„Przeżyłem, bo byłem poetą”

Iwona Hałgas



Drżącymi rękami przeszukuje biurko, teczki ze szpargałami. Od tego chce zacząć, to dla niego najważniejszy dokument: tak mówi o kawałku gazety, z którym nie rozstaje się od lat. „The Manchester Guardian” z 15 maja 1945 r. pisał: „Jednym z więźniów znalezionych w Buchenwaldzie jest młody chłopak z Łodzi o nazwisku Abraham Cykiert”.


W maju 1945 do Buchenwaldu przyjechała pracownica szwajcarskiego Czerwonego Krzyża. Chciała zabrać z obozu trzysta żydowskich dzieci do Szwajcarii, by mogły się tam uczyć. „Jak pani przejdzie przez komin, może je pani złapie w drodze do nieba” – usłyszała od 19-letniego Abrahama Cykierta. Miesiąc wcześniej w obozie wybuchło powstanie. To był pierwszy dzień wolności. O czym wtedy myślał? O czarnym chlebie z margaryną i kartoflami, pokrojonymi w plasterki. Na zimno, wtedy można zjeść więcej. 
Następnego dnia umarł prezydent USA Franklin Roosevelt. Rabini odprawiali żałobne nabożeństwa. Na obiad ugotowano gulasz. Wielu więźniów przypłaciło go życiem: ich wycieńczone organizmy nie poradziły sobie z taką ilością tłuszczu.

Z rodu Joselewicza
W kwietniu 1782 prapradziadek Icchak odprawił w synagodze w Warce nabożeństwo z intencją „Boże uchowaj Polskę całą”. Wujek Leib Cykiert, legionista, za radą Piłsudskiego zmienił nazwisko na Leon Rytecki. Tak się zaczyna historia rodziny ze strony ojca, potwierdzona przechowywanym przez Abrama dokumentem. Za to opowieści matki o jej przodkach Abram traktuje jak legendę: gdy zdarzyło im się w dzieciństwie powiedzieć coś złego o Polakach – byli w końcu świadkami antysemickich wybryków w przedwojennej Łodzi – oburzona matka upominała: „Jak możecie tak mówić, przecież jesteście z rodu Berka Joselewicza!”. Mama była przekonana, że pochodzą od tego Żyda-patrioty, którego pamięć była silna wśród polskich Żydów w okresie międzywojennym: legenda pułkownika Joselewicza, który w powstaniu kościuszkowskim stworzył pułk złożony z Żydów-ochotników (wybity przez Rosjan na Pradze w 1794 r.) i poległ jako oficer Księstwa Warszawskiego w 1809 r. Może w przypadku mamy sprawił to wpływ dworku szlacheckiego w Mogielnicach, gdzie jej ojciec był zarządcą, i gdzie wychowała się razem z córką dziedzica? Abram pamięta, że jeszcze w getcie dorabiała tłumaczeniami z francuskiego, które zamawiał notariusz. 
Ojciec był ortodoksyjnym Żydem, matka pobożną Żydówką. Mówili w jidysz, a dzieci między sobą po polsku. Z kolegą z podwórka Abram rozmawiał po niemiecku, w chederze czytał Biblię po hebrajsku, tłumacząc na jidysz. 
Abram pamięta twarz poety Juliana Tuwima (też polskiego Żyda), siedzącego w pierwszym rzędzie na akademii; obok minister edukacji i dygnitarze. Na zjeździe ortodoksyjnych szkół żydowskich mały Abram w niebieskiej jarmułce recytował „Mowę Mościckiego nad trumną Marszałka na Wawelu”. Sam ją wybrał. Wśród słuchaczy zapanowała konsternacja. Gdy schodził ze sceny, zatrzymał go minister. „Pięknie powiedziałeś, tylko przyznaj się smyku, że po polsku nie rozumiesz” – usłyszał. Odparł: „Mogę pana ministra zapewnić, że znam polski równie dobrze jak pan, więc proszę mnie nie obrażać”. Na twarzy ministra pojawił się grymas niechęci. Stojący obok Tuwim szepnął, że malec słusznie odpowiedział. 
Tato, Mosze Cykiert, był agentem firmy produkującej herbatę. Jednak w domu herbatę pili rzadko: była droga. Może dlatego pamięta jej zapach? W żydowski Nowy Rok mama parzyła ją w małych czajniczkach, aromat niósł się po mieszkaniu. I jeszcze smak ciasta maślanego: mąka, drożdże, masło, jabłka, rzadziej ser – wymienia składniki. Ciasto z serem, to było coś! 
W Łodzi mieszkali przy Młynarskiej 2, w sumie kilkanaście żydowskich rodzin. Zaledwie w kilku mówiło się po polsku. Dozorca był Polakiem, znał jidysz i nie zapominał o 15 groszach, pobieranych za otwarcie bramy po 23. Jego żona za 4,5 złotego robiła pranie, każdej rodzinie. Kanalizacji nie było. Studnia i latryny sąsiadowały na podwórku; latem dyzenteria szalała wśród mieszkańców. Nie pamięta zabawek, prócz papierowych samolocików, które do dziś umie robić. 
W domu najważniejszy był dziadek Nachman. Nie było w Torze rozdziału, którego dziadek by nie przestudiował. Stracił wzrok, bo cadyk z Góry Kalwarii zabronił mu poddać się operacji; dziadek usłuchał i oślepł. Torę czytał mu więc ukochany wnuk Abram. Ten sam, który w getcie umył jego ciało i z jadalnego oleju zrobił świecę, by płonęła przy zmarłym.

Wiersz za kartofle
Na początku uznali życie w getcie za znośne: wojna i Niemcy jakby nie budzili tu przerażenia. Jedynym problemem była żywność. Wkrótce 150 gramów kaszy nabrało wartości złota. Tyle właśnie Abram dostał za swój wiersz, ostatni w języku polskim. „Dostałem się do getta z całą rodziną – mówi. – Przeżyłem, bo byłem poetą. 15-letni chłopak, który zyskał miano pisarza, to robiło wrażenie. Starałem się to wykorzystywać u »szyszek«. To byli dyrektorzy, co mieli coś do powiedzenia w getcie. Szczególnie zależało mi na tych, którzy rozdzielali żywność. Byłem gońcem, mogłem się poruszać i miałem kontakt z »prezesami«. Prezesem był każdy, kto dysponował jedzeniem czy węglem”.
„Panie prezesie, napisałem wiersz, chce pan posłuchać?” – mawiał i obie strony wiedziały, że poezja nie jest najważniejsza. Słyszał wtedy: „Wiem, chodzi o kartofle. Dostaniesz kilogram, ale teraz nie mam czasu. Przyjdź jutro, znajdę chwilę, żeby posłuchać”. A kilo kartofli to był majątek. Ci, którzy dostawali ośmiodniową rację chleba, zjadali ją w trzy dni. Potem zostawała tylko zupa. 
Po kilku miesiącach łódzkie getto okazało się dla okupantów źródłem dochodu. Wbrew planom, które przewidywały jego szybką likwidację, Niemcy postanowili je utrzymać. Pracowało za darmo 70 tys. ludzi, m.in. szyjąc mundury. Eichmann postanowił nawet przysłać tu Żydów z Czechosłowacji i Niemiec; getto potrzebowało siły roboczej. Abram: „Ci Żydzi czescy i niemieccy, to byli ludzie z innego świata. My byliśmy przyzwyczajeni do biedy, upokorzeń, antysemityzmu jeszcze sprzed wojny. A tu przybyli Żydzi, którzy wyglądali jak ludzie, mieli bagaże. Gdy dostali pierwszą zupę, nie mogli zjeść. Oni pierwsi wyjechali z getta”. Wywieziono ich do Chełmna, gdzie powstał obóz zagłady. Pierwszy transport wysłano w styczniu 1942, potem kolejne. 
Gdy rodzinę Cykiertów przywieźli do Oświęcimia, pomyślał, że Boga nie ma: „Postanowiłem popełnić samobójstwo. Ale powstrzymała mnie myśl o rodzinie, która po wojnie siądzie przy stole i spyta o Abrama. Nie wiedziałem, że prawie nikt nie ocaleje”. 
Poznał francuskiego Żyda, pisarza, co dawało przywileje. Gdy zobaczył wiersze Abrama, kazał mu przyjść. „Wiersze ci nie pomogą, ale dobrze piszesz. Mam propozycję: potrafisz pisać poezję na lewo?” – zapytał. „Tak się wyraził – opowiada Abram, – Gdyby to była pornografia, to już byłoby dobrze, ale to był śmietnik, im brudniejszy, tym lepiej”. Jednak była to szansa na życie. Napisał więc monolog i wygłosił go przed rozbawionym towarzystwem. Zdał egzamin: przyjęto „utwór” śmiechem. Potem były kolejne wieczory. Pamięta zastawione stoły: sardynki, pomarańcze, ser, masło, cukier, ciasto. Nawet wódka i whisky, zabrane ludziom z transportów. 
Dzięki kapo, którzy bywali na tych wieczorach, przeżył selekcje. A rodzina? Skończyło się w jeden dzień: ten, w który przybyli do Oświęcimia. Gdy wywożono ich z getta, nie wszyscy byli w domu: zabrano jego, młodszą siostrę (lat 12), tę starszą, która przeżyła, i matkę. Mama chorowała w getcie, on chciał za wszelką cenę utrzymać ją przy życiu. „I po co? – widać w jego oczach łzy. – Żeby zginęła w Oświęcimiu, zamiast mieć grób w Łodzi?”.
Wspomina: „Stoisz w szeregu. Gdy komisja jest daleko, granice twojego świata są szerokie. Zbliża się i świat się kurczy. Twój świat. Oni przechodzą, patrzą na ciebie – dłonie Cykierta zbliżają się do siebie, niemal dotykają. – Idą dalej, krzyczą na sąsiada, wyciągają z szeregu, a ty stoisz i z każdym ich krokiem twój świat znów się poszerza. Zyskujesz chwilę życia. Może niewielką, bo kapo może odwrócić się i wskazać na ciebie i twój świat się skończy. Potem do bloku i parę dni czekania na śmierć”.
W obozie najważniejsze było życie. W bogatym kraju, jakim jest Australia, proporcjonalnie więcej ludzi popełnia samobójstwa niż w obozie. Życie było jedyną rzeczą, którą mieli. Wspomina: „Kiedyś w krematorium znaleziono powieszonego rabina Icchaka. Pracował przy krematorium i wśród zagazowanych, których zwłoki miał spalić, zobaczył ciało siostry. Obciął jej włosy i zaniósł do pieca, a potem powiesił się nad nim. Ale takich przypadków nie było dużo”. 
Potem trafił do Buchenwaldu. Kiedy przyszli żołnierze amerykańscy, nie mogli zrozumieć tego, co zobaczyli. Po kilku dniach zamknęli bramy z obawy, by więźniowie nie mścili się na mieszkańcach pobliskiego Weimaru. Nie mogli zrozumieć, że stan tych ludzi nie pozwoliłby na to. Za to zmusili ludzi z Weimaru, by zobaczyli obóz.

Wiersz
Przyjeżdża do Polski od kilku lat. Śledzi historię swojej pierwszej ojczyzny. Po niej był Izrael, później Australia, gdzie przeżył pół wieku; został tam profesorem. Ale w testamencie napisał, by pochowano go w Jerozolimie. Na tamtejszym uniwersytecie ufundował rodzicom pamiątkowe tablice. Wierzy, że jego grób będą odwiedzać studenci z Etiopii, którym co roku finansuje studia w Izraelu. 
Zachował wycinek z dziennika „Rzeczpospolita”. Czyta: „Podczas Międzynarodowego Spotkania Poetów w Krakowie odczytano, napisany w dramatycznych okolicznościach, wiersz prof. Abrahama Cykierta”. To ten, który napisał w Oświęcimiu. Zatytułował go: „Przeżyj”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl