O wszystkim


Z sądów

ANDRZEJ DOBOSZ


W marcu 1965, już przebywająca w szpitalu, na dwa miesiące przed swoją śmiercią, oburzona Maria Dąbrowska odnotowała w dzienniku zaczerpniętą z prasy wiadomość o wykonaniu wyroku na oskarżonym w aferze mięsnej. Zabójstwo to było tym bardziej gorszące, że zanim jeszcze doszło do procesu, wysokość wyroku i to, że zostanie on wykonany, zapowiedział na spotkaniu z redaktorami naczelnymi pism debiutujący w roli kierownika Biura Prasy KC PZPR filolog-polonista Stefan Olszowski, dawny przewodniczący Zrzeszenia Studentów Polskich, dziś mieszkający w Nowym Jorku. Tak więc zasadniczo niekorzystna opinia o sądach i sędziach w PRL-u oparta jest nie tylko na orzeczeniach lat stalinizmu i gorszących wyrokach z czasów stanu wojennego, lecz rozciąga się na cały ten okres. 
Jednak moje skromne i błahe osobiste doświadczenie nie potwierdza tego, co wiem w ogólności.
Mając stawić się osobiście przed sądem, zacząłem od wizyty u fryzjera. Ostrzyżony na krótko, pojawiłem się w gmachu punktualnie, przez co wypadło mi przysłuchiwać się w całości dwu rozprawom poprzedzającym moją własną. Druga z nich dotyczyła wydarzenia z minionego lata, podczas gdy w sądzie byliśmy już w pełni zimy. Otóż u schyłku upalnej nocy dwaj rozbawieni obywatele nie mogąc znaleźć taksówki, zwrócili się z prośbą o odwiezienie do kierowcy miejskiej polewaczki. Ów upakował ich w swojej kabinie i ruszył ulicą jednokierunkową w stronę zakazaną, przy okazji polewając jezdnię już uprzednio polaną, a na widok milicjantów wręczył im banknot. Ów banknot dołączony był do akt sprawy. 
Kierowcy groziło zarówno odebranie prawa jazdy, jak i długi pobyt w więzieniu. Jego obrońca wydawał się spać, nie wykorzystując drobnych sprzeczności w zeznaniach, a właściwie opowieściach świadków – dwu milicjantów i obu pasażerów, z których każdy zapamiętał nieco inną wersję wydarzeń tamtej nocy. Gdy rzecz wydała się już przesądzona na niekorzyść oskarżonego, wstał wreszcie adwokat wypowiadając wszystkiego trzy zdania.
– Wysoki Sądzie! Mój klient rzeczywiście – jak tu słyszeliśmy – wykorzystując powierzony mu miejski sprzęt wiózł tych panów, jadąc w zakazanym kierunku, choć w porze, gdy żadnego ruchu od dawna tam nie było. Natomiast widząc zbliżających się milicjantów – świadomy wykroczenia – wyjął po prostu pieniądze, by uiścić mandat, na który zasłużył. Żaden zawodowy kierowca, Wysoki Sądzie, nie będzie próbował przekupić funkcjonariusza banknotem 50-złotowym. 
I mecenas usiadł.
Zdałem sobie wówczas sprawę, że istnieją dziedziny codziennego życia, o których nie mam zielonego pojęcia. Przyszło mi nawet na myśl, że zajmując się historią dziewiętnastowiecznej Warszawy – co było wtedy przedmiotem moich szczególnych zainteresowań – z moich lektur, choć były wśród nich „Tajemnice Nalewek” i „Ceny w Warszawie w latach 1816–1914”, też się wszystkiego nie dowiem. Z książki Włodzimierza Gilarowskiego o przedrewolucyjnej Moskwie wiedziałem, że w tamtym mieście, jak w całym cesarstwie, wyszynk alkoholu był dozwolony od 11 przed południem do północy. Ktoś odczuwający nagłą potrzebę poza tymi godzinami, jeśli nie miał zapasu w domu, musiał korzystać z instytucji zwanej „Szłanboj”. W każdej dzielnicy były takie okienka, w które wystarczyło zastukać podając 20 kopiejek, by wysunęła się z nich ręka podająca odkorkowaną ćwiartkę. 
Będąc w obcej dzielnicy można było spytać o adres każdego stójkowego. Zwyczajowa cena tej usługi wynosiła 5 kopiejek bądź raz dać pociągnąć z flaszki.
Stanisław Siegel, autor 37. tomu badań z „Dziejów gospodarczych i społecznych”, opierając się na ogromnej ilości akt podaje ceny mąki, cukru, herbaty i wielu innych produktów z dokładnością co do miesiąca oraz dzienne najniższe, najwyższe i przeciętne zarobki licznych zawodów od brukarza, robotnika z furmanką do tracza, pomija jednak kompletnie ceny powszechnie przecież spełnianych świadczeń pokątnych.
Z kolei doszło do mojej sprawy. Byłem wówczas od kilku lat bez posady. Nie uważałem zresztą mojej sytuacji za przykrą. Dysponowałem swobodnie czasem, korzystałem z gratisów Państwowego Instytutu Wydawniczego, Czytelnika i PWN-u, a co więcej już w wieku lat 29 stałem się posiadaczem samodzielnego lokatorskiego mieszkania w spółdzielni. Właśnie trudności z terminowym płaceniem czynszu były przyczyną mojej obecności w sądzie. Stałem w obuwiu niegdyś nowym – zrzut z eksportu, wyczyszczonym jednak lepiej niż trzewiki funkcjonariuszy. Również moje znoszone wyjściowe ubranie i stara, lecz czysta koszula były staranniej odprasowane niż nowe sorty mundurowe przedstawicieli ładu. Miałem w ręku kopię mego pisma do Spółdzielni zawierającego prośbę o rozłożenie na raty należności i dowód nadania przed miesiącami listu poleconego, na który nie otrzymałem odpowiedzi. 
Wysłuchawszy mnie sędzia uprzejmie poprosił, bym zaczekał na korytarzu. Po jakimś czasie ogłoszono wszystkie sentencje z tego dnia. Kierowca polewaczki zachował prawo jazdy i wolność osobistą, odrzucono bowiem zarzut próby korupcji, obłożono go jedynie wysoką grzywną. Mnie nakazano bezwzględne spłacenie długu, lecz w ratach mniejszych niż sam proponowałem. Na Spółdzielnię, która nie odpowiedziała mi w ustawowym terminie, spadło opłacenie kosztów rozprawy.













 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl