Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Jakie referendum

Andrzej Kaczmarczyk Dymisja z innych powodów

Piotr Bernardyn z Tokio Z Kimem chodzenie po krawędziach

Wojciech Pięciak „Dlaczego ich ułaskawiłem” 








 

 




  
Jakie referendum

Pomysły, jak skłonić obywateli do wzięcia udziału w referendum na temat przy-
stąpienia Polski do Unii Europejskiej (a w rzeczywistości zwiększyć szanse akceptacji członkostwa) sypią się jak z rękawa. Najpierw proponowano jedynie zabiegi o charakterze technicznym w rodzaju przedłużenia głosowania do dwóch dni czy wprowadzenia możliwości oddania głosu przez Internet. Teraz Platforma Obywatelska chce znieść wymóg 50 procentowej frekwencji jako warunku ważności referendum. 
Faktycznie: zmiany ułatwiające oddanie głosu – i to nie tylko w referendach, ale w każdych innych wyborach – są godne rozważenia Zważywszy choćby na duże odległości do punktów wyborczych na wsi czy też na sporą liczbę Polaków, zwłaszcza młodych, mieszkających poza miejscem stałego zameldowania i skomplikowane, a więc zniechęcające, procedury głosowania w takim przypadku, warto zastanowić się nad wprowadzeniem prawa do głosowania drogą pocztową.
Skutkiem jednak obniżenia – a w gruncie rzeczy likwidacji – progu frekwencji może być tylko jedno: lawina żądań o rozpisanie referendum w nawet najbardziej błahych sprawach. Doświadczenie uczy tymczasem, że taka demokracja bezpośrednia nie jest specjalnie skutecznym sposobem na funkcjonowanie państwa (by, już żartem, nie wspomnieć, że posłowie – nawet Platformy Obywatelskiej – nie są w niej specjalnie potrzebni).

 Krzysztof Burnetko






Dymisja z innych powodów 

Polska odetchnęła z ulgą. Mariusz Łapiński stracił posadę ministra. Jednak ra-
dość jest zupełnie nie na miejscu.
Nawet zwolennicy Narodowego Funduszu Zdrowia powinni dostrzegać dwa dobre powody do odwołania ministra zdrowia. Pierwszy to arogancja, ostatnio spektakularnie objawiona zakupem luksusowych samochodów i premiami dla ministerialnych urzędników. Drugi to nieumiejętność drużynowego grania z premierem i pozostałymi ministrami. Ostatnim tylko dowodem jest obrona przed Senatem własnego, a nie rządowego, stanowiska w sprawie wysokości składki na ubezpieczenie zdrowotne. Bo, na przykład, już wiosną zeszłego roku minister Łapiński skierował do Sejmu ustawę o „leku za złotówkę” jako projekt poselski, by uniknąć kłopotów z przekonaniem do niego pozostałych ministrów. Tymczasem wtedy premier jakoś świetnie znosił i arogancję swojego ministra, i prowadzenie przez niego wojny podjazdowej z własnym rządem. 
Teraz oficjalnym powodem dymisji było „przekroczenie uprawnień” przez ministra. Tyle że Łapiński swoich uprawnień wcale nie przekroczył. Nie obiecywał bowiem śląskim związkowcom, że umorzy pożyczkę dla Kas Chorych, lecz tylko, że złoży taki wniosek Radzie Ministrów. Złożył i stracił pracę. Jednak długi Kas Chorych i szpitali nie znikły razem z ministrem Łapińskim. Rada Ministrów ma się zająć tym problemem w ciągu kilku dni. Ciekawe co wymyśli, bo chyba nie sceduje długu na nowy Fundusz?
Tak więc konia z rzędem, ABS-em, podgrzewanymi wodzami i komputerem w kulbace temu kto powie, dlaczego premier Miller dymisjonuje swoich wysokich urzędników. Bowiem nie chodzi jedynie o dymisję ministra zdrowia, ale także dwoje wiceministrów finansów, a wcześniej ministrów skarbu państwa i gospodarki. Jako obywatel chciałbym to jasno wiedzieć. Domniemanie, że pozazdrościł Mariuszowi Łapińskiemu osobnego rozdziału w książce „Historia arogancji władzy w III RP”, nie satysfakcjonuje.  

Andrzej Kaczmarczyk






Z Kimem chodzenie po krawędziach

Gdyby to, co mówi Kim Dżong Il, traktować dosłownie, to Półwysep Koreań-
ski stoi dziś w obliczu wojny. Występując z układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, Korea Północna ponownie dała Radzie Bezpieczeństwa pretekst do nałożenia nań sankcji gospodarczych. „Sankcje oznaczają wojnę” – grozi Phenian i deklaruje, że będzie kontynuował prace nad programem nuklearnym.
Kim Dżong Il blefuje. Wie, że wojna skończy się dla niego samobójstwem. Tak jak w 1993 roku, nakręcając spiralę gróźb, szantażuje społeczność międzynarodową, by wymóc pomoc gospodarczą i zawarcie paktu o nieagresji z USA. Liczy też na antyamerykańskie nastroje w Korei Południowej i uwikłanie USA w Iraku. 
Sytuacji jednak lekceważyć nie można. Program jądrowy Phenianu jest faktem. Według szacunków, Korea Północa może mieć już jedną lub dwie bomby atomowe oraz technologię do ich przenoszenia. Poczucie osamotnienia wywołane sankcjami, katastrofalny stan gospodarki i obawa przed nalotami amerykańskimi mogłyby skłonić Kim Dżong Ila do kroków desperackich. Na granicy rozdzielającej obie Koree jest dziś największe zagęszczenie wojsk na świecie – na przeciw siebie stoją blisko 2 miliony żołnierzy. 
Jak zatem postępować z reżimem Kim Dżong Ila? Dwa lata polityki Busha na Dalekim Wschodzie: odmowy negocjacji z Phenianem, i ideologizowanie sporu przez włączenie Korei Północnej do tzw. osi zła, nie przyniosło Amerykanom korzyści i doprowadziło do jeszcze większego ochłodzenia stosunków. Efektów nie przyniosły też żądania wycofania się – w zamian za nic – z programu atomowego przez Phenian. 
Tym bardziej godna uwagi jest nowa inicjatywa prezydenta Busha, nazwana „śmiałą” i będąca sygnałem zmiany w polityce obecnej administracji. Byłby to powrót Waszyngtonu do stosowanej za prezydentury Clintona metody kija i marchewki, tyle że dalej idącej i surowo egzekwowanej. W zamian za amerykańską pomoc, pakt o nieagresji i perspektywę normalizacji stosunków, Korea Pólnocna miałaby się zobowiązać do rozmontowania, raz na zawsze, instalacji nuklearnych. Inicjatywa, której dalekosiężnym zamysłem jest pchnięcie Korei Północnej na chińska drogę rozwoju, leży nie tylko w interesie wszystkich sąsiadów Phenianu, ale i samego Kim Dżong Ila. Pozostaje go tylko do niej przekonać... 
Co równie ważne: już ponad oboma państwami koreańskimi rozpoczęła się jeszcze jedna rywalizacja. Oto mocarstwa regionu – zwłaszcza Japonia i Chiny – zaczynają walczyć o wpływy i układ sił na Dalekim Wschodzie na wypadek upadku ostatniej zimnowojennej granicy.

Piotr Bernardyn z Tokio




„Dlaczego ich ułaskawiłem” 

Kiedy w 1999 r. został gubernatorem amerykańskiego stanu Illinois, był go-
rącym zwolennikiem kary śmierci. Odchodząc w minionym tygodniu z urzędu, jednym podpisem ułaskawił wszystkich 170 skazańców, oczekujących w stanowych więzieniach na egzekucję, zamieniając im wyroki na kary więzienia, najczęściej dożywotniego. Czy 69-letni republikanin George H. Ryan stał się nagle pryncypialnym przeciwnikiem kary śmierci? Bynajmniej. Ale – jak mówił w pożegnalnym przemówieniu – podjął tę decyzję z jednego powodu: z przekonania, że ryzyko zabicia niewinnego człowieka jest za wysokie. 
Cóż się stało? Oto w kilka miesięcy po objęciu przez Ryana urzędu gubernatora czterech skazanych już prawomocnie więźniów musiało opuścić cele śmierci: wolontariusze z miejscowego uniwersytetu dowiedli na podstawie testów DNA ich niewinności. Okazało się też, że od 1977 r. – odkąd sądy w Illinois zaczęły na nowo orzekać karę główną, korzystając z wydanego rok wcześniej orzeczenia Sądu Najwyższego USA, uznającego ją za zgodną z konstytucją – musiano zwolnić z cel śmierci 13 niesłusznie skazanych; w tym samym czasie wykonano 12 wyroków. Skonfrontowany z tymi faktami Ryan ogłosił wtedy moratorium na wykonywanie wyroków (tymczasem testy DNA wykazały niewinność kolejnych czterech skazańców) i zlecił prawnikom ekspertyzę, która miała wyjaśnić, skąd tyle pomyłek. Jej efekty były wstrząsające. Okazało się, że prawdopodobieństwo orzeczenia kary śmierci jest 3,5 razy większe, gdy ofiarą mordu jest Biały, a nie Czarny czy Latynos, i że duże znaczenie ma geografia: prawdopodobieństwo, że w podobnej sprawie zapadnie wyrok śmierci, jest w regionach wiejskich pięciokrotnie większe niż w mieście. Nie ma też jednolitych wytycznych dla wszystkich 102 stanowych sądów.
Niektórzy krytycy decyzji gubernatora – a jest ich niemało, wśród nich własna żona i jego następca, gubernator z Partii Demokratycznej – zarzucają mu, że spektakularnym gestem chciał odwrócić uwagę od skandalu korupcyjnego, w który jest uwikłany i który zmusił go do rezygnacji z ubiegania się o ponowny wybór. Zapewne fakt, że Ryan nie musiał zabiegać o wyborców, ułatwił mu decyzję, skoro za karą śmierci – obowiązującą w 38 stanach (na egzekucję czeka ok. 3600 osób, co sytuuje USA w światowej czołówce) – opowiada się dwie trzecie Amerykanów. Gest gubernatora nie będzie pewnie przełomem w toczącej się w USA dyskusji wokół kary śmierci. Ale może jego argumentacja da do myślenia wielu jej zwolennikom. 

Wojciech Pięciak


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl