywała się selekcja: z okna biura obok torów obserwowała jak Mengele – przypominający zachowaniem szaleńca – krzyczy, chodząc wzdłuż rampy. 
Przez sześć miesięcy, aż do wyzwolenia obozu, Puzynina wykonała pomiary 250 par bliźniąt. Czasem przychodził Mengele: „Nie był zbyt rozmowny. Patrzył tylko na sporządzane przeze mnie diagramy. Nigdy nie powiedział mi, do czego służą wyniki pomiarów, chociaż domyślałam się prawdy. Bardzo interesował go każdy detal i jakiekolwiek różnice między bliźniętami, w szczególności, jeśli chodziło o oczy”.
Widziała Mengelego w różnych sytuacjach: zasłuchanego w muzykę obozowej orkiestry, nie zwracającego uwagi na komando niosące ciała więźniów. „Pochód umarłych i rozmarzony Mengele” – zauważyła. Widziała w nim maniaka i nazistę, którego do zbrodni pchała ambicja. Uważała, że „zwariował na punkcie inżynierii genetycznej”. Wspominała: „Jestem pewna, że zabiłby własną matkę, gdyby pomogło to w realizacji jego celów”. 
Ostatni raz widziała Mengele 17 stycznia 1945 r. Zebrał wszystkie papiery do pudeł i polecił wynieść do samochodu. Ale ponieważ ze wszystkich badań Puzynina sporządzała tajne odpisy, zachowały się dokumenty 295 więźniarek, Żydówek greckich, węgierskich, holenderskich, francuskich i włoskich i 117 bliźniąt płci obojga (Żydzi z Węgier), które zabezpieczyła w postaci kopii. Więźniarka Antonina Piątkowska ukryła je w schowku pod podłogą baraku, a potem przekazała Zofii Gawron, mieszkance Brzeszcz – kobieta pomagała przy przenoszeniu raportów, początkowo zamkniętych w słoikach, a następnie zaszytych w pasie, który Piątkowska nosiła na sobie. Kiedy Zofii Gawron udało się nawiązać kontakt z Polakiem spoza obozu, przy jego pomocy przekazała dokumenty rodzinie w Brzeszczach i tam przetrwały. Po wojnie Piątkowska odebrała odpisy i oddała organizacji „Caritas”. Stąd dotarły do kard. Adama Sapiehy; dzięki temu opublikowano je w prasie i radiu, a potem przesłano do Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich. 
Puzyniny już w Polsce nie było: w styczniu 1945 szła w „marszu śmierci” z Oświęcimia na zachód. Trafiła do szpitala obozu w Ravensbrück, gdzie otrzymała numer 104841 – tuż nad ukośną kreską i numerem z Auschwitz: 54538. 

Tragiczny węzeł
Do Polski wróciła w 1946 r., ale wskutek zabiegów męża szybko wyjechała do Anglii, a później do RPA, zaś po śmierci księcia zamieszkała w Londynie. W czasie odwiedzin w Polsce u rodziny szukała w Oświęcimiu robionych z narażeniem życia notatek, nie wiedząc, że już zostały zabezpieczone. 
W jej rodzinie krąży jeszcze inna wersja tej historii: że to prof. Czekanowski przez międzynarodowe kręgi naukowe dotarł do Mengelego i zasugerował mu, by jego asystentkę wydobyć ze szpitala lagrowego. Czy to prawdopodobne? Raczej nie.
Martyna Puzynina zmarła w 1986 r. w Londynie; jej prochy przewieziono do Polski i pochowano w Bytomiu. Sporządzone przez nią odpisy badań antropometrycznych znajdują się w materiałach obozowego ruchu oporu w muzeum oświęcimskim. W archiwum nie ma jednak dokumentacji jej pobytu: lagrowe przeżycia Puzyniny udało się odtworzyć tylko dzięki szczątkowym dokumentom i zbiegom okoliczności. 
Oto jeden z nich: w 2000 r. Janina Palmowska-Frankowska udostępniła Państwowemu Muzeum w Oświęcimiu zeszyt, który prowadziła w Ravensbrück. Na jednej z kart pod datą 23 marca 1945 r. jako pacjentka szpitala obozowego figuruje „Puzyna Martina” z rozpoznaniem: Grippe. Przy nazwisku zaznaczono numery: 104841 i 54538 – to pozwoliło na ustalenie daty przywiezienia do Oświęcimia i numeru Puzyniny.
Po wojnie Puzynina o swych przeżyciach z nikim rozmawiać nie chciała, nawet w rodzinie. Udzieliła jednak informacji Geraldowi L. Posnerowi i Johnowi Woreowi, którzy prowadzili z nią rozmowy w 1985 r. Pisała pamiętniki, być może stanowiące swoiste katharsis, które jednak zaginęły. 
Do końca życia dręczyło ją pytanie: czy postąpiła słusznie? Tak, jakby istniała możliwość odpowiedzi. Można za Maxem Schelerem użyć tu pojęcia „węzła tragicznego”: realizując wartość, jaką jest praca naukowa, równocześnie wbrew sobie podważała sens tego, czemu chciała służyć. Dlatego skazała siebie samą na milczenie. 
Nigdy nie wróciła do pracy naukowej. 

Podziękowania za pomoc w zbieraniu informacji składam siostrzenicy M. Puzyniny, Krystynie Lazarowej oraz Henrykowi Świebockiemu z Muzeum w Oświęcimiu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl