Po Kopenhadze, przed referendum


Polska mogła zostać na boku

Z komisarzem Unii Europejskiej do spraw rozszerzenia, Günterem Verheugenem, rozmawiał Marek Orzechowski



MAREK ORZECHOWSKI: – Przez lata rokowań upierał się Pan, że finał w Kopenhadze przyniesie Polsce dobry wynik, a Polacy będą z niego zadowoleni. Czy tak rzeczywiście się stało i lepiej już być nie mogło?
GÜNTER VERHEUGEN: – Szczyt w Kopenhadze zakończył się dobrym wynikiem dla każdego uczestnika rozszerzenia. Nie dzielę krajów na bardziej lub mniej wygrane. Kandydatów potraktowano zgodnie z ich indywidualną sytuacją i specyficznymi potrzebami. Spoglądając na to, co było przed Kopenhagą, dla Polski końcowy wynik jest lepszy niż się spodziewałem. Wyróżnia go odmienne potraktowanie rolnictwa, ale sytuacja polityczna w Polsce jest taka, że inaczej nie można było zrobić.
Bez pieniędzy trudno byłoby praktykować europejską solidarność, ale czy targowanie się o każdy grosz nie zepchnęło na dalszy plan znaczenia projektu, który pokonuje zimnowojenny podział Europy?
– Nie. Podczas takich spotkań jak w Kopenhadze podejmuje się wielkie historyczne decyzje, ale droga do nich zawsze prowadzi przez nie załatwione jeszcze sprawy, z reguły mało przyjemne. Chodzi bowiem o pieniądze, kwoty mleczne, płatności bezpośrednie. W Kopenhadze najpierw załatwiono te „niehistoryczne” sprawy, później zajęto się wielkimi decyzjami. O tych pierwszych niebawem nikt nie będzie pamiętał. Kto przywołuje spory i okoliczności wprowadzenia unii monetarnej? Kto rozpamiętuje kulisy szczytu w Amsterdamie i warunki, w jakich rodził się Traktat Amsterdamski? Za kilka tygodni szczyt UE w Kopenhadze nie będzie kojarzony z kłótnią o pieniądze tylko z decyzjami, który zagoiły rany zadane wiele lat temu.
Podczas rokowań nie brakowało okazji, by o stylu polskich negocjacji, nadwerężających cierpliwość urzędników, wygłaszać niepochlebne opinie. Mimo irytacji strony unijnej, premier Leszek Miller prowadził rokowania raczej twardo. Zaskoczyła Pana taka postawa?
– Właśnie z powodu „polskiego oporu” kilka spraw znalazło rozwiązanie dopiero w Kopenhadze. Poza Polską wszystkie kraje kandydujące wyraziły przed szczytem gotowość zamknięcia rokowań, ale z waszej strony spodziewaliśmy się twardych negocjacji. Znam sytuację polityczną w Polsce i wiem, że dla premiera Millera ważne było zademonstrowanie w Kopenhadze, iż jego ojczyzna nie pozwoli sobie dyktować warunków, jest na tyle dumna i silna, by rozmawiać o warunkach członkostwa do końca. Długo o tym rozmawiałem z szefami rządów i państw unijnej piętnastki podczas kolacji w czwartek wieczorem przed rozpoczęciem szczytu. Objaśniałem im sytuację w Polsce i dowodziłem, że właśnie ten kraj jest kluczem do sukcesu procesu rozszerzenia. Udało mi się ich przekonać, więc nie żałuję tej niełatwej rozmowy. 
Przebieg i skutek negocjacji wytrącają argumenty z rąk przeciwników zjednoczenia w Polsce, którzy twierdzą, że ich kraj wchodzi do Unii na nierównych prawach i nie jest traktowany jak partner. Jest na odwrót: Polska wchodzi do Unii jako kraj silny, równoprawny, traktowany przez unijnych partnerów z powagą. 
Czy szczyt w Kopenhadze, przynajmniej jeśli chodzi o Polskę, mógł zakończyć się niepowodzeniem?
– W pewnym momencie obrad, gdy rozmowy dotyczyły rolnictwa, premier Miller stanął przed wyborem: zachowuje rząd, ale nie wchodzi do Unii albo podejmuje decyzję o wejściu do Unii, ale traci koalicję. Z naciskiem na odpowiedzialność, która się za tą alternatywą kryła, rozmawiałem z duńskim przewodniczącym Unii – premierem Rasmussenem, relacjonowałem mu sytuację i przekonywałem, że musimy poważnie potraktować objaśnienia, jakich udzielił nam polski premier odnośnie sytuacji jego rządu i pozycji partnera koalicyjnego – PSL. Nie leży przecież w interesie UE destabilizacja polityczna w Polsce. Moje obawy brały się stąd, że nie wiedziałem, jaką decyzję podejmie premier Polski. Po stronie Unii nie było ryzyka fiaska: chcieliśmy w ciągu dwóch dni zamknąć rokowania z kandydatami. Zamknąć je z Polską, a nie bez niej.
Polska ma misję wewnątrz Unii, swoją historię i zaplecze intelektualne, a swoje interesy będzie reprezentować twardo. Większość krajów piętnastki ma świadomość, że Polska nie będzie łatwym członkiem wspólnoty. Nie jesteśmy jednak strachliwi. Jestem przekonany, że polscy politycy potrafią znaleźć równowagę między interesami kraju a dobrem wspólnoty, a duch europejski ma się w Polsce lepiej niż w niejednym kraju członkowskim.
– Nacisk wzmacniała data – 13 grudnia. Czy odczuwał Pan jej znaczenie?
– W Kopenhadze trzeba było przypomnieć stronie unijnej, że 13 grudnia 1981 r. to dla Polaków data tragiczna. Duńczycy nie wyznaczali przecież szczytu w Kopenhadze z chęci przypomnienia, że dokładnie 21 lat temu wprowadzono w Polsce stan wojenny. Choć było to niezamierzone, podniosło symbolikę spotkania i wzmocniło polityczny nacisk. Wszyscy otrzymali w ten sposób potwierdzenie, jak bardzo Polska przysłużyła się Europie i że dokonuje się zjednoczenie. 
Wprowadzenie stanu wojennego było reakcją na to, że już wówczas Polacy nie chcieli należeć do bloku sowieckiego, tylko żyć w wolności i demokracji. Mimo wydarzeń z 13 grudnia nie udało się zniszczyć tych dążeń. Stan wojenny jest elementem ciągu historycznych zdarzeń, jak zdławienie powstania na Węgrzech, rozjechanie czołgami Praskiej Wiosny, wybuch robotniczy na polskim Wybrzeżu w 1970 r. Po jego wprowadzeniu pojawiły się w Niemczech głosy, że nie można gen. Wojciecha Jaruzelskiego potępiać, bo działał z pobudek patriotycznych i chciał zapobiec interwencji sowieckiej. Jak wtedy, tak teraz nie akceptuję takiej interpretacji jako usprawiedliwienia stanu wojennego. Dla tych, którzy go wprowadzili, jest to hańbą. 
Szczyt w Kopenhadze 13 grudnia 2002 r. dla wolnościowych dążeń Polaków czy Węgrów jest dziejowym wydarzeniem. Spełniło się to, o co wielu po waszej stronie żelaznej kurtyny walczyło i zabiegało. 
Był Pan najbliżej tych wydarzeń, bo przy negocjacyjnym stole. Jest Pan ponadto autorem zrealizowanej z sukcesem strategii rozszerzenia. Bez Pana pomocy w Kopenhadze byłoby trudniej.
– W porównaniu z tym, co zostało osiągnięte przed Kopenhagą, na szczycie było już niewiele do roboty. To duże szczęście pracować przy projekcie, który będzie miał znaczenie dla milionów ludzi i, wierzę, zmieni ich życie na korzyść. Długo traktowano chłodno i z dystansem moją propozycję dużego rozszerzenia, z udziałem dziesięciu państw. Nie podzielano też mojej optymistycznej oceny zdolności Polski do zakończenia na czas rokowań i waszych umiejętności adaptacji unijnych przepisów. Spór o Polskę toczył się przez prawie cały okres negocjacji i był pytaniem o to, jakiego chcemy rozszerzenia: z małą liczbą przystępujących państwa czy dużą. Ci, którzy w was nie wierzyli, chcieli de facto rozszerzenia jedynie o małe kraje, przy pozostawieniu Polski na boku. To było realne niebezpieczeństwo. Fakt, że udało się je zażegnać jest najważniejszym w procesie rozszerzenia UE.
W czasie prac negocjacyjnych cieszyłem się poparciem przewodniczącego Komisji Europejskiej Romano Prodiego i Parlamentu Europejskiego. Wspierała mnie Rada Europejska oraz rządy wielu krajów unijnych. W sprawach rolnictwa, statusu Kaliningradu czy elektrowni w Temelinie, wiedziałem, że mam wpływ na sytuację. Tym, co mogło wywrócić ustalenia do góry nogami, było referendum w Irlandii w październiku 2002 r. Jedyne, co mogłem zrobić w tym trudnym momencie, to wstrzymać się z udzielaniem porad. Ludzie wiązali z rozszerzeniem wielkie nadzieje, tymczasem wiele zależało od wyniku referendum, w którym mogły odgrywać rolę inne kwestie niż włączenie do UE nowych państw.
Polscy eurosceptycy wytykają organizatorom szczytu w Kopenhadze, że był wielką inscenizacją medialną, na użytek szerokiej publiczności. Czy słusznie?
– Takie głosy, szczególnie w Polsce, dziwią, bo to właśnie Polacy powinni znać najlepiej sytuację w swoim kraju. I wiedzieć, w jakiej sytuacji znajdował się wówczas rząd. Stwierdzam: rozwiązania, które znaleźliśmy w Kopenhadze, nie były wcześniej omawiane. 
Kolejnym wyzwaniem będzie poszukiwanie akceptacji rozszerzenia wśród unijnych wyborców. Sprawa nie jest chyba przesądzona ani w UE, ani w krajach kandydackich?
– Jestem optymistą. Reakcje na Kopenhagę są bardziej pozytywne niż zakładałem. Mamy więc dobrą pozycję wyjściową. W Niemczech już słyszę o szerokim poparciu, nawet CDU nie zakwestionowała finansowych aspektów rozszerzenia. W Polsce, jak się zdaje, siły antyeuropejskie utraciły dotychczasowe argumenty. Większość Polaków powitała z zadowoleniem fakt, że polska delegacja powróciła z Kopenhagi zwycięska. W Unii nie będzie kłopotów z ratyfikacją, zaś u kandydatów niewiadomą pozostają wyniki referendów, które raczej nie stronią od niespodzianek. 
– Jest sposób na wykluczenie niespodzianek?
– Rząd polski go zna: praktyczne przygotowanie się na wszelkich możliwych szczeblach do skutecznego skorzystania z tego, co oferuje UE. Nie ukrywam tu obaw. Musicie wykonać ogromną pracę nie tylko w administracji, ale i nad zmianą ludzkiej mentalności. Nie może wam zabraknąć odwagi, odpowiedzialności, wyobraźni, ale też sprawności urzędniczej. Gdy rozpocznie się w Polsce realizacja wielkich projektów, szybko przekonacie się, że Unia niczego wam nie zabiera i nie żąda nadzwyczajnych wyrzeczeń. Za to stwarza szansę na lepsze życie. 
– W Brukseli ma Pan opinię polityka, lubiącego wschód Europy. 
– Mój stosunek do Polski nie jest typowy dla mojej generacji niemieckich polityków, którzy w odniesieniu do Polski kierują się wskazówką moralno-historycznej odpowiedzialności. Gdy udało mi się wyłączyć to typowe dla Niemców „zaplecze”, poznałem Polskę z innej strony. Z uczucia i nakazu rozumu wyrosła we mnie sympatia dla tego kraju oraz uczucie przynależenia do tej samej wspólnoty. Po szczycie w Kopenhadze otrzymałem wiele podziękowań i oznak sympatii od zwykłych Polaków. Wierzę, że Polska odegra w UE rolę godną jej tradycji i historii.
Szczęśliwym pomysłem wykazał się Romano Prodi, który postanowił wyodrębnić sprawy rozszerzenia i zadecydował o utworzeniu oddzielnej dyrekcji generalnej. Pozwoliło to skupić w jednym ręku wszystkie najważniejsze dla procesu sprawy. Każdy, kto siedziałby na moim fotelu prędzej czy później doszedłby do przekonania, że z Polską trzeba inaczej rozmawiać, wbrew wcześniejszym przyzwyczajeniom i wyobrażeniom.


GÜNTER VERHEUGEN ukończył historię, socjologię i politologię na uniwersytetach w Kolonii i Bonn. W 1977 r. wstąpił do liberalnej FDP, rok później został jej sekretarzem generalnym. W 1980 r. przeszedł do socjaldemokratów i z ramienia SPD został w 1983 r. deputowanym do Bundestagu. Był wiceministrem spraw zagranicznych Niemiec, gdy przewodniczący Komisji Europejskiej Romano Prodi zaproponował mu objęcie funkcji komisarza do spraw rozszerzenia UE. 

MAREK ORZECHOWSKI jest korespondentem TVP w Brukseli.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 3 (2793), 19 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl