Cztery z wielu powodów, dla których prezydent powinien zawetować ustawę o biopaliwach


Rzepaku brak

Michał Zieliński



Rząd ma pomysły, a parlament posłusznie uchwala, jeden za drugim, legislacyjne potworki. Po literze A – jak abolicja, przyszła pora na literę B – jak biopaliwa. I w tym przypadku władza ustawodawcza postanowiła uszczęśliwić wybranych kosztem większości. I znowu całą nadzieję na położenie tamy nonsensowi pokładać musimy w Prezydencie RP lub w Trybunale Konstytucyjnym 


Powód pierwszy: 
straty budżetu i kierowców

Koszt wytworzenia biopaliw (czyli odwodnionego spirytusu dodawanego do benzyn i produkowanych z rzepaku estrów dolewanych do oleju napędowego) jest około czterokrotnie wyższy niż paliw bez domieszek. Oznacza to, że domieszka biokomponentów tylko ze względu na droższy surowiec podnosi cenę paliw o około 20 groszy na litrze. Do tego dochodzą koszty inwestycji, które muszą przeprowadzić producenci, by paliwo z taką domieszką w ogóle móc wyprodukować. Największy krajowy dostawca, PKN Orlen, szacuje je na 110–120 mln zł, z czego już dziś wydane musi być około 40 mln zł. Koncern nie tai, że koszty te zamierza przerzucić na nabywców: ceny paliw wzrosną z tego powodu o ok. 3 grosze na litrze.
Jeżeli dołożymy wzrostową tendencję cen ropy na rynkach światowych i winiety Marka Pola, to łatwo zauważyć, że grozi nam kolosalny wzrost kosztów transportu.
Alternatywą dla wzrostu cen paliw jest obniżka akcyzy. Dla utrzymania poziomu cen potrzeba jednak takiego jej zmniejszenia, które redukowałoby dochody budżetu o około 3 mld zł. Jest oczywiste, że na takie zmniejszenie przychodów w sytuacji 40-miliardowego deficytu i gwałtownie rosnących od przyszłego roku wydatków, budżet nie może sobie pozwolić. Jeśli zatem kosztów eksperymentu biopaliwowego nie poniosą bezpośrednio kierowcy, to poniesiemy je wszyscy poprzez jakąś (jawną lub ukrytą) podwyżkę podatków.

Powód drugi: bałagan 
i przekręty dystrybucyjne

Uchwalona ustawa, co kuriozalne, określa jedynie dopuszczalną wielkość biokomponentów w ogólnej masie paliwa. Oznacza to, że w pojedynczym litrze czy dystrybutorze może znajdować się paliwo zawierające więcej niż 5 proc. (teoretycznie nawet 100 proc.) alkoholu lub estrów. W połączeniu z brakiem podstaw prawnych (ustawy o kontroli jakości), służb i mechanizmów kontroli otwiera to szeroką przestrzeń dla oszustw. Jest zatem poważne ryzyko, że na każdej stacji wlewać będziemy inne paliwo. Dla nieuświadomionych cudzoziemców najlepiej byłoby na granicy umieścić tablice ostrzegawcze z napisem „Odtąd tankujesz na własne ryzyko”.

Powód trzeci:
nieznane skutki dla silników i niewiadoma reakcja producentów

Badania naukowe wskazują na znikomą (ale jednak) szkodliwość stosowania domieszek alkoholowych i estrowych. Rzecz jednak w tym, że badania prowadzone są w warunkach laboratoryjnych, przy zastosowaniu zestandaryzowanego paliwa i wzorowej eksploatacji silnika. Lecz co najważniejsze: prowadzone są od niedawna i nie dają odpowiedzi na pytanie, co stanie się z silnikiem po sześciu czy dziesięciu latach eksploatacji (oraz przy parkowaniu „pod chmurką”, jeździe po polskich wybojach i na paliwie, do którego ktoś po drodze dodał jeszcze trochę wody i oleju opałowego).
Nie wiadomo także, jak na ten światowy eksperyment zareagują producenci samochodów. Niewykluczone, że likwidacją lub ograniczeniem gwarancji. Jeżeli taką decyzję podejmą solidarnie, nie stracą na zmniejszeniu sprzedaży, a sporo zarobią na obniżce kosztów napraw.

Powód czwarty: 
nie wiadomo, kto zarobi

Teoretycznie biokomponenty wprowadzane są po to, aby ożywić produkcję rolną i zwiększyć dochody rolników. Chwila refleksji każe jednak zwątpić w to, że to chłopi będą głównymi beneficjentami owej ustawy. Po pierwsze, koszt surowca rolnego (ziemniaki i zboże oraz rzepak) stanowi tylko ok. 10 proc. kosztów produktu finalnego (spirytus odwodniony i estry). Po drugie, tylko jeszcze przez trzy lata stosować możemy cła ochronne na import spirytusu. Od roku 2006 grozi nam zatem, że znacznie taniej będzie spirytus importować niż wytwarzać go w naszych gorzelniach. 
Na koniec ciekawostka. Ustawa wejść ma w życie 1 lipca. Zatem już w maju, czerwcu ruszyć musi pełną parą produkcja estrów. Rzecz w tym, że krajowe zapasy rzepaku wynoszą zero koma zero. Żniwa rzepakowe odbędą się w końcu sierpnia, czyli do przetwórni rzepak krajowy trafi z końcem września. Skąd zatem brać będziemy rzepak do produkcji estrów (jakieś pół miliona ton) przez prawie pół roku? Ani chybi trzeba będzie go importować, bo przecież postanowienia ustawy muszą być wykonane! Jak się jednak zabezpieczyć, aby importerzy nie sprowadzili większej ilości rzepaku zagranicznego znacznie tańszego od krajowego? 
Ani chybi, trzeba będzie wprowadzić kontyngenty! Kto jednak je dostanie?
Ani chybi, każdy czytelnik już wie, o co chodzi w ustawie o biopaliwach. A jeśli ktoś jeszcze nie wie, to zapraszam na kawę. Na ucho powiem mu to samo, ale w „krótkich dziennikarskich słowach”. Nie będę przy tym unikał słów powszechnie uznanych za (wobec autorów ustawy) obraźliwe. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 3 (2793), 19 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl