Sztuka, czyli miłość
Wspomina Ewa Kuryluk: „O czym najchętniej piszesz?
– spytałam kiedyś nowojorskiego kolegę. – O miłości.
– A ty? – O sztuce. –To jedno i to samo
– wykrzyknął – Impuls erotyczny i estetyczny
spotykają się w tym samym punkcie. – Tylko gdzie on
jest? – westchnęłam. – W głowie Mamy Przyrody
– odparował. (...) Amerykański punkt widzenia –
pomyślałam, bo właśnie przyleciałam do Stanów z kraju
Mickiewicza i Matejki. Ale z wiekiem coraz bardziej pociąga
mnie myśl, że w formie artystycznej, zbędnej i pociągającej,
wyraża się nie tylko homo sapiens”.
Jednym
ze znaków tej wszechobecnej w naturze, choć nieoczywistej miłości
– czyli sztuki – jest artystyczna działalność człowieka,
wyrażająca także to, co w nim dzikie, dziecinne, nieuporządkowane,
nieświadome, złe. I stąd tytuł wydanego właśnie zbioru
esejów Ewy Kuryluk, publikowanych wcześniej w „Gazecie
Wyborczej” – „Art mon amour”. To nie
tylko świadoma parafraza tytułu słynnego filmu Alaina Resnais
„Hiroshima mon amour”. To niemal religijne wyznanie
wiary. I poszukiwanie źródeł sztuki, dróg, którymi chodzi,
jej znaczeń – najgłębiej tkwiących w człowieku, a może
nawet gdzieś poza nim. Szukać zaś trzeba wszędzie.
Dlatego tematem szkicu równie dobrze mogą się stać
umieszczone w muzeach portrety trumienne z Fajum, jak i
grobowiec państwa Pigeon z paryskiego cmentarza („Oby w
nadchodzącym stuleciu nie odrestaurowano i nie przeniesiono do
muzeum nagrobków z cmentarza Montparnasse! Mieszczański
melodramat, jakiego już się nie gra w teatrach ani w
sypialniach, najmilej się ogląda pod gołym niebem, gdy z
drzew spadają liście i prószy śnieg”). Ikonoklaści,
spadające z nieba „prawdziwe” portrety Chrystusa i
Weronika, czyli „nosicielka zwycięstwa”. Suknia bez
szwu utkana dla Syna przez Matkę Boską i list van Gogha do
brata, w którym zawiadamia, że z zakupionego właśnie płótna,
które miało stać się sztuką, powstaną koszule dla zmarzniętych
dzieci. Socrealizm, Rubens, Watteau, którzy dowodzą, że
„żadnej »realistycznej« sztuki przeszłości
nie należy traktować jako dokumentu historycznego”. Japońskie
ukiyo-e, czyli „obrazy płynącego świata” i
groteskowa sztuka Aubreya Beardsleya.
Książka, równie osobista, co uniwersalna, napisana została
podwójną miłością – przez artystkę i historyka
sztuki. Odważnej wolności skojarzeń, nieograniczonej wyobraźni
towarzyszą precyzja, skupienie i erudycja. Szkoda tylko, że
zabrakło porządnej korekty, a przede wszystkim żywych,
barwnych ilustracji.
AS
Ewa Kuryluk,
„Art mon amour”, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2002 cena 35 zł.
|