Blizna


Ks. Adam Boniecki


Nam, którzy pamiętamy krakowski proces, książka Wojciecha Czuchnowskiego pomaga lepiej zdać sobie sprawę
z koszmaru tamtego czasu. Wtedy zacierało go normalne życie – dla mnie codzienność maturalnej klasy, emocje wyboru dalszej drogi itd. Historia tego jednego wydarzenia, wypreparowanego
z innych i podanego na dwustu trzynastu stronicach druku, daje poczucie ogromnej ulgi – to już tylko przeszłość – i zarazem budzi zdziwienie: to myśmy przez to wszystko przeszli?


Już wtedy, w pięćdziesiątym trzecim, kiedy siedząc przy małym odbiorniku radiowym marki Tesla ze zgrozą słuchaliśmy relacji z procesu krakowskiej Kurii, wiedzieliśmy, że to część większej całości, czubek lodowej góry. Ofensywa antykościelna narastała od drugiej połowy 1947 r. Jeszcze wiosną 1945 r. do instancji PPR na terenach wyzwalanych skierowano okólnik polecający: „Religii nie zaczepiać. Współpracować z księdzem, o ile to możliwe”. Po styczniowych (sfałszowanych) wyborach 1947 r. władza poczuła się pewniej i zaczęła nadawać rozmachu działaniom, które prowadziły do likwidacji Kościoła, a może do przekształcenia go w całkowicie uległy aparat propagandy. Krakowski proces odbywał się w styczniu 1953 r., wkrótce miał się zacząć, też pokazowy i nie mniej przerażający, proces biskupa Czesława Kaczmarka, którego – a było to powszechnie wiadome – „preparowano” w więzieniu już od ponad roku. We wrześniu tegoż roku uwięziono Prymasa Wyszyńskiego. Z taką możliwością liczył się on sam; liczyli się wszyscy, mając w pamięci aresztowanie kardynała Mindszenty’ego.
Metody zwalczania „wrogiej działalności reakcyjnego kleru” były coraz bardziej oczywiste. Dziś ukazują ją jasno takie dokumenty jak choćby wydana przez MBP jesienią 1952 r. instrukcja, zamieszczona w wydanym przez IPN (w 2000 r.) tomie „Aparat bezpieczeństwa w Polsce w latach 1950-1952”. Czytamy tam: „Brak [w aparacie bezpieczeństwa] należytego zrozumienia, że jedynie aresztowanie i zasądzanie księdza oraz publiczne jego zdemaskowanie za antypaństwową i przestępczą działalność może zostać właściwie zrozumiane wśród ludności. Jeżeli natomiast księża są aresztowani, a następnie zwalniani bez wyroków, sprawy ich są umarzane, wytwarza to nastroje, że władze jedynie nękają »niewinnych« księży. Poszczególne województwa posiadają obecnie wiele zaległości w przeprowadzaniu procesów sądowych aresztowanych księży”.
To nie były puste słowa. „Zaległości” zaczęto pracowicie nadrabiać. Podane przez ks. Zygmunta Wichrowskiego na konferencji zorganizowanej w 2000 r. przez Stowarzyszenie Absolwentów Uniwersytetu Szczecińskiego zestawienie strat poniesionych przez Kościół katolicki w Polsce dobrze obrazuje ówczesną sytuację. W 1953 r. na 23 biskupów siedmiu przebywało w więzieniach, dwóch było odsuniętych od wykonywania urzędu. Na 6377 księży: 37 zabito, 260 zmarło lub zginęło, 350 zesłano, 700 przebywało w więzieniach, 900 wygnano. W latach 1945-1953 własność i inne dobra kościelne zostały skonfiskowane w 80 proc.
Jest to zresztą okres niezwykłego nasilenia represji w ogóle. Chłopi idą do więzień za nie wywiązanie się z obowiązkowych dostaw (w 1951 r. aresztowano z tego powodu 900 rolników, a w samym tylko listopadzie na pokazowych procesach skazano 121 osób). Szło się do więzienia za „wrogą propagandę”, także „szeptaną”, czyli przekazywanie sobie plotek lub opowiadanie dowcipów, za zbiorowe słuchanie zagranicznego radia, za rzeczywistą czy rzekomą współpracę z obcymi wywiadami. W latach 1945-1956 za szpiegostwo skazano 1717 osób, z tego w latach 1950-1952 – 205 (dane z cytowanego wyżej tomu IPN).
Uderzenie w Kościół starannie przygotowano m.in. przez gigantyczną inwigilację biskupów i księży, werbowanie agentów wśród kleru, tworzenie ruchu „księży patriotów”. Musiało to być przeprowadzone dyskretnie, by nie wzbudzić masowych protestów, czego – widać to wyraźnie w ujawnianych dziś dokumentach – komuniści bali się najbardziej i za wszelką cenę starali się uniknąć. Trzeba więc było podkopać autorytet Kościoła, ogromny po latach okupacji. Postacią zaś o najwyższym prestiżu był kardynał Adam Stefan Sapieha.
Władze nie miały odwagi zaatakować Księcia Metropolity za życia, dlatego postanowiły zniszczyć go po śmierci (zmarł w lipcu 1951). Atak na krakowską Kurię i cały proces, były wymierzony przede wszystkim w niego. Oskarżyciel, naczelny prokurator wojskowy i zastępca prokuratora generalnego PRL płk Stanisław Zarakowski skoncentrował się na oczernianiu kardynała. To przede wszystkim jemu zarzucał działalność szpiegowską, ukrywanie w podziemiach Kurii bogactw byłych arystokratów (faktycznie były to przechowywane tam od czasów okupacji rzeczy rodziny metropolity), magazynowanie broni (m.in. szabel i zabytkowych muszkietów). Wszystko, co mogło w świadomości Polaków podważyć autorytet Sapiehy, było dozwolone, aż po absurdalną sugestię o współpracy z hitlerowcami. Wystarczy spojrzeć na zamieszczone w książce Czuchnowskiego reprodukcje z ówczesnej prasy, poczytać z niej wypisy. Te obrazy, teksty waliły się na człowieka ze wszystkich stron. Niedwuznacznie też dawano do zrozumienia, że to dopiero początek, że inne Kurie wcale nie są lepsze, że w kościołach znajdują się składy broni i amunicji, a klasztory są oparciem dla „reakcyjnych band”. Wszystko to było orwellowskie i złowróżbne.
A społeczeństwo? Czy wierzyło? Makabryczny spektakl w hali krakowskich zakładów Szadkowskiego miał jednak, mimo wszystko, jakąś dozę prawdopodobieństwa. Czy drewniane głosy oskarżonych, recytujących odpowiedzi jak wyuczoną lekcję, u wszystkich budziły wątpliwości? Ilu ludzi np. zadało sobie pytanie, czy rzeczywiście przekazywane do Watykanu relacje biskupa o stanie diecezji mogą być uznane za materiał szpiegowski?
Miary zagubienia dopełniło oświadczenie Episkopatu, wprawdzie formułowane tak, by nie przekroczyć granic kompromisu, ale odebrane jako jednoznacznie odcinające się od sądzonych, i deklaracje innych szanowanych postaci i środowisk. A może zresztą u korzeni tego wszystkiego tkwił strach? Nikt nie wiedział, jakie będą dalsze kroki wobec Kościoła i wobec każdego, kto okaże już nie sprzeciw, ale choćby tylko niezadowolenie.
Proces Kurii krakowskiej – ta jedna z wielu, konkretna historia – pozwala uświadomić sobie, gdzie byliśmy, lepiej niż wielkie teorie mówi o tym, kim jest człowiek i jak bardzo można go poniżyć. Pytanie jednak, kto z aktorów tamtego wydarzenia został wtedy bardziej poniżony? Ci, którzy udręczeni fizycznymi i psychicznymi torturami się załamywali, czy ci, którzy ze strachu milczeli, kiedy w ich imieniu uchwalano potępiające deklaracje?
Wojciech Czuchnowski w swej książce nie ograniczył się do opisu samego procesu. Szedł po śladach jego tragicznych bohaterów, bohaterów z obu stron bariery, a nawet niekiedy i tych z tła, żeby znaleźć odpowiedź nie tylko na pytanie „co to było”, ale „jak to było” i... „kim byli?”.
„Ich świadectwo nie powinno być zapomniane” – powiedział Jan Paweł II o męczennikach XX wieku i Czuchnowski te słowa wpisał jako motto książki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl