„Pianista” za oceanem: w drodze po Oscara? 


„Symfonia przetrwania”

Joanna Petry Mroczkowska z Waszyngtonu



Odkąd „Pianista” kilka dni temu wszedł na ekrany kin amerykańskich, mnożą się recenzje. Krytycy przyjęli film entuzjastycznie. 


Lokalne nominacje poprzedziły przyznanie Romanowi Polańskiemu tytułu twórcy najlepszego filmu roku 2002 przez Krajowe Zrzeszenie Krytyków Filmowych. Za najlepszą kreację aktorską gremium to nagrodziło Adriena Brody’ego, za najlepszy scenariusz – Ronalda Harwooda. Następne „poprzeczki” to już tylko nagrody Golden Globe (jeszcze w styczniu) i Oscary (pod koniec marca). Powątpiewa się wprawdzie, by Polański, mający zadawniony konflikt z amerykańskim prawem, był skłonny pojawić się w Stanach po odbiór ewentualnego Oscara, bezpiecznym zakładem wydaje się natomiast stawianie na te najwyższe filmowe laury dla Adriena Brody’ego.
Najpierw jednak parę słów o uwagach mniej pochlebnych. Wybrzydzają z zasady ci, dla których wzorzec stanowi „Lista Schindlera” z jej konwencją bliską dokumentalizmowi, z jej wyrównanym tempem narastającej grozy. Słychać dziwny zarzut, że w epitafium „Pianisty” wspomina się tylko o dalszych losach tytułowego bohatera i kapitana Hosenfelda, brak natomiast informacji o pozostałych członkach rodziny Szpilmana (jakby film nie pokazywał, że zostają wywiezieni w kierunku, który nie pozostawia żadnych wątpliwości).
Czasem jakiś recenzent („The Washington Times”) zżyma się, że po pełnej akcji pierwszej części filmu, druga, kiedy bohater znalazł się poza murami getta, zaczyna jakby nużyć. Reżyser daje nam za dużo czasu – niecierpliwi się piszący – na zastanawianie się, dlaczego Szpilman nie bierze udziału w próbach stawiania oporu (chociaż widzieliśmy, że rozważał taką możliwość i zniechęcono go, bo „artyści nie są dobrzy w konspiracji”). Odarty niemal ze wszystkiego pianista dość bałamutnie przyrównany zostaje do „samotnego wilka”, który odłączył się od stada.
Podział na recenzentów nieusatysfakcjowanych i entuzjastycznych wyznacza linia oddzielająca zwolenników i przeciwników melodramatyczności czy sentymentalizmu. Ci pierwsi zarzucają „Pianiście“, że postać głównego bohatera „nie pozwala na szybkie nawiązanie kontaktu”, nie wzrusza, nie doprowadza do... łez. Drugiej, przytłaczająco liczniejszej kategorii krytyków nie ceniących łzawości, „wystarcza” przejmujący dramat, z chwilami beckettowskiej ciszy, oszczędnością środków.
Pisząc o kreacji aktorskiej tytułowego bohatera wspomina się, że do roli Szpilmana Polański chciał kogoś nieznanego. Brody’ego znalazł w Paryżu, gdzie ten grał w zapomnianym już dzisiaj filmie. Polańskiemu spodobał się od razu. Dobiegający trzydziestki Adrien Brody, mający już za sobą kilka nieźle ocenionych ról, dostrzegł wyjątkową szansę. Żeby wcielić się w rolę, zerwał z dotychczasowym stylem życia. Oddał nowojorskie mieszkanie, sprzedał samochód, przeniósł się do Europy. Wziął lekcje muzyki, grał na pianinie po kilka godzin dziennie przed i w czasie kręcenia. Po pracy zamykał się u siebie. Odciął się od życia towarzyskiego.
Brody przyznaje, że był to chyba najtrudniejszy okres w jego życiu. Bardzo wysoki i szczupły z natury, zaczął się systematycznie głodzić. Schudł piętnaście kilo. Głód pomógł uzyskać intensywność i głębię potrzebną do roli. Sprawił, że dojrzał jako człowiek i aktor. „Żadne aktorstwo nie byłoby w stanie tego dokonać. Wygłodzenie przynosi poczucie osamotnienia. Czułem niewyobrażalną pustkę. Dało mi to wgląd, jak wtedy było”. Zaczął rozumieć nie tylko tragedię wojny, ale i rozpacz człowieka bezdomnego i zaszczutego. 
Polański miał niezwykle jasną wizję, czego oczekuje. Trudno się będzie znów spotkać z czymś podobnie osobistym, głębokim w kontakcie z reżyserem – podejrzewa młody aktor. Brody nie bez wzruszenia wspomina, że Polański wprowadzając go w film opowiedział mu bardzo wiele o sobie. Pokazywał miejsca z okupacyjnego dzieciństwa. Opowiadał, jak uciekł z getta szukając ojca. Opowiadał o sprawach, o których nie pisał nawet w swojej biografii. O tym, że nie zdecydował się kręcić filmu w Krakowie, bo wspomnienia były zbyt bolesne. 
Jak pisze któryś z komentatorów, istotny dla klimatu filmu był fakt, że kręcono go w Warszawie, gdzie scenerię odtworzono z niezwykłą dbałością o „rozdzierający serce” autentyzm. W amerykańskich recenzjach nie akcentuje się „polskości” filmu, ale o Szpilmanie, i słusznie, mówi się jako o Polaku. Nie rozdziela się losu Żydów i Polaków w tych latach „szczególnie wysokiej ceny życia i szczególnie taniej śmierci”, jak pisał Adolf Gawalewicz w „Refleksjach z poczekalni do gazu” (WL 1973), świadectwie, które może lepiej niż inne przybliża nas do problemu po prostu ludzkiej, egzystencjalnej walki o przetrwanie.
Porównując „Pianistę” do „Listy Schindlera” entuzjastyczni krytycy są zdania, że Polańskiemu lepiej udało się osiągnąć efekt trójwymiarowości. Polański prowadzi nas poza grozę zła, poza jego banalność w świat absurdalności zła. „New York Times” wyraża najwyższe uznanie: „»Pianista« to jeden z niewielu filmów o Holocauście, które można by nazwać definitywnymi”. 
Krytycy piszą, że Polański stworzył obraz, który obfituje w metafory, symbole, ironię, jest „sonatą ludzkiego cierpienia i tragedii”. Podkreślają to tytuły recenzji z „The Washington Post”: „Piękny ton »Pianisty« Polańskiego”, „Symfonia przetrwania”. Ci, którzy nie boczą się na zmianę perspektywy, na przeskok od „akcji” grozy i zniszczenia do stanu bliższego kontemplacji tragedii ludzi i miasta, podkreślają udokumentowany już kunszt Polańskiego. Wraz z szukającym schronienia Szpilmanem na horror tragedii patrzymy przez okna, z dystansu, który daje nam jednak „realną” szansę przeżycia. Jakże zresztą mogłoby być inaczej? To – zauważa autor jednej z recenzji – trzyma widza w niesamowitym napięciu, a zarazem daje możliwość odetchnięcia po wyjściu z kina. „Polański jest na tyle odważny, żeby nie cofnąć się przed tym tematem, i tak utalentowany, żeby nie spaprać roboty” – pisze „San Francisco Examiner”.
Krytycy podkreślają oczywiście, że „Pianista”, w znacznie większym stopniu niż dotychczasowe obrazy Polańskiego, jest filmem autobiograficznym. Polańskiego ze Szpilmanem łączy może nie najwyższy geniusz twórczy, ale wyjątkowa wirtuozeria. A przede wszystkim nadludzka wola przeżycia. Amerykanie, pamiętajmy, żywią słabość do survivors. Do ludzi wyjątkowych, szczególnie witalnych, mających szczęście, wygrywających, wygranych. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 3 (2793), 19 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl