Tomasz Ciecierski w krakowskiej galerii Zderzak


Malowanie o malarstwie

Bogusław Deptuła



Obrazy jak malarskie traktaty – ale prawie bez słów – to temat dwóch ostatnich, nieodległych w czasie wystaw znakomitego malarza Tomasza Ciecierskiego. O warszawskiej, która odbyła się w listopadzie, nie zdążyłem napisać, choć w pełni na to zasługiwała. Na szczęście krakowska prezentacja jest tamtej kontynuacją i rozwinięciem.


Te obrazy to rozważania o sobie samych, czyli o istocie dziwnego i kompletnie niejednoznacznego przedmiotu, jakim jest obraz – dzieło artysty malarza: zwyczajowo malowane farbami, z pomocą pędzli, na płótnie lub innym podłożu. Ciecierski już od wielu lat dywaguje o wyjątkowości pojedynczego obrazu, a może o braku tej wyjątkowości. Odbiera swoim płótnom odrębność, zbijając je ze sobą tak, że ostatnie zasłaniają poprzednie lub zgoła psolewa je płynną farbą w geście ostatecznie dla nich niszczącym. 
Czy pojedynczy egzemplarz obrazu Ciecierskiego jest za mało perswazyjny i dlatego wymaga wzmocnienia konfiguracjami wynikającymi z nakładania kolejnych warstw? I czy w istocie nałożenia te coś poprawiają?
Obecnie stopień komplikacji zwiększył się jeszcze bardziej. Pomiędzy obrazy namalowane weszły ich fotografie, czy – bardziej precyzyjnie – reprodukcje obrazów Ciecierskiego oraz zdjęcia pejzażowe. Mieszają się media, przybywa wątpliwości i znaków zapytania. I o to, jak się wydaje, chodziło malarzowi. 
W Warszawie na Foksal artysta pokazywał wielkie kompozycje z wykorzystaniem folderów znanych firm produkujących farby i inne akcesoria artystyczne. Do nich doklejone były miniaturowe obrazki Ciecierskiego – różnych kształtów, ale na ogół nie większe od pudełka zapałek. Na obu wystawach pokazywane są też zdjęcia robione przez samego artystę, pokazujące zlew w jego pracowni z wodą w różnych kolorach, która pozostała po płukaniu pędzli. Widać kurki od wody, czasem jakieś mydło czy kubek, a co ważniejsze: zmieniające się światło, może nawet i cień artysty, ale pewności brak. 
W katalogu warszawskim zamieszczono bardzo wnikliwy esej Marka Goździewskiego o malowanych malarskich traktatach Ciecierskiego. Rzecz w tym, że Goździewski pisał o bardzo wczesnych, wręcz najwcześniejszych jego obrazach, których nigdy nie pokazywano. Autor katalogu był w pracowni i tam się wszystkiego naoglądał, a potem pięknie o tym napisał. Marta Tarabuła dała nam możność zobaczenia choć części tego, o czym pisał Goździewski. 
Najważniejsze, że można zobaczyć obraz zatytułowany „Paleta malarska”, gdzie: „oprócz rysunków słoiczków, miseczek, tubek farb, czy płótna pojawiły się rysunki np. wałka litograficznego, młotka, gwoździków, moździerza do ucierania gruntu, naczyń z terpentyną i olejem (...). Wreszcie w »Palecie malarskiej« pojawiły się – w postaci barwnych plam lub smug – próbki kolorów. Pod każdą z nich znajdował się napis, który, jak w podręczniku lub katalogu, informował, co to za kolor np. pod zieloną plamą figurował napis »żabi«”. Obraz-elementarz, obraz-brewiarz czy może właśnie rodzaj malarskiego traktatu. To dotąd nie pokazywane przez Ciecierskiego płótno jest jego ówczesnym malarskim credo, choć wyznanym niekoniecznie całkiem poważnie. 
Wystawie w Zderzaku towarzyszy niewielka książeczka pomyślana jako katalog. Prawdziwym katalogiem nie jest, ale zarazem jest czymś znacznie więcej, bo piękną bibliofilską edycją. Składają się na nią reprodukcje rysunków i kolaży powstałych na przełomie lat 1973-74, a potem przez wiele lat zapomnianych w pracowni artysty. Ponownie ujrzały one światło dzienne dopiero teraz, odnalezione podczas przeprowadzki do nowej pracowni. Minęła już niemal cała epoka od ich powstania. Szkoda wielka, że nie zaistniały wtedy, gdy powstały. Mam wrażenie, że dla wielu mogły wtedy być rewelacją. Tak się niestety nie stało. Pozostają znakomitym dokumentem, wspomnieniem, przywołaniem, odkryciem fałdy czasu, ale niestety nie mają mocy świeżości, którą miałyby, gdyby pokazano je ćwierć wieku temu. 
„W roku 1971 z Nowego Jorku przywiozłem kredki, fiksatywę, zdjęcia robione Polaroidem oraz książeczkę Claesa Oldenburga. Książeczka zainspirowała mnie do rysowania w blokach, kartka po kartce. (...) Zdecydowałem powyrywać kartki z bloków i nieznacznie, zmieniając ich kolejność, ułożyć je ponownie, za namową Marty, w książeczkę. W tym czasie interesował mnie warsztat malarza sztalugowego oraz akademickie schematy ustawiania martwych natur i modelek na tle draperii”. Są tu malarskie narzędzia: pędzle, farby, palety, sztalugi, blejtramy, ale także zapachy farb, zapachy kolorów, śniadanie i coś zupełnie niespodziewanego: morze, „sunrise”, MDM 74 – czyli wnętrze pracowni. 
Kratkowany i gładki papier bloków zżółkł doszczętnie, kolory kredek znacznie mniej. Żurnalowe wycinanki z „Schöner Wohnen” (niezmiernie pożądanego pisma w dobie PRL-u) jasno pokazują, z realiami jakiego czasu mamy tu do czynienia. Te zachodnie przedmioty, tak kiedyś wymarzone, jawią się jak eksponaty muzeum przeszłości, ale tej, do której nie ma potrzeby wracać, bo nie była naszą. Te znakomite w swojej swobodzie kolaże mają niezwykłą urodę i kruchość, wzmacnianą przez żółć kratkowanego papieru. 
Obrazy, zdjęcia, rysunki, kolaże pochodzą z różnych lat, ale wszystkie mają wspólny temat: to malarstwo, malowanie, obraz, technika, naśladowanie. Jak widać, zaprzątało to twórczość Tomasza Ciecierskiego od samego początku, aż po ostatnie – najbardziej może wątpiące w możliwości malarstwa – obrazy. Wątpić malując, malować wątpiąc, to postawa niezbyt wygodna, ale wciąż inspirująca.

Tomasz Ciecierski „Obrazy i brudnopisy 1971– 2002”; 12 grudnia 2002 – 11 lutego 2003; Galeria Zderzak, Kraków. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl