Czy Kraków w styczniu 1945 roku ocalił… kapitan Abwehry?


Olga prawdę ci powie

Bogumił Kurylczyk, Małgorzata Nocuń



Ze Lwowa dostaliśmy list: „Zatelefonujcie, kiedy tu przyjedziecie. Kod mojej bramy – 126. Z poważaniem »Olga« Wołogodska”.  


„Jestem wam wdzięczna za zainteresowanie wojennymi wydarzeniami lat 1944-45, a przede wszystkim za to, że interesujecie się ludźmi, którzy w jakiś sposób pomogli w wyzwoleniu waszego pięknego miasta” – pisze Jelizawieta Jakowlewna Wołogodska. 
Po wojnie jej nazwisko przez kilka dziesięcioleci pojawiało się na stronach krakowskich gazet każdego 18 stycznia: właśnie jej meldunki, wysyłane z okupowanego miasta do sztabu I Frontu Ukraińskiego i zawierające informacje o położeniu niemieckich wojsk, miały umożliwić marszałkowi Iwanowi Koniewowi wykonanie „manewru, który ocalił Kraków”. Ale na początku lat 90., po usunięciu krakowskiego pomnika Koniewa, zapomniano również o radiotelegrafistce. Tak skutecznie, że nawet historycy nie wiedzieli, że Olga wciąż żyje...

Życie co dzień gorsze

Przysiółek Morgi wsi Rybna – także dziś to miejsce „na końcu świata”, choć ledwie 30 km od Krakowa. Pół wieku temu rodzina Kasperkiewiczów, a potem Targowskich, przygarnęła radziecką radiotelegrafistkę, urządzając jej kryjówkę w psiej budzie. – Miałem wtedy 14 lat i byłem łącznikiem. Podczas nadawania depesz obserwowałem okolicę – opowiada Julian Targowski. – Jaka była Olga? Szczupła, niska dziewczyna z krótkimi włosami. Najczęściej w sukience. Rodzicom pomagała w żniwach, bo było akurat lato 1944 roku. Wspominamy te czasy, gdy do mnie przyjeżdża albo pisze.
Na wielkanocnej kartce Wołogodska donosi łamaną polszczyzną: „Nasze życie co dzień najgorsze. Wszystko stało droższe: opłaty, mieszkanie, gaz, światło, chleb, mleko. Kiełbasy niedostępne prostym ludziom. A emerytura została ta sama. Zmęczyła mnie choroba na serce i wysokie ciśnienie. Kończę. Czekam na list, »Olga«”.
Ulicą Krzywonosa we Lwowie nie kursują ani tramwaje, ani autobusy. Idąc od Rynku, Olga mieszka prawie na jej końcu, niemal dokładnie pod górą zwaną Wysokim Zamkiem, na której wznosi się kopiec Unii Lubelskiej, usypany w trzechsetną rocznicę jej zawarcia. 
Wierzchołek kopca przypomina platformę widokową na Kopcu Kościuszki w Krakowie, tylko panorama jest inna: z północnej strony widać ogromne blokowiska z wielkiej płyty, a z południowo-wschodniej wieże kościołów, dachy reprezentacyjnych gmachów oraz okazalszych kamienic. Wśród nich, prawie najbliżej, jest ta, której szukamy. Jak ustaliliśmy w rozmowie telefonicznej, pójdziemy tam wieczorem, by „poznakomić się”.
Po omacku wdrapujemy się na drugie, środkowe piętro kamienicy. W smudze światła widać numer „7” i dzwonek, na mosiężnej klapce w drzwiach polski napis: „listy”. Otwiera korpulentna, siwa kobieta w wełnianym swetrze i spódnicy. – A gdzie wy byli? My żdiom i żdiom. Zachoditie! – wykrzykuje, energicznym ruchem ręki zapraszając do środka. Wciąż jest bardzo podobna do tej, którą znamy ze zdjęcia sprzed czterdziestu lat.
W salonie wytarty lakier na parkiecie tylko dodaje mu uroku, bo widać po dębowych klepkach, że układał je we wzory przedwojenny mistrz. Meble są równie stare i gustowne: stół, komplet wyściełanych krzeseł, kredens i komoda. – Te meble zostawił poprzedni właściciel mieszkania, polski oficer. Odkupił je od niego mój pierwszy mąż – tłumaczy gospodyni. – I tak mi towarzyszą przez wszystkie lata, od roku 1945, kiedy się tu sprowadziłam.
Z pękatą butelką gorzałki „Pierwak” siadamy do stołu. Jemy śledzie, kiełbasę i marynowane w słoju, czerwone pomidory. – Za znakomstwo! – wznosi toast drugi mąż Olgi, nazywany przez nią pieszczotliwie „Died Żo”. Gospodyni nie je, nie pije, tylko obserwując nas zadaje pytania: – Co wy za jedni? Skąd u was zainteresowanie wojennym tematem? W Krakowie zburzyli pomnik Koniewa. Młodzież interesuje się Ameryką, narkotykami, dyskoteką. Wy zabyli swoich i sowieckich gierojów...
Cokolwiek mówimy, ona kwituje to krótkim „niet”. Nić porozumienia zaczyna się snuć dopiero, gdy trafiamy w to, co chce usłyszeć. Mianowicie, że tylko ona zna prawdę o wyzwoleniu Krakowa. 
– Da, prawdu ja znaju, znaju. Eto było daleko nie tak, kak stoit w niekatorych kniżkach. Teraz uże bezpieczno być bohaterem i mnogie ludzie chcą nimi być – Jelizawieta Jakowlewna miesza słowa polskie i rosyjskie. – Na jak długo wy we Lwowie?
– Tak długo, ile pani potrzeba, żeby powiedzieć nam tę prawdę. Bez niej do Krakowa nie wrócimy – podejmujemy „wschodni”, niespieszny i wieloznaczny dialog.
Olga łagodnieje. – Jedzcie rebiata, jedzcie. Zostawić jadło na stole i pełne kieliszki, to tak, jakby zostawić w domu zło.


PRASA DAWNA...
Mit o kablu
„Niemcy ukryli się ze swym śmiercionośnym kablem w środku fortu na Pasterniku. (...) Nie mamy już wątpliwości, że kabel połączony jest ze wszystkimi podminowanymi obiektami miasta, że zamontowali tam przyrządy do wywołania równoczesnej detonacji za jednym naciśnięciem guzika czy przekręceniem dźwigni.
Po przecięciu kabla grupa wypadowa żołnierzy radzieckich ostrożnie podeszła do fortu. (...) Zaatakowali zaskoczonych hitlerowców. (...) Wielka stawka o życie i całość miasta została wygrana. Toczyli o nią walkę członkowie AL, PPR i bezpartyjni patrioci”.
(Józef Zając – „Toczyły się boje”, Warszawa 1965, str. 325, 332)
Mit o uratowaniu
„Wyzwolenie i ocalenie Krakowa stanowiło w historii sztuki wojennej klasyczny przykład podporządkowania celu militarnego celowi polityczno-gospodarczemu. Uratowanie Krakowa było możliwe tylko dzięki starannie przygotowanej operacji, w oparciu o informacje przekazywane przez radziecką grupę wywiadowczą »Głos« współdziałającą z polskim ruchem oporu i dzięki zastosowaniu manewru oskrzydlającego oraz szybkości działań wojsk 1 Frontu Ukraińskiego”.
(Ryszard Sławecki – „Manewr, który ocalił Kraków”, Kraków 1975, str. 141)
Olga
„Szedł jej osiemnasty rok. Mała, drobna, niepozorna. Z wyglądu dziewczynka, której nie odważyłbyś się zaproponować niczego więcej ponad porcję lodów. Ale były to czasy twarde, zmuszały do wciągania w orężne sprawy nawet tych, których przerastał karabin. Przeszła więc tajny kurs. Nauczyli stukać szybko »morsem«. (...) Postawili przed komisją egzaminacyjną. Kazano zapomnieć kim jest. Odtąd była Olgą. Piękne to imię, godne polecenia rodzicom, którzy styczniową porą przypominającą tamtą – sprzed 26 lat, spierają się, jak nazwać swoją świeżo poczętą pociechę rodzaju żeńskiego. Olga. Na ten dźwięk przypomina się „Eugeniusz Oniegin”, a raczej jego przyjaciel wyznający otwarcie „Ja lublu was, Olga, ja lublu was”. Tej Oldze winni są uczucie wszyscy krakowianie. Kiedy już wspomniana komisja egzaminacyjna uznała, że Jelizawieta została przygotowana do wykonania ryzykownej i niebezpiecznej profesji, przypięto jej spadochron. Dano jeszcze radiostację. (...) O Krakowie słyszała tylko na lekcjach historii, która na dobre i na złe złączyła nasze narody. Mówiono, że Kraków ma uratować od śmierci. Pilot pochylił maszynę na skrzydło, zatoczył łuk i dał sygnał. Pora wysiadać. Starała się nie myśleć, co spotka ją za parę sekund. (...) Koziołkowała w powietrzu, by poczuć ostre szarpnięcie. Później opadanie już było spokojne”.
(„Dziennik Polski”, 17-18 stycznia 1971)


Komsomołka nie czyta Biblii

Nocami Jelizawieta Jakowlewna tak ustawia światło lampki, by nie przeszkadzało spać mężowi. Siada w fotelu nad zapełnionymi grażdanką kartkami i spisuje wspomnienia. Teraz robi to sama. Przedtem słowa składali w całość przysłani z Moskwy redaktorzy.
Sztywną okładkę książki „Krok w ciemność” zdobi portret młodej dziewczyny z dużymi słuchawkami na uszach wpatrzonej w radiostację i wsłuchanej w szum eteru.
– To o mnie. Bardzo wzruszające. Ale to nie wszystko – Olga schyla się i wyciąga spod komody stertę pożółkłych książek. Wszystkie miały uczyć powojenne pokolenia sowieckiej młodzieży miłości do komunistycznej ojczyzny.
„Przed tobą dokumentalna, oparta na faktach powieść o sowieckich żołnierzach – wywiadowcach. W czasie, o którym mówi książka, mieli oni po 18-20 lat. To był najcięższy okres wojny” – czytamy w przedmowie opatrzonej podpisami członków ówczesnego ministerstwa edukacji ZSRR. To samo ministerstwo zleciło Jelizawiecie Jakowlewnie prowadzenie lekcji patriotyzmu dla dzieci. Jej mocny głos rozlegał się w setkach przedszkoli, szkół, nawet w zakładach pracy. – Opowiadałam naszą historię – radzieckich żołnierzy, którzy uratowali Kraków przed wysadzeniem w powietrze przez Niemców. Bo Niemcy nie tylko chcieli zniszczyć zabytkowe miasto, ale też pozabijać mieszkańców i wkraczających żołnierzy oswobodzicieli. To było miasto – zasadzka – słowa Olgi przerywa cichy płacz. Tak już będzie często.
Jelizawieta – nastolatka nie wkładała butów na wysokim obcasie, bo po co? Nie wystawała godzinami przed lustrem – nie miała na to czasu. Nie ubierała się w krótkie spódnice, a długie nie dobre? Gdzieś zza okładki albumu wydobywa fotografię pierwszej miłości i swoją. – Taka byłam wtedy bylejaka, miła, ale nieładna. Moja rodzina? Pochodzimy z Inzy, miasta leżącego w sercu Związku Radzieckiego, na Wyżynie Nadwołżańskiej. Ojciec, maszynista lokomotywy, stanowił wzór prawdziwego komunisty. Takich dziś już nie ma – uderza ręką w stół. 
Miała ośmioro rodzeństwa. Siostra podczas blokady Leningradu umierała z głodu. Brat poszedł na front i nie wrócił. Drugą siostrę państwo radzieckie wykształciło na wspaniałego lekarza. 
Ona skończyła technikum budowlane w Ałma-Acie, dokąd przeniosła się rodzina. Gdy wybuchła wojna, miała osiemnaście lat, duże brązowe oczy i 150 centymetrów wzrostu. W 1941 roku powiedziała matce, że idzie na ochotnika do armii. „Tak właśnie trzeba córeczko, tak trzeba” – pochwaliła ją matka i kazała pisać do domu listy. Nie płakała.
Trafiła do szkoły zwiadowców pod Moskwą. Nie mogła pójść na kurs oficerski, bo lejtnant musiał liczyć minimum 165 cm wzrostu. – Wieźli nas tam z pułku w pełnej konspiracji, ciężarówką ze spuszczonym brezentem. Dali buty. Mój rozmiar to 32, a najmniejsze były 39. Gdy usłyszałam komendę „marsz”, buty zostawały z tyłu. Ale dowódca był dobry. Najpierw pozwolił najeść się do syta. Potem wysłał do Moskwy posłańca po obuwie i kazał zapomnieć całą przeszłość, bo stałam się nowym człowiekiem, sowieckim zwiadowcą.
W tamtym momencie przestała być Jelizawietą Jakowlewną.
Na pożegnanie absolwentów kursu dowódca powiedział: „Pamiętajcie, żaden to bohater, który u Niemców umrze. Sztuką jest przeżyć nawet po aresztowaniu. Potem uciec i wypełnić do końca bojowe zadanie”.
Skierowano ją do Kijowa. Tu na kwaterze, w oczekiwaniu na pierwsze zadanie, miała sen. Ojciec prosił, by przeczytała Biblię. Córka się oburzyła. – Ty, prawdziwy komunista, każesz mnie, komsomołce, prawo boże czytać!... – wykrzyczała mu we śnie.
Przed wylotem do Polski, gdy silniki samolotu „Douglas” już pracowały, zaśpiewali na pożegnanie piosenkę marynarzy „Uchodim zawtra w morie”. Dowódca dał jeszcze radiotelegrafistce indywidualny szyfr i kryptonim „Komar” – tak podpisywała odtąd depesze. Po zastąpieniu według klucza liter cyframi wysyłała radiogramy do sztabu.
Olgę przerzucono do Polski w nocy 27 kwietnia 1944 r., w trzyosobowej grupie zwiadowców. Okupację przeżyła tylko ona. Dowódca Józek okazał się zdrajcą i wykonano na nim wyrok śmierci. Hanka wpadła podczas łapanki i zginęła w KL Auschwitz. 
W propagandowej sztuce, która na kanwie tych wydarzeń powstała w latach 60., Józek jest zakonspirowanym oficerem AK, pochodzi z „panów” i na domiar złego wciąż przywołuje na swą obronę Matkę Boską. Hanka odpowiada mu: „Tobie Judaszu i Jezus Chrystus nie pomoże”. – To był piękny spektakl. A jakich oni dobrali podobnych artystów! – Jakowlewa pokazuje zdjęcie grającej ją młodej aktorki.
Wylądowali w lesie pod Tarnowem. Zakopali spadochrony i bagaże. Józek zabrał pieniądze (złotówki, marki i dolary) na utrzymanie całej trójki i ruszyli w stronę Krakowa. Udawali Polaków, którzy uciekają spod Lwowa przed banderowcami. Ona, nie znając języka, miała być niemową i żoną Józka.
Pierwszy kontakt w Krakowie – z komunistą Topolnickim – nie wypalił, bo wcześniej aresztowali go Niemcy. Dotarli więc na Olszę, gdzie prowadził sklep mięsny Jan Sendor. – Hasłem było zdjęcie przebywającego w Związku Radzieckim jego brata Piotra, który na odwrocie fotografii napisał, żeby „pomóc temu, kto ją pokaże”. I on pomógł, bo też był patriotą.
Ostatecznie Olga i Hanka trafiły do rodziców braci Sendorów mieszkających w Chałupkach (dziś Nowa Huta). Natomiast Józek pozostał w Krakowie u rodziny Czyżów.

Trzecia córka Wróbla

W Krakowie ktoś widział Józka w niemieckim mundurze, podobno podpisał Volkslistę.
– To była moja decyzja, żeby go zlikwidować. Nie miałam czasu czekać na odpowiedź ze sztabu frontu. Przecież mógł nas wszystkich wydać. Musieliśmy uciekać z Chałupek – Olga opowiada z pamięci. Ale ponieważ to sprawa gardłowa, szuka potwierdzenia na kartkach własnoręcznie spisanych wspomnień. – Tak, wyrok wykonali na ochotnika dwaj partyzanci. Ale nie wrócili z tej operacji...
Olga nie narzeka na opiekę Józefa Zająca, komendanta polskich „partyzantów patriotów” z Gwardii Ludowej. Przez dziewięć miesięcy pobytu w Krakowie i okolicach tylko raz spotkała ją przykrość. Wtedy, gdy ulokowano ją u gospodarza pod Kalwarią Zebrzydowską. Dał schronienie w stodole, a w nocy przyszedł ją zgwałcić. – Sama się z nim rozliczyłam, z całej siły kopiąc swołocz między nogi! Tylko wyjęczał „psia krew, ty k...”, a ja uciekłam. Pamiętam, że nocowałam później na strychu kościoła w Rybnej. Stamtąd też nadawałam radiogramy. Ksiądz nic o tym nie wiedział.
W przysiółku Morgi Olgę przechowywał najpierw Jan Kasperkiewicz. Zginął wykonując wyrok na zdrajcy Józku. Jelizawieta Jakowlewna płacze wspominając jego żonę, która w tym czasie karmiła piersią niemowlę i na wieść o śmierci męża osunęła się na ziemię. – I we mnie krajało się wtedy serce. Ale wojna jest wojną – mówi. Rozwesela się na wspomnienie rodziny Targowskich, mieszkających w sąsiedztwie. Tam opiekował się nią Ignacy, który urządził jej skrytkę przed Niemcami nie tylko w psiej budzie, ale i pod gnojownikiem.
Ostatni przystanek to rodzina Wróblów w Sance. Michał Wróbel, ojciec Stefy i Róży miał jej powiedzieć na powitanie: „Jeśli ty, sowiecka dziewczyna, walczysz o moją ojczyznę, to jak ja mogę cię nie przyjąć? Będziesz moją trzecią córką i dam ci nawet lepszy kawałek chleba”. Sam Wróbel, zwany przez nią „tatusiem”, tego już nie potwierdzi, bo zginął z jej powodu w Auschwitz. Córek, które przeżyły obóz w Ravensbrück, przy powitaniu nie było.
We wrześniu 1944 roku Niemcy nakryli Olgę podczas nadawania depeszy właśnie na strychu domu Wróblów. Sama przyznaje, że w oczekiwaniu na zwiadowców grupy „Głos” nadawała zbyt długo. – Wyciągnęli mnie za włosy przed dom. Tam twarzą do ziemi leżał tatuś ze Stefą i Różą. Przystawili im do głów karabiny. Podtrzymywałam ich na duchu, zachowując się jak prawdziwy sowiecki człowiek. Śmiałam się, żartowałam. Krzyczałam do Niemców: „Jak wam nie wstyd! Uważacie się za cywilizowany naród, a sami tu kury chłopu biednemu kradniecie, mleko zabieracie, nawet cudzych jabłek nie uszanujecie. I na kogo wy tak napadacie? Jednej radzieckiej radiotelegrafistki się boicie? A co będzie, gdy spotkacie całą naszą Armię Czerwoną?”. 
– Była taka rezolutna i odważna. Nawet wyciągnęła grzebień i zaczęła się przy nich czesać, żeby wyglądać jak żołnierz – wspominają Stefa i Róża.
Trafili do więzienia na Montelupich. – Ich wezwano najpierw. Prosiłam i dziewczęta, i tatusia, żeby mi wybaczyli. Potem słyszałam jęki zza zamkniętych drzwi. Kiedy gestapowiec wprowadził mnie do wewnątrz, jego kompan zaraz chlusnął na moje piersi szklanką wrzątku. Do dziś została mi blizna. Nie zabito mnie, bo chcieli, żebym pracowała dla Hitlera.
Dziewczynę przewieźli do placówki Abwehry w Rudawie pod Krzeszowicami. –Tam w jednym pokoju zobaczyłam stos radzieckich radiostacji, zabranych sowieckim wywiadowcom. „Ilu ich złapano przede mną?” – pomyślałam ze zgrozą.
Opiekował się nią kapitan Kurt Hartmann. Olga prowadziła z nim długie rozmowy. – Jemu wydawało się, że to on jest górą, ale wyprowadziłam go z błędu. Mówiłam, że my, ludzie sowieccy, wszyscy jesteśmy twardzi. Czułam się silniejsza, bo za mną była moja wielka ojczyzna i sprawiedliwa walka. A kto stał za nim? Hitler będący już o włos od klęski? Mówiłam: wiesz, że niedługo zdobędziemy wasz Berlin. Najwyższy czas, żebyś odkupił swoje winy. Pracuj dla nas, Hartmann, tylko tak unikniesz śmierci – wspomina Jelizawieta Jakowliewna. – Jak on się zdenerwował na moją propozycję! Zaczął strasznie przeklinać, głośno krzyczeć. Prawie codziennie wracaliśmy do tej rozmowy. Aż w końcu Hartmann zapytał: co się ze mną stanie, jeśli będę dla was pracować? Odpowiedziałam krótko: jeśli będziesz solidnie wypełniać wszystkie zadania, unikniesz śmierci. Stwierdził, że jestem nachalna, ale się zgodził. 
W jej oficjalnej biografii te rozmowy zajmują wielostronicowy podrozdział noszący tytuł „Pojedynek”. Argumenty Olgi są tam tak dopracowane, jakby wygłaszał je cały wydział propagandy komitetu centralnego partii.
Następnego dnia Olga odchyliła deski drewnianej toalety stojącej za kwaterą gestapowców i uciekła. Do dziś wierzy, że nikt nie ułatwił jej ucieczki. – Po prostu gwoździe pomiędzy deskami się poluzowały. Nikt mnie nie zobaczył, bo biegłam szybko i cichutko, cichutko...


SŁOWNICZEK OLGI
– padpolszczik – czynny partyzant, koniecznie o lewicowych poglądach
– nastojaszczij patriot – rzeczywisty patriota, nie bogacz, nie ksiądz i nie żołnierz AK
– wypałniat bojewoje zadanie – realizować coś bez względu na wszystko
– dom z czetyrioma ugołkami – dom mający tylko cztery kąty, uboga chałupa
– prastyje ludi – prości ludzie, którzy zawsze pomagali radzieckim żołnierzom



Nasza Sowietka 

Opowieści Olgi słuchamy godzinami przez poniedziałek, wtorek, środę. Zdradziła wiele nieznanych szczegółów, ale nie tych, po które przyjechaliśmy do Lwowa. Wciąż nie wiemy, jak było w rzeczywistości z poprzecinanym w ostatniej chwili minerskim kablem i z manewrem, który „ocalił Kraków”. 
Gdy zaczynamy pytać, zamiast odpowiedzi na stół wjeżdża obiad. Za każdym razem inny i smaczny. Gospodyni okazuje się prawdziwą mistrzynią kuchni rosyjskiej, ukraińskiej, polskiej... oraz uników. Pałaszując faszerowane na wzór papryki ziemniaki proponujemy, by od czwartku zamienić role. By pozwoliła teraz nam odnieść jakiś sukces w dziedzinie wywiadu.
– Ale najpierw coś wam opowiem – zastrzega Olga. – Kiedy już nie miałam się gdzie w Rybnej ukrywać, a w Sance u Wróblów też już byłam za długo, Mietek, jeden ze strzegących mnie przed Niemcami partyzantów, zaproponował mi małżeństwo. I to nie na niby, lecz prawdziwe. Powiedziałabym „tak”, ale dostałam radiotelegram, że do Krakowa przybywa w końcu grupa „Głos” i wszystko inne przestało być ważne. Ślub z Mietkiem pozostał tylko marzeniem.
Łzy w oczach „Olgi” pokazują się ponownie, kiedy wspomina spotkanie z desantem radzieckich żołnierzy. Odnaleźli ją w Rybnej bez trudu, bo jak stwierdził dowódca, „wszyscy Polacy dookoła tylko o Oldze-Sowietce opowiadają. Mówią nawet: »nasza Sowietka«”. Żołnierze przekradali się w Beskidy, by dołączyć do walczących tam radzieckich partyzantów. Zostawili jej nowe baterie i część zapasów.
Dlaczego mieszkańcy podkrakowskich wsi, choć wiedzieli o pobycie Olgi-Sowietki, nie wydali jej Niemcom? – Bo to byli sami polscy patrioci, prości ludzie, którzy rozumieli, że walczymy nie przeciwko nim, tylko ze wspólnym wrogiem – odpowiada natychmiast.
A syn dziedzica Sanki, Józef Skąpski? Karmił i utrzymywał całą grupę zwiadowców, choć nie był prostym chłopem, tylko ideologicznie podejrzanym feudałem. – Sama go o pomoc poprosiłam, bo dobrze mu z oczu patrzyło. Skąpski, choć wielki pan, był prawdziwym człowiekiem. Po wojnie został profesorem na Uniwersytecie Jagiellońskim i do śmierci się z nim przyjaźniłam.
A właściciel sklepu mięsnego na Olszy, Jan Sendor? To przecież był burżuj i wyzyskiwacz, a dał wam, obcym i podejrzanym, schronienie, gdy tylko dotarliście do Krakowa. – Z nim też się przyjaźniłam do końca jego życia. To był wspaniały człowiek i wielki patriota.
Wychodzi na to, że kogokolwiek z Polaków radzieccy zwiadowcy prosili o pomoc, czy chłopów, czy panów, czy sklepikarzy, wszyscy pomagali. Nawet przesłuchiwani przez gestapo, jak rodzina Wróblów, nie wydawali przybyszów. Czy znalazł się wówczas ktoś, kto nie był patriotą?
– W prowadzeniu roboty wywiadowczej nie pomagali nam członkowie Armii Krajowej. Nawet przeszkodzili w ujęciu niemieckiego generała, który odpowiadał za ufortyfikowanie Krakowa. My współpracowaliśmy z Armią Ludową i razem ujęliśmy głównego inżyniera, majora Kurta Puckiela, który nam wszystko wyśpiewał. Przekazałam w radiogramach mapę rozmieszczenia umocnień, kwadrat po kwadracie, do sztabu marszałka Koniewa.
Ale to oddział AK pod dowództwem „Hardego” (Gerarda Woźnicy) pomógł Rosjanom wyjść cało z niemieckiego okrążenia pod Harbutowicami, 12 stycznia 1945 r...
– Także wśród żołnierzy AK byli prawdziwi patrioci. A jakich oni mieli lekarzy! Jeden, Jan Nowak, uratował mi życie, gdy zachorowałam tam w lesie na zapalenie płuc – odpowiada Olga.

Wspomnienia prawdziwe i prawdziwsze

Skoro nie udało się przekonać Olgi, by pół wieku po zakończeniu wojny przestała dzielić Polaków na „prawdziwych patriotów” i pozostałych, próbujemy inaczej. Z kilkunastu książek o grupie „Głos” wydanych jeszcze w Związku Radzieckim wybieramy trzy: wspomnienia komunisty Józefa Zająca „Toczyły się boje” (przedstawia się w nich jako „dowódca krakowskiego podziemia”), wspomnienia „Olgi” Wołogodskiej „Krok w ciemność” oraz Jewgienija S. Bierezniaka (dowódcy „Głosu”) – „Hasło: »dum spiro«”.
Bierezniak opisując sprawę kabla minerskiego, do którego miały być podłączone ładunki podłożone pod ważniejsze zabytki i obiekty komunalne Krakowa, posługuje się fragmentem książki Zająca. Natomiast Zając, który też przecinania kabla nie widział, zamieszcza relację członka „Głosu”, Aleksego Szapowałowa. Ale ten ostatni również w samej akcji nie uczestniczył. Jak właściwie było?
– Wiem tyle, ile informowałam w radiogramach wysyłanych do sztabu. Nasi znali od Kurta Puckiela rozmieszczenie umocnień w rejonie Krakowa. Znali też pozycje wojsk niemieckich i rozmieszczenie ładunków w mieście. Te dane zdobył Hartmann i przekazał Szapowałowowi.
– Czy Szapowałow wiedział od Hartmana, że założono jeden centralny, minerski kabel prowadzący na północ Krakowa do fortu Pasternik? Trochę wbrew logice, bo to stamtąd należało spodziewać się ataku Armii Czerwonej.
– Sprawę kabla minerskiego wyśledzili polscy patrioci, głównie Józef Prysak, pseudonim „Muzykant”. To od nich, nie od Hartmanna, pochodziły informacje na ten temat – tłumaczy Olga. Ale nie pamięta, czy w jej depeszach była mowa o tym jednym kablu.
– Z książki Bierezniaka wynika, że kapitan Hartmann sam zaproponował pani współpracę i umożliwił ucieczkę. W tym celu własnoręcznie poluzował gwoździe w deskach ustępu... A z pani wspomnień dowiadujemy się czegoś przeciwnego. 
– To moje wspomnienia są prawdziwe! Ja namówiłam Hartmanna na współpracę i sama uciekłam z ośrodka Abwehry. On tylko przymknął oko i dał mi na drogę kompas. Deski w ubikacji obluzowałam własnymi rękami. Do dzisiaj pamiętam nasze rozmowy. Dzięki mnie zrozumiał, że tylko współpraca z sowieckimi wywiadowcami pozwoli ocalić jego życie...

Bez orderu i tytułu

Gdy Olga wreszcie się uspokaja, przyznaje, że wszystkiego na temat grupy „Głos” jeszcze nie napisano. Jej zdaniem w rosyjskich książkach nie ma sprzeczności, są tylko nieścisłości. Na przykład?
– Nasz dowódca „Michajłow”, czyli Bierezniak, chciał mnie po tej ucieczce od Hartmanna zastrzelić. Nie dowierzał, że zdołałam oficera Abwehry namówić na współpracę, tylko uważał, że namówiono mnie. Po mojej stronie stanęli Polacy. Gdyby Bierezniak nie zrezygnował, sam byłby w niebezpieczeństwie. Chłopcy mówili mu, że jak to, ona ocaliła ciebie przed Niemcami w chacie Wróbla, a ty teraz przeciwko niej? Bo w tej chacie, gdy mnie złapano, miałam pod ręką granat. Już chciałam siebie i gestapowców wysadzić w powietrze, ale pomyślałam o ukrytym w piwnicy dowódcy, którego nie znaleziono. I zrezygnowałam.
A co było po wyzwoleniu Krakowa, bo tym się we wspomnieniach nie chwali.
– Czym się chwalić? Jako żołnierza, który przebywał w niemieckiej niewoli, skierowano mnie do obozu infiltracyjnego NKWD pod Moskwą. Zresztą razem z Bierezniakiem, bo on też dał się Niemcom złapać, zaraz po tym, jak wylądował na spadochronie. I również zdołał uciec. Przesłuchania trwały kilka miesięcy. Byłam obca między swoimi. Kiedy raz siedząc założyłam nogę na nogę, wyzywano mnie od prostytutek. W końcu nas zwolniono i wróciliśmy do Lwowa. Bierezniak został moim pierwszym mężem. Byłam w ciąży. We wrześniu 1945 roku urodziłam syna. 
Nietrudno domyśleć się, że syn został poczęty w Polsce, właśnie wtedy, gdy Olga i radzieccy zwiadowcy pod dowództwem Jewgienija Bierezniaka przebywali w lesie pod Krakowem. Stamtąd nadawali informacje przekazywane Szapowałowowi prszez Kurta Hartmanna. Informacje, które okazały się przełomowe.
Gdyby nie jego współpraca, Rosjanie potraktowaliby Kraków jak każde inne frontowe miasto. Nie byłoby żadnego ocalającego manewru, tylko artyleryjska nawała. Zresztą sowieckie armaty i samoloty zbombardowały Kraków przed atakiem. Tylko na Dworzec Główny – co przemilczano przez wiele lat – spadło 50 bomb, a część domów przy al. 29 Listopada legła w gruzach.
– Bierezniak otrzymał za zasługi w uratowaniu Krakowa Virtuti Militari od polskiego rządu i tytuł bohatera od rządu Ukrainy. A ja? Nie dostałam nic prócz kilku wojennych medali i „Złotej Odznaki Miasta Krakowa” – mówi z goryczą Olga. – Przecież gdyby nie moje kontakty z polskimi patriotami, dzięki którym „Głos” mógł funkcjonować w konspiracji, Niemcy wyłapaliby ich wszystkich. A informacje? Gdyby nie to, że nakłoniłam Hartmanna do przejścia na naszą stronę, co sztab Koniewa wiedziałby o swoim przeciwniku? Na pewno nie tyle, żeby wszystko się tak powiodło.


W SPRAWIE BOHATERSTWA
„Jest sprawa, którą chcę koniecznie poruszyć, ma związek z przyznaniem odznaczenia »Bohatera Ukrainy« Eugeniuszowi Bierezniakowi. Od razu, gdy dotarła do mnie ta informacja, postawiłem sobie pytanie: dlaczego Rosja zapomniała innego swojego wojennego bohatera? Przecież Jelizawieta Jakowlewna Wołogodska, prosta radiotelegrafistka-wywiadowca, działająca pod pseudonimami „Olga” i „Komar” wypełniała równie ważne bojowe zadania. Czy nie należy jej się pamięć, choć Związek Radziecki już nie istnieje, a ona mieszka na Ukrainie?”
(fragment interwencji prezesa organizacji kombatantów w Inzie, rodzinnym mieście Olgi, którego jest honorowym obywatelem)



Kapitan staje po właściwej stronie

Czy to możliwe, by oficer Abwehry został agentem rosyjskiego wywiadu i ratując siebie, uratował od wojennej zagłady Kraków? Bierezniak twierdzi, że tak.
Do dowódcy grupy „Głos”, która informowała sztab armii marszałka Koniewa o ruchach wojsk w okupowanym Krakowie, docieramy dopiero po tygodniu rozmów z jego byłą żoną. 
– Allo, allo – głos Jewgienija Bierezniaka jest zaskakująco energiczny jak na niemal 90-letniego mężczyznę.
– Szukamy radzieckich wywiadowców, którzy w ostatnich dniach II wojny działali w Krakowie. Chcemy, by ujawnili, kto naprawdę ocalił miasto. Podejrzewamy, że największą zasługę mieli w tym nie Rosjanie, lecz Niemiec Kurt Hartmann.
W słuchawce dłuższą chwilę trwa cisza. – No, niedokładnie tak było. Ale któż to dziś może wiedzieć lepiej ode mnie. Przeczytajcie moją ostatnią książkę. I wtedy zatelefonujcie do Kijowa. Porozmawiamy – kończy Jewgienij Bierezniak.
Ostatnia książka Bierezniaka nosi tytuł „Przypadki mojego życia”. Opublikowało ją właśnie kijowskie wydawnictwo „Geneza” pod patronatem ministerstwa edukacji oraz ministerstwa obrony Ukrainy. W notatce o autorze czytamy: „J.S. Bierezniak, legendarny major Wicher, opisuje trudne losy wywiadowców w latach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, ujawniając dramatyczne epizody swojego życia”. 
Na trzydziestu stronach tych „dramatycznych epizodów” jest rzeczywiście niemało. Aż trudno uwierzyć, z jak wielkich opresji autor wychodził obronną ręką. Choćby „cud”, który wydarzył się pod Krakowem, gdy w 1944 roku Niemcy namierzyli w Sance radiostację „Głosu” i aresztowali Olgę. Bierezniaka nie zdołano odszukać w kryjówce. „Co robić? Strzelać? – myślał gorączkowo autor – ale oni zabiją wtedy Olgę i Wróblów. A ty sam zginiesz i już nie wykonasz swojego zadania (...) To mnie wstrzymało. Bo i co śmierć kilku hitlerowców i moja znaczyła wobec sprawy ocalenia Krakowa?”.
Jeszcze raz telefonujemy do Kijowa. – To, co uczyniła dla uratowania Krakowa grupa „Głos”, w zupełności wystarcza dla jej zasług. Niczego w tej sprawie nie muszę ukrywać ani dodawać – zastrzega na początku Bierezniak.
I choć sam pisał wcześniej o minerskim kablu, teraz przyznaje, że mogła to być propaganda. – Wiem o ładunkach wybuchowych, jakie umieszczono np. pod kościołem Mariackim, Teatrem Słowackiego, Dworcem Głównym, elektrownią czy gazownią, ale nie potwierdzę istnienia centralnego kabla. Te ładunki unieszkodliwili nasi saperzy, którzy weszli do miasta razem z oddziałami szturmowymi.
Jaką rolę odegrał w tym Hartmann? – Kluczową. Dzięki jego informacjom wojska radzieckie mogły zacząć ofensywę już 12 stycznia 1945 roku, by sześć dni później zdobyć Kraków prawie bez walki. O Kurcie Hartmannie chcę powiedzieć tyle, że przeszedł długą drogę od wspierania Hitlera do walki z faszyzmem po naszej stronie. Mogę powtórzyć to, co mu powiedziałem podczas ostatniego spotkania: pozdrawiam was, towarzyszu Hartmann!
Czy Bierezniak dysponuje dokumentami potwierdzającymi rolę kapitana Abwehry w ocaleniu miasta? 
– Posiadam listy Hartmanna, które napisał do mnie przed śmiercią. Wyjawił w nich wszystkie szczegóły i motywy nawiązania współpracy z wywiadem radzieckim. Kopię tego najważniejszego wyślę wam do Krakowa...
Listy Kurt Hartmann pisał na maszynie. Kartki opatrzył odręcznymi poprawkami. Zdradzają one podeszły wiek autora – litery są niemal nieczytelne. 
„Podczas przesłuchiwania Olgi w ośrodku Abwehry powiedziałem jej wprost: umożliwię ci ucieczkę, jeśli skontaktujesz mnie potem z partyzantami albo sowieckim dowództwem. Dlaczego tak postąpiłem? Do tej pory wszyscy uważali, iż w ten sposób ocaliłem swoje życie... Tymczasem powody były poważniejsze. Urodziłem się w Rydze w roku 1901 w rodzinie niemieckiej. Mój dziadek był generałem carskiej armii i walczył pod Sewastopolem. Wychowywałem się na rosyjskiej literaturze. Matka czytała mi Puszkina i Tołstoja. Długo nie czułem się Niemcem. Do Berlina trafiłem dopiero w 1940 roku pracując dla Abwehry jako tłumacz. I nie mogłem widzieć wroga w mojej pierwszej ojczyźnie – Rosji. Potem, w Białorusi byłem świadkiem takich bestialskich zbrodni niemieckich żołnierzy, że aż krwawiło mi serce”.
To wtedy Kurt Hartmann postanowił stanąć po „właściwej stronie”. Okazja nadarzyła się w Krakowie, gdzie przez Olgę nawiązał kontakt z grupą „Głos”. I przekazał do sztabu marszałka Koniewa tajne informacje o broniącej Krakowa od wschodu niemieckiej 17. Armii Polowej.
„Otrzymałem najważniejsze zadanie: podać miejsca pobytu korpusów, pułków i dywizji wchodzących w skład 17 Armii. Te wszystkie dane zawierała mapa pilnie strzeżona w sztabie armii. Znając obyczaje oficerów, postanowiłem do niej dotrzeć w niedzielę rano, kiedy dłużej spali po sobotniej pijatyce. Sierżantowi, który pełnił służbę w zastępstwie oficerów pokazałem swoją przepustkę Abwehry: czerwoną kartkę z żółtym, poprzecznym paskiem. Siadając na krześle i zapalając papierosa, rozkazałem mu wypisać na kartce jednostki 17 Armii wraz z ich lokalizacją. Potem podszedłem do mapy i starannie sprawdziłem to wszystko”.
Od 18 stycznia 1945 r. aż do dziś większość mieszkańców Krakowa nie wie, że to właśnie w ten niedzielny poranek Kurt Hartmann zdobył informacje, dzięki którym Armia Czerwona „ocaliła” miasto.

Kraków już nie wierzy 

Od naszych rozmów z Olgą we Lwowie minęło prawie pół roku, gdy wreszcie przysłała oczekiwany list. Ten, który stanowi najlepsze zakończenie całej tej historii.
W kopercie, ozdobionej wizerunkiem zmartwychwstałego Chrystusa, był oprócz listu artykuł wycięty z gazety. Lwowski dziennik „Wysoki Zamek” opublikował w Dzień Zwycięstwa wspomnienia Jelizawiety Jakowlewny Wołogodskiej, zatytułowane: „Kraków wie, jak go uratowano w czterdziestym piątym...”.
Wspomnienia spisało dwóch dziennikarzy: Anatolij Gorochowskij i Borys Kozłowskij. Swój komentarz umieścili we wstępie, nadając mu wymowny tytuł: „Czego nie wolno zapomnieć”. 
„Jak udało się uratować Kraków? To pytanie skierowaliśmy do wielu mieszkańców tego miasta. Młodzież wstrzymywała się z odpowiedzią. Starsze pokolenie, w tym i weterani wojenni, tłumaczyli ocalenie Krakowa odwagą wojska polskiego i mądrością jego dowódców. Nikt nawet nie wspomniał o zasługach grupy »Głos« dla uratowania dawnej stolicy Polski od zupełnego zniszczenia.
Co więcej, polscy historycy, politycy, a szczególnie działacze »Solidarności«, kategorycznie zaprzeczają, że radzieccy żołnierze i miejscowi patrioci odegrali jakąkolwiek rolę w ocaleniu Krakowa. Dodatkowo przekonują, że Niemcy nie podminowali miasta i dlatego nie istniało niebezpieczeństwo wysadzenia budynków w powietrze... 
Jednak Kraków dobrze wie, kto go uratował w 1945 r., co potwierdza wiele dokumentów. Jest to zresztą najbardziej bohaterski epizod w niebezpiecznej działalności radzieckiego wywiadu, wielokrotnie opisywany w książkach i filmowany. Niedawno dowódca grupy »Głos« Jewgienij Stiepanowicz Bierezniak otrzymał tytuł bohatera Ukrainy. Wiadomo, zawsze najpierw nagradza się dowódców... Teraz jednak nadszedł czas na uhonorowanie tych, którzy pozostawali w cieniu. Jelizawieta Jakowlewna nie pretenduje wprawdzie do wysokich nagród, ale po prostu chce, aby historia ocaliła całą prawdę o II wojnie, więc także i o jej działalności”.
Dalej zamieszczono wspomnienia Olgi, niczym nie odbiegające od tego, co już napisano o niej w radzieckich książkach. Jak gdyby zatrzymał się czas. Albo nawet cofnął.
W tekście cała prawda o zasługach radiotelegrafistki ma dwa znajome punkty kluczowe: to ona zwerbowała kapitana Abwehry Kurta Hartmanna do pracy dla radzieckiego wywiadu i to ona w gruncie rzeczy doprowadziła do przecięcia kabla minerskiego, zapobiegając zburzeniu Krakowa. Zacznijmy od Hartmanna. 
„Rozmawialiśmy bardzo szczerze. Okazało się, że ma na sumieniu zbrodnie popełnione na Ukrainie i Białorusi. Szybko zrozumiałam, iż wiedząc o zbliżającym się końcu III Rzeszy, Hartmann boi się o swoje życie. Przecież za wyrządzone zło będzie musiał zapłacić”. Dlatego zaproponowała mu współpracę. Rybka chwyciła haczyk.
„Już w sierpniu 1944 r. Niemcy planowali wciągnąć radzieckie wojska w zasadzkę urządzoną w Krakowie. Tysiące min zainstalowanych pod budynkami miały wybuchnąć grzebiąc w gruzach zarówno czerwonogwardzistów, jak i mieszkańców” – i Olga, i dziennikarze nie dopuszczają myśli, że Niemcy celowo rozpowszechniali tę informację – chodziło o zastraszenie krakowian i powstrzymanie ich od wzniecenia powstania na wzór warszawskiego.
Każda nieprawda rodzi kolejne. Bo skoro całe miasto zostało podminowane i skoro miało stanowić pułapkę, więc musiał istnieć centralny kabel, do którego podłączono wszystkie ładunki. Tak by jeden człowiek, oczywiście wróg, nacisnął jeden guzik...
„17 stycznia 1945 roku nasze wojska rozpoczęły walkę o miasto. Najpierw sowieccy saperzy razem z polskimi patriotami odkopali poprowadzony w transzei minerski kabel. Wiódł on do fortu na Pasterniku, gdzie Niemcy zainstalowali główny włącznik, który miał uruchomić śmiercionośną maszynerię”. Sowiecki mit o ocaleniu Krakowa, którym karmiono Polaków przez wiele lat, w byłym ZSRR wciąż uważa się za prawdę. A świadectwo Olgi jest tam ważniejsze od historycznych faktów. 
Jak władze Krakowa czczą pamięć tych, którzy uratowali miasto? Jelizawieta Jakowlewna przyznaje, że nie zna aktualnych zapatrywań Polaków. Może tylko powiedzieć, że demontaż pomnika marszałka Koniewa był najlepszym wyrazem zmiany punktu widzenia na historię. Zresztą także ona została „zdetronizowana” – we wsi Chałupki zasłonięto tablicę upamiętniającą jej działalność w okupowanym Krakowie.
Pojechaliśmy do Chałupek. Dawna wieś stanowi dziś jedno z osiedli Nowej Huty. W hallu miejscowego domu ludowego (Olga nazywa go „pałacem kultury”) wisi tablica – kawałek dykty z namalowanym napisem. Każdy może go kontemplować do woli.
Radiotelegrafistka nie zna też prawdy o Hartmannie. Na pytanie o jego powojenne losy odpowiada, że był księgowym w Berlinie. Jednak szantażowany przez byłych gestapowców musiał wrócić do ZSRR. I nawet nie wie, że Hartmann był po wojnie asem sowieckiego wywiadu i od kilku lat nie żyje.
Na zakończenie Olga podkreśla, iż choć ma blisko 80 lat, wciąż posiada znakomitą pamięć. „Wszystko, co działo się ze mną podczas II wojny noszę w głowie z najdrobniejszymi szczegółami. Najgorsze jednak, że nie ma o tym już komu opowiadać. A przecież bez względu na rodzaj panującej ideologii czy ustroju, zawsze pozostają w cenie takie wartości jak: wierność, odwaga i patriotyzm. Tej broni nie kupi się za żadne pieniądze”.

List Olgi

Jelizawiety Jakowlewny słuchaliśmy cierpliwie przez tydzień. Po powrocie do Krakowa długo myśleliśmy, co napisać, by nie skrzywdzić starszej, schorowanej i bądź co bądź zasłużonej kobiety. Zwlekaliśmy, aż nadszedł wspomniany list. 
„Szanowni państwo, Małgorzata i Bogumił. Myślę, iż nie udało się wam pokazać prawdy o uratowaniu Krakowa. Gdyby było inaczej, napisalibyście do mnie list. Sądzę, że moje wspomnienia was nie interesują.
Lwowska postępowa gazeta »Wysoki Zamek« wydrukowała artykuł, który wam wysyłam. Napiszcie, proszę, co o nim sądzicie? 
Dowiedziałam się, że w Dzień Zwycięstwa przebywał w Krakowie Bieriezniak. No cóż, nic dziwnego, przecież to dla was jedyny bohater”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 3 (2793), 19 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl