Votum separatum

Potrzebni, bardzo potrzebni, niezbędni 

JÓZEFA HENNELOWA



Niedawno prasa krakowska interweniowała w sprawie „protekcyjnie” stworzonego etatu: w jednej z miejskich instytucji powołano nowe stanowisko, bo trzeba było zatrudnić żonę zaprzyjaźnionego urzędnika wysokiego szczebla. Nieważne były kwalifikacje lub ich brak, bo i stanowisko nie polegało na wypełnianiu zadań pilnych czy ważnych, bez których instytucja po prostu by kulała: zaistniało doraźnie, samo dla siebie, a raczej dla obdarowanej nim osoby, i na tym się jego „potrzebność” zaczynała i kończyła równocześnie.
Ale przecież nie jest to wcale jednostkowa bajeczka. To zjawisko u nas coraz powszechniejsze, teraz właśnie, gdy ludzie określonych zawodów, łącznie ze świetnie przygotowanymi najmłodszymi rocznikami, obijają się o coraz szczelniej zamykane drzwi zakładów pracy. Tylko w biurokracji można tworzyć etaty w ten właśnie sposób: nie gdy są naprawdę potrzebne, lecz żeby komuś protegowanemu dać zajęcie, pieniądze i ubezpieczenie. Może to być „koordynator”, „doradca”, „pełnomocnik” i jak go tam jeszcze nazwiemy, i coś oczywiście będzie robił, gdzieś przychodził, rozkładał jakieś papiery, telefonował, spotykał się, wysyłał faksy itd., ale nic dokoła niego w prawdziwym życiu społecznym nie będzie się zmieniało na lepsze, bo przecież on nie po to jest, by coś robić, lecz by „pracować”. Tylko w sferze urzędniczej, na którymkolwiek szczeblu od góry do dołu, możliwy jest taki rozrost zatrudnienia nie wiadomo po co, lecz na pewno wiadomo w jakim celu: by niektórzy mieli „pracę”, bo są swoi. I tylko tam jest to możliwe, bo każda instytucja biurokratyczna jest przecież podczepiona pod władzę – lokalną czy centralną – a więc uprawniona do mnożenia kosztów uznanych przez nią samą za „niezbędne”.
Aż trudno uwierzyć, że taką samą budżetówką jak urzędnicy są zawody najpotrzebniejsze z potrzebnych: wychowawcy i nauczyciele, opiekunowie, pielęgniarki i lekarze, strażnicy naszego bezpieczeństwa – od policji przez łączność czy sanitarne służby po straż pożarną; ludzie, których praca jest najbardziej na świecie potrzebna i nigdy inna nie będzie; ludzie, którzy muszą być do niej naprawdę przygotowani i im bogatsi w doświadczenie, tym lepiej – a równocześnie ludzie, których gdy zaczyna brakować, ich brak na społeczeństwie odbija się stratami zawsze dotkliwymi, a nieraz nie do naprawienia. Ale to na tych zawodach właśnie oszczędza się najpierw. Pamiętacie, jak awuesowski minister edukacji ogłosił wyrok na małe szkoły, bo nadrzędnym przykazaniem była zadekretowana urzędowo liczba uczniów na jednego nauczyciela, koniecznie absurdalnie wysoka? Można redukować stan pielęgniarski w szpitalu, choćby kilkoro chorych wcześniaków przypadało na jedna pielęgniarkę, można ograniczać etaty w domu dziecka, aż okaże się, że w sypialniach, gdzie nie było wychowawców, zaczyna plenić się obrzydliwa fala prawie na wzór więzienia. W próżnię padają pytania, jak rozwiążemy opiekę nad niesprawnymi z powodu wieku, których będzie przybywało. A biurowce mają się dobrze i gotowe mieć się coraz lepiej, bo każda władza wpada w ten sam mechanizm przeświadczenia o własnej niezbędności, którą potwierdzać musi coraz większa ilość biurek i stanowisk. 
Dopiero co przeczytałam pełen najlepszej woli reportaż o pewnym pozarządowym centrum pomocy bezrobotnym. Tam też są urzędniczki – i jedno, co widać wyraźnie, to to, że urzędują: uczciwie, troskliwie, ale czy w gruncie rzeczy cokolwiek potrafiąc pomóc? Przecież jedynym naprawdę skutecznym działaniem byłoby szukającemu pracy móc powiedzieć: tak, oto tu i tu jesteś potrzebny, tu na twoje ręce, głowę, wiedzę, doświadczenie czeka określona potrzeba społeczna, którą powinieneś zaspokajać. Ale na to, by tak mogło być, musi się przestać tworzyć fikcyjne potrzeby, które też przecież kosztują, i przestać redukować potrzeby prawdziwe ze szkodą – nieodwracalną – dla nas wszystkich. Wydaje się, że na razie jesteśmy o sto mil od takiej sytuacji.
















 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl