Wraca idea utworzenia partii centrum:ostatnio zgłosił ją m.in. prezydent Kwaśniewski 


Zanikający środek

Ernest Skalski



Gdybyśmy naprawdę potrzebowali silnej partii centrowej, to pewnie po tylu deklaracjach i próbach już by ona istniała. Tymczasem centrum zanika.  


Już prawie zapomniano silne i wpływowe Porozumienie Centrum braci Kaczyńskich, które się okazało efemerydą. Na granicy niebytu politycznego znajduje się centrowa Unia Wolności. Jakoś nie wychodzi na swoje Platforma Obywatelska, która – jako przeciwstawiająca się programowo lewicy i odżegnywująca się od prawicowej LPR – mogłaby być traktowana jako partia centrowa. A tu już pomysł na kolejne centrum polityczne ma prezydent Aleksander Kwaśniewski. Także SLD zastanawia się nad przesunięciem z lewa ku centrum, by przejąć część umiarkowanego elektoratu (a może, aby zająć miejsce, na którym prezydent widziałby nową partię centrową?).
Politycy jednak czasami zdają się zapominać, że partia polityczna to nie klub towarzyski ani kółko wzajemnych zainteresowań. Kluby można tworzyć wedle własnego upodobania, natomiast na partię, która by miała poparcie, musi być zapotrzebowanie społeczne. Partia musi bronić interesów i wyrażać poglądy znaczącej części obywateli.

Jak jest u innych

W dojrzałych demokracjach Europy istnieje wprawdzie centrum społeczne, lecz nie ma już silnych partii centrowych. Jeszcze w XIX wieku, kiedy kształtował się system parlamentarny, funkcjonowały: prawica, reprezentująca wielką własność ziemską i wielki kapitał oraz lewica, za którą stał świat pracy najemnej (głównie fizycznej). Między nimi natomiast był wielki obszar zajęty przez mieszczaństwo, drobnych przedsiębiorców, wolne zawody pracowników o wysokich kwalifikacjach – inteligencję. To było naturalne pole dla partii centrowych.
W drugiej połowie zeszłego wieku sytuacja się zmieniła. Świat pracy awansował ekonomicznie i społecznie do klasy średniej, zostawiając za sobą szerszy lub węższy margines nieprzystosowanych, którzy nie generują ruchów politycznych. Le Pen czy Haider to emanacja sfrustrowanych przedstawicieli klasy średniej.







W III RP nowoczesna europejska prawica 
jeszcze nie rządziła. Tę nazwę zawłaszczyli 

populistyczni nacjonaliści czy nacjonalistyczni populiści.





Szeroko rozumiana klasa średnia, czyli dawne centrum, to dziś zdecydowana większość nowoczesnych społeczeństw. Ale ma ono przeważnie dwie partie; socjaldemokratyczną lewicę oraz prawicę. Lewica jest tradycyjnie mocno zorganizowana, prawica – tylko w Niemczech (CDU/CSU) i w Zjednoczonym Królestwie (Partia Konserwatywna, inaczej: torysi). W innych krajach struktura polityczna prawicy jest bardziej płynna, lecz wszędzie łatwo określić jej preferencje. Opowiada się ona za zmniejszaniem roli państwa w gospodarce, ograniczaniem jego funkcji opiekuńczych, niższymi podatkami i mniejszym udziałem budżetu w Produkcie Krajowym Brutto, większym zakresem wolności gospodarczej. Lewica – wprost przeciwnie. Ale do programów partyjnych na ogół należy dodawać słowo „raczej”. 
Oba skrzydła zdecydowanie popierają system oparty na demokracji parlamentarnej, prywatnej własności i gospodarce rynkowej. Lewica dawno zrezygnowała z jakiejkolwiek rewolucyjności, a prawica nie jest już po dawnemu konserwatywna i to ona ostrożnie optuje za reformami, które by miały polegać na stopniowym odchodzeniu od państwa nadmiernie opiekuńczego. Lewica już widzi, że te reformy są niezbędne, ale nie może sobie pozwolić na ich poparcie i w efekcie to ona staje się siłą konserwatywną.
Oczywiście w tej sytuacji między prawicą i lewicą nie ma walki na śmierć i życie, która by wymagała rozważnego mediatora, wskazującego rozwiązania pośrednie. Oba skrzydła mają przekonanych zwolenników, na których zawsze mogą liczyć, a wybory rozstrzygają ci ze środka, którzy przerzucają swe głosy, albo zostają w domu. Oni nie potrzebują centrum, lecz wybierają raz prawicę, a raz lewicę. Im bowiem nie chodzi o ideologię, lecz o polityków, którzy wydają się godni, albo nie, poparcia. Walcząc o ten środek, lewica przedstawia się jako nie nazbyt lewicowa, zaś prawica nie jest antysocjalna. Nie ma więc miejsca na dodatkową partię pomiędzy nimi. Wolni Demokraci w Republice Federalnej i brytyjscy liberałowie to już relikty dawnej świetności, trzymające się siłą tradycji i inercji. Nie zajmują już komfortowej pozycji języczka u wagi: rozgrywających, którzy mogą tworzyć koalicję rządową z prawicą, bądź lewicą, zapewniając sobie bonusy polityczne niewspółmiernie duże w stosunku do rzeczywistego poparcia wyborców. W Niemczech taką pozycję zapewnili sobie Zieloni, ale tylko na jednym skrzydle. Na razie trudno ich sobie wyobrazić w koalicji z chadekami.

Jak to jest u nas

Wracając do zachodniej cywilizacji, stopniowo pod wieloma względami się do niej upodobniamy. Mamy już w zasadzie gospodarkę rynkową, opartą głównie na prywatnej własności, choć z dużym sektorem publicznym. Mamy demokrację parlamentarną i budujemy zachodni system partyjny ale to nam idzie nie nazbyt składnie.
Już funkcjonuje w Polsce lewica, którą można przynajmniej porównywać z zachodnioeuropejską (choć porównanie wciąż wypada na niekorzyść SLD). Jest to siła, która odziedziczyła po PZPR strukturę, środki, umiejętność działania. Początkowo, lecz krótko, była to głównie partia nostalgii po PRL i wzajemnej samoobrony w nowych warunkach. Podobnie funkcjonowało PSL, mutant PRL-owskiego ZSL-u. Głupota, mówiąc w uproszczeniu, sił postsolidarnościowych umożliwiła w roku 1993 przejęcie władzy przez koalicję SLD-PSL. Od tego momentu Sojusz jest już najlepiej prosperującą siłą polityczną III RP. Dla byłych sekretarzy i dyrektorów z partyjnego nadania powrót do ich dawnych komitetów i zjednoczeń, których bronili jak niepodległości, jest już tylko koszmarnym snem. Funkcje prezydenta, premiera, ministra, prezesa czy członka rady nadzorczej w demokracji i gospodarce rynkowej suwerennego kraju są czymś o wiele wspanialszym. SLD jest partią lewicową już wedle kryteriów europejskich. A więc korzysta z demokracji i gospodarki w zasadzie rynkowej, a przy tym utrzymuje wysoki fiskalizm, pokaźny sektor publiczny, duży udział budżetu w PKB, spore wydatki budżetowe o charakterze socjalnym, znaczący interwencjonizm i ręczne sterowanie w gospodarce. 
Można powiedzieć, że podobnie postępowała u nas prawica, lecz tak naprawdę nowoczesna europejska prawica jeszcze nie rządziła w III RP. Więcej: w gruncie rzeczy nigdy jej w Polsce nie było. 
W II RP do przewrotu majowego nie zdążył się wykształcić nowoczesny system partyjny, a po roku 1926 już się ten proces zatrzymał. Rządząca sanacja była obozem władzy, jej dawne lewicowe konotacje nie miały wielkiego znaczenia i nie stąd się brał etatyzm w gospodarce. Jej ideą była państwowość. Funkcjonowała poważna lewicowa siła – PPS. Prawica to była endecja w różnych wydaniach. Za ideą narodową nie miała poważnego programu ekonomicznego, raczej była skłonna do populizmu. Istniała wprawdzie szeroka baza społeczna dla partii centrowych, lecz jej zalążki: Stronnictwo Pracy, Front Morges, Stronnictwo Demokratyczne nie urosły w siłę. Klasa średnia była silnie zróżnicowana; społecznie, narodowościowo i wedle lokalizacji pozaborowej. Popierała endecję, sanację, PPS, ruchy narodowościowe (głównie ukraińskie i, w mniejszym stopniu, żydowskie). Żydzi byli w masie apolityczni. Polską i wschodnioeuropejską specyfiką było liczne chłopstwo i ruch ludowy.
Po 1989 r. odtwarzano niejako z pamięci przedwojenne układy. Polską zaczęły rządzić trumny Dmowskiego i Piłsudskiego, jak to określił Jerzy Giedroyc. Trumna Marszałka (Konfederacja Polski Niepodległej) rozsypała się szybko, po kilkakrotnym odśpiewaniu „Pierwszej Brygady”. Nie odrodził się nie tylko kult, a1e nawet umiarkowany szacunek dla suwerennego państwa. A programu społeczno-gospodarczego, poza paroma populistycznymi hasłami, za tym nie było. Trumna Dmowskiego okazała się trwalsza. Postendeckie formacje; ZChN, ROP, AWS i różne inne efemerydy wykorzystywały – i nadal to czynią – resentymenty nacjonalistyczne. W kwestiach społecznych i politycznych dominował wśród nich lewacki populizm.

Brak skrzydeł, brak centrum

Zatem, w porównaniu z Europą, do której coraz energiczniej wkraczamy, mamy już lewicę, zmierzającą nie bez oporów do europejskich standardów, bez istotnej przeciwwagi na prawym skrzydle. SLD jest wprawdzie lewicowy, lecz przede wszystkim jest partią władzy, co d1a wielu znaczy partią porządku. Nie jest to porządek zachwycający, lecz w wydaniu i zapowiedziach innych partii jest jeszcze mniej skuteczny. Dlatego od jednej czwartej do jednej trzeciej elektoratu głosuje na SLD, choć de facto Sojusz głównie realizuje interesy tych, którzy z nim wchodzą w układy. Kosztem ogółu podatników i konsumentów, których żadna siła skutecznie nie broni.
Dla swojej lewicowości SLD nie ma poważnej przeciwwagi, skoro opozycja, uważająca się po części za prawicę, jest populistyczna. A skoro na głównej płaszczyźnie europejskiego dyskursu politycznego i gospodarczego nie ma dwóch skrzydeł, to między kim a kim ma funkcjonować centrum?
Polsce potrzebna jest partia podatników i konsumentów. W tej roli występują wszyscy obywatele, ale nie w jednakowym stopniu. Z reguły im kto płaci więcej podatków, tym lepiej rozumie mechanizmy gospodarki. Decyduje odczucie czy więcej się do budżetu dokłada, czy z niego bierze. W Polsce gdzie 20 milionów obywateli coś z budżetu bierze, a 10 milionów – niczego do niego nie wnosi, ludzie bronią się przed zrozumieniem tych mechanizmów. Ich roszczeniowa postawa okazuje się na krótką metę skuteczna; coś wykrzyczą, coś wystrajkują. Ze szkodą – również d1a siebie, skoro hamują rozwój gospodarki. Jeśli jednak odliczyć całkowitych utrzymanków budżetu, tych z deficytowych sektorów gospodarki i rolników spoza gospodarki towarowej, to zostaje jakaś mniejszość: cztery czy może pięć milionów, która pracuje na nasz kraj i swoich współobywateli.
Bezpośrednie interesy tych grup to: zmniejszenie deficytu budżetowego i fiskalizmu, co pozwoli inwestować w rozwój gospodarki; uproszczenie prawa pracy i zmniejszenie obciążeń płacy, co pozwoli zwiększać zatrudnienie za nieco większe pieniądze na rękę; zmniejszenie opiekuńczości państwa, a zwiększenie środków na rozwój; zmniejszenie biurokratycznych ograniczeń w obrocie gospodarczym, co ograniczy korupcję i zwiększy efektywność; usprawnienie wymiaru sprawiedliwości, co ułatwi funkcjonowanie gospodarki i zwiększy bezpieczeństwo wewnętrzne. Pośrednio są to interesy wszystkich obywateli, lecz zrozumienie tego nigdy się nie bierze z tłumaczenia, ale wynika z długotrwałej praktyki.

Jak się zwał, tak się zwał

Jaka partia w Polsce walczy o te interesy? Ciekawe, który z polityków odważy się głośno powiedzieć, że jeśli teraz nie ograniczy się zasiłków, to za parę lat nie będzie ich z czego płacić?; że jeśli będzie się tylko zwiększać składkę na ochronę zdrowia, to jej upadek będzie większy?; że wstrzymywanie reformy oświaty w interesie większości przeciętnych nauczycieli sprawi, że i w następnym pokoleniu będziemy społeczeństwem niedouczonych?; że jeśli nie wygospodarujemy, choćby i wielkim kosztem, środków na 15- czy 25-procentowy wkład do unijnych funduszy pomocowych, to zmarnujemy szansę szybkiego nadrobienia zapóźnień cywilizacyjnych? Czy taki ma być program tych, którzy chcą budować centrum polityczne bądź przesuwać się w jego kierunku? Jeśli nie, to nie są nikomu potrzebni. Jeśli tak, to jest to program nowoczesnej europejskiej prawicy. Ale tę nazwę zawłaszczyli populistyczni nacjonaliści czy nacjonalistyczni populiści.
Nazwa jest zresztą nie tak już ważna. Może być i „centrum”. Może być choćby „Centrum III Rzeczpospolitej”, czy jeszcze inaczej. Ważny jest prawicowy, de facto, program ekonomiczno-społeczny, który można będzie przeciwstawić obecnej polityce SLD. Taki program nie zapewni wygrania najbliższych wyborów, ale pozwoli skupić jakąś część elektoratu, zdobyć trwałą pozycję w parlamencie i samorządach. Może też liczyć na poparcie poważnych mediów i środowisk opiniotwórczych. Niewykluczone, że w miarę niepowodzeń SLD, wielki biznes przestanie popierać Sojusz i, zamiast liczyć na beneficja z układu z coraz mniej skuteczną władzą, poprze ugrupowanie zdecydowanie prorynkowe. Z kolei część sfrustrowanego-drobnego biznesu może się z czasem rozczarować do Samoobrony oraz innych populistycznych ugrupowań i też zwrócić się ku owemu „centrum”. 
Czasami, jak to było we Włoszech parę lat temu, następuje zmęczenie społeczeństwa, a po części i klasy politycznej, powszechną korupcją, rozbuchanym klientelizmem, psuciem państwa i gospodarki. Nie następuje wtedy żadna generalna sanacja, ale sporo się zmienia na lepsze. Pewności tu żadnej nie ma, ale może warto spróbować, jeśli chce się robić coś nowego w polityce.
Sprawa jest dodatkowo o tyle pilna, że psuje się SLD, pozbawione opozycji, która byłaby poważną konkurencją do władzy. Za pierwszych rządów w latach 1993–97 i w czasie późniejszego przebywania w opozycji, Sojusz zachowywał sporą, jak na polskie warunki, spoistość i dyscyplinę. Teraz wartości te ulegają erozji. Ale nawet przy krytycznym nastawieniu do SLD, nie ma się co z tego cieszyć, bo jest to część ogólnego psucia się obyczajów w życiu publicznym, a nic tego w innych partiach nie równoważy. Ta ryba akurat nie psuje się od głowy. To pazerny teren naciska na centralę, walcząc o synekury. Wiadomo też, że przy najlepszych chęciach nikt sam się za włosy nie wyciągnie z błota. Na przesunięcie się SLD w prawo, ku centrum, nie bardzo więc można liczyć.
A nowa partia nowych działaczy, którą inspiruje prezydent Kwaśniewski? Teoretycznie jest to możliwe, ale czy może wyjść poza kolejny rodzaj współczesnego Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem? 
Z kolei zasłużeni weterani różnych kierunków postsolidarnościowych są już zbyt zużyci, aby kogokolwiek do czegokolwiek przyciągnąć. Tacy sami kierują Platformą Obywatelską, gdzie już też zdążyli się wykazać nikłą skutecznością i zużyć dużą część kapitału politycznego, jaki mieli na wstępie. Choć więc ta partia akurat byłaby najbliższa nowoczesnej prawicy, nie bardzo wiadomo, czy dałoby się tchnąć w nią nowego ducha i kto miałby to zrobić.
Wiadomo już natomiast mniej więcej, czego w takiej prawicy, czy centrum, robić nie trzeba. A więc nie licytować się z lewicą i obecną „prawicą” w byciu dobrym dla wszystkich. To jest droga, która doprowadziła do upadku Unię Wolności. Partia centrum ma być głównie (albo wyłącznie!) od załatwiania problemów gospodarczych i społecznych, od funkcjonowania państwa, a nie od rozliczania historii sprzed 1989 r. Nie do niej też ma należeć zajmowanie stanowiska w tak kontrowersyjnych sprawach, jak aborcja czy eutanazja. W społeczeństwie nie zanikną spory historyczne i etyczne, ale to powinno się mieścić w innym porządku. Poprawianie gospodarki i państwa jest zadaniem wystarczająco trudnym i kontrowersyjnym. Nie warto tworzyć dodatkowych podziałów i frontów. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 3 (2793), 19 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl