„F”


Bez klucza wiedzy

MAŁGORZATA MUSIEROWICZ



„Poważną groteskę wprowadź w rzeczywistość, 
a nie odczuwaj żalu, że się nie ziszcza marzenie, 
gdyż w tym cała siła jego i prawdziwość. (...) 
Nie poczytaj za złe tym, co wróciwszy do domu 
wnet zapomną tę chwilę. Wszak ci nie mają 
zmysłu dla dziwności.”

Roman Jaworski, „Medi” (1907)

Oto prawdziwie dobra, choć przeterminowana już nieco wiadomość: Witold Wojtkiewicz (1879–1909) ma pierwszy album swoich prac. Jest to piękna, gruba, wyjątkowa książka, ze staraniem wydana przez Andrzeja Biernackiego w roku 1996. (To samo Wydawnictwo Galeria Browarna w roku 1999 wzbogaciło nas o album Konrada Krzyżanowskiego.) Album „Wojtkiewicz” zawiera nie tylko liczne reprodukcje, lecz i fotografie, zarys biografii artysty, jego utwory literackie i kilka cudem ocalonych listów oraz cenny, piękny tekst Jerzego Ficowskiego „W sierocińcu świata” i jego wiersz poświęcony pamięci Witolda Wojtkiewicza – „Zmierzch o świcie”. Talentowi, pasji i trudowi Jerzego Ficowskiego zawdzięczamy „wydobycie ze stref zapomnienia, a więc z nicości” tej bogatej, zadziwiającej osobowości malarza, który żył zaledwie 29 lat, w najlepszym chyba dla polskiej sztuki okresie, i któremu krytycy jego epoki zarzucali, że w swej twórczości jest „niepodobny do niczego”.
Twórczość ta nie ograniczała się do malarstwa. Wojtkiewicz był też utalentowanym pisarzem; jego listy i utwory literackie ukazują te same, co w dziele plastycznym, skłonności do parodii, ironii i groteski, tę samą wysoką inteligencję. „Ten bard melancholii, (...) głosiciel tragizmu świata, był człowiekiem o wybitnym, twórczym poczuciu komizmu. Nie ma bowiem poczucia tragizmu bez poczucia humoru”. Uzbrojony tak, uczestniczył „w grze życia i igraszkach historii”, stając się wreszcie Przegranym.
W dwudziestolecie śmierci Wojtkiewicza apelował Boy-Żeleński, by urządzić wystawę zbiorową jego prac, wydać album, spisać relacje ludzi jeszcze żyjących i pamiętających artystę. „Ale któż umie niszczyć pamięć tak jak my? – gorzko pyta Jerzy Ficowski. – Kto potrafi tak lekceważyć i zapominać swoich największych?” Przez blisko sto lat, poza świetną pracą prof. Wiesława Juszczaka „Wojtkiewicz i nowa sztuka” (PIW 1965) nie ukazała się w Polsce ani jedna książka poświęcona autorowi „Krucjaty dzieci”, choć jest on niewątpliwie jednym z największych polskich malarzy i z całą pewnością – najbardziej oryginalnym, wyjątkowym i przejmującym.
Ciężko chory na serce, dręczony licznymi dolegliwościami, Wojtkiewicz był dandysem w stylu Oskara Wilde’a, ostentacyjnie i programowo wytwornym. „Wykwintne formy zewnętrzne” skrywały uczuciowość i nieśmiałość, a dowcip, nieprzeciętne poczucie humoru, zmysł ironii i nieprzystępność osłaniały naturę nadwrażliwą, głęboko smutną. „Był to smutek chorego dziecka” – rzuca Jerzy Ficowski uderzającą uwagę, a w innym miejscu wyjaśnia: „Od przełomowego roku 1905 główną, prawie wyłączną figurą w jego twórczości jest dziecko”. Być może do owego przełomu przyczyniła się, oprócz „igraszek historii”, poruszająca i symboliczna scena, którą za Karoliną Beylin przywołuje Ficowski: „Charakterystyczny dlań, owiany tragizmem syndrom dziecięctwa dał znać o sobie w burzliwych dniach owego roku (...) Wśród wielu krwawo tłumionych manifestacji ulicznych odbył się również pochód warszawskich dzieci. Szły (...) pod oknami Wojtkiewiczów, cienkimi głosikami śpiewając polskie pieśni. Stała się rzecz niebywała: żandarmeria konna odmówiła posłuszeństwa, gdy wydano rozkaz zaatakowania i rozproszenia tej dziecięcej krucjaty”.
We wcześniejszych dziełach Wojtkiewicza postać dziecka nie była jeszcze tak wyeksponowana. Pierwsza z jego prac, przynosząca wizerunek dziecka „naznaczonego psychofizycznym piętnem senilizmu” to „Wiosna” (1904). „Wizja szybko się krystalizuje. W orphaneum – wielkim egzystencjalnym sierocińcu świata – zabawa w kółko graniaste zmienia się w Zamknięty Krąg, ten zaś – w Błędne Koło. (...) Wielki spektakl sieroctwa, wydziedziczenie z dzieciństwa, zbiorowa, powszechna epidemia starości (...) Cały ciężar ludzkiej kondycji, brzemię egzystencji, spada na dzieciństwo, któremu nic, co najdotkliwiej ludzkie, nie będzie oszczędzone”.
Dalekie i bliższe inspiracje literackie (Schwob, Maeterlinck, Wilde, Jaworski) przeniknęły w głęboko osobisty malarski świat Wojtkiewicza. Po owym przełomie świat ten staje się coraz bardziej chory i przeniknięty okrucieństwem, które przecież „wyostrzone groteską” nie kłóci się z klimatem pokoju dziecinnego. Wśród swoich lalek i koników drewnianych dzieci bawią się w teatr, bezwiednie odtwarzając sceny z mitów i baśni lub też odgrywają podpatrzone sceny i przenoszą do swojego świata – imaginacyjnego i realnego – dorosłe strachy, perwersje i konflikty. Tymczasem dorośli, którzy w ciągu kilku lat zaledwie postradali Raj Dzieciństwa, nie mogą się pogodzić z jego utratą i nie chcą przyjąć do wiadomość, że życie, jakie muszą odtąd prowadzić, jest naprawdę; wypędzeni z Dzieciństwa, wciąż bawią się w dziecinne gry, przepychanki i podchody, podkradają sobie nawzajem łakocie i wyrywają sobie zabawki, które tym tylko różnią się od dziecięcych, że są śmiertelnie niebezpieczne.
U Wojtkiewicza na postarzałe dzieci, pełne smutku i lęku, okrutne, lecz przecież niewinne (niczemu, w gruncie rzeczy, nie winne) „zstępuje cień samoświadomości”, a więc poczucie dziwności i groza. W cyklu ostatnich obrazów i rysunków artysty ten groteskowy, piękny i straszny świat coraz bardziej się zagęszcza. „Oglądamy świat o zawężonych granicach, którego struktura coraz bardziej komplikuje się i nawarstwia w głąb” – pisał Wiesław Juszczak, który też odnalazł w tych obrazach powtarzający się motyw, „ów najbardziej własny, najokrutniejszy symbol malarza: upiorne, wyhodowane w ciemnych wnętrzach kwiaty wraz z doniczkami wystawione na łąkę, w ostre światło dnia”. Profesor Juszczak zauważył także, że temperowa, sucha i matowa biel, dominująca w obrazach Wojtkiewicza, to „barwa czystości, niewinności, męczeństwa, śmierci i żałoby”.
Na stronie 36 albumu natknęłam się na pochodzący z czasopisma „Liberum Veto”, z roku 1904, żart rysunkowy Wojtkiewicza, zatytułowany „Stulecie dziecka”. Rysunek ten jest z całą pewnością aluzją do głośnej w owym czasie na całym świecie, świeżo wydanej (1900) pod tym właśnie tytułem i tłumaczonej na wiele języków książki-manifestu Ellen Key, szwedzkiej działaczki społecznej i pedagoga. Ta czołowa przedstawicielka ruchu kobiecego w Szwecji żądała (rzecz godna uwagi i szacunku) uznania praw dziecka – do osobistej wolności i niezależności; domagała się poszanowania jego naturalnej odrębności, prawa do swobodnego rozwoju; żądała pełnej indywidualizacji nauczania, twierdząc, że szkoła nie może być, jak dotąd, narzędziem przymusu i indoktrynacji. Ze swoją nowatorską i kontrowersyjną wówczas koncepcją wychowania wiązała nadzieje na rozwój nowych stosunków społecznych, opartych na braterstwie światłych jednostek.
Ellen Key, optymistyczna prorokini, w istocie jak najsłuszniej przewidziała, że nastał czas na poważne potraktowanie okresu najważniejszego w życiu człowieka – dzieciństwa. Przeczuła, że może to być droga wiodąca do przemiany chorego świata i ludzkości. W pewnym sensie nowy wiek szybko zaczął spełniać jej postulaty i oczekiwania: wydał teorie Freuda i Junga, wzbogacił psychologię rozwojową, pediatrię i antropologię; badano zabawy i mowę dziecięcą; rozwinęły się nowe systemy pedagogiczne, zaczęto szukać nowych rozwiązań dla szkolnictwa i opieki społecznej, rozkwitła literatura i sztuka dla dzieci. Lecz ten sam wiek XX spełnił jednocześnie, z nawiązką, najgorsze obawy i przeczucia pesymistycznych proroków i artystów obdarzonych wyjątkową, proroczą intuicją; jeszcze nigdy w historii wojny i prześladowania nie zebrały, tak bezlitośnie, tylu dziecięcych ofiar. „Stulecie dziecka” zrodziło dwa systemy, które nauczyły się manipulować człowiekiem od wczesnego dzieciństwa, a nawet – jeden i drugi – z ochotą umożliwiły prawnie masowe odbieranie życia dzieciom przed narodzeniem. Zdobycze medycyny, psychologii, pedagogiki i sztuki zostały, owszem, wykorzystane do formowania umysłów i charakterów młodych pokoleń, lecz zwrócone były zasadniczo i do głębi przeciwko nim, całkowicie na odwrót, niż wymarzyła sobie Ellen Key.
Witold Wojtkiewicz wiedział już przedtem. Jego wizyjny obraz „Korowód dziecięcy. Dzieci zaskoczone burzą” (1905) jest jak skrótowe, migawkowe proroctwo wydarzeń, mających nastąpić w Stuleciu Dziecka, a rysunek z roku 1909 (roku jego śmierci) – „Zabawa dzieci pod szubienicą” – wstrząsa dziś widzem tak samo, jak fotografie z getta czy Sarajewa.
„Jeszcze raz potwierdza się intuicyjna przedwiedza sztuki, jej instynkt sięgający głębiej i dalej niż pozwalałaby na to świadomość. Sztuka bez »klucza wiedzy« otwiera zamki najtajniejsze” (Jerzy Ficowski).
Tak więc druga dobra wiadomość, jaką chciałabym dziś przekazać, brzmi: na szczęście, wbrew pozorom, wciąż jeszcze mamy Sztukę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 3 (2793), 19 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl