Komentarze

 


Janusz A. Majcherek Manewr bez głowy

Krzysztof Burnetko Tydzień w Sejmie: od zakazu do zakazu

Michał Okoński Nabici w kanister

Tomasz Fiałkowski Przygoda w Warszawie








 

 




  
Manewr bez głowy

Premier zmienił skład rządu w czasie rekordowego spadku społecznego poparcia, co sugeruje zamiar uzyskania poprawy notowań. Nie osiągnie jej jednak, bo nie usunął powodów zastrzeżeń. Więcej: dołożył nowych wątpliwości.
Dymisje nie objęły bowiem najbardziej kompromitujących ministrów: zdrowia i edukacji. Odwołany minister gospodarki prowadził kunktatorską i pokrętną politykę, bo taki był i jest gospodarczy kurs rządu. Połączenie resortów gospodarki i pracy nie jest, wbrew zapewnieniom, wariantem sprawdzonym w innych krajach, bo raptem kilka tygodni temu wprowadzono go w Niemczech i za wcześnie na ocenę efektów. Posunięcie takie ma wyeliminować nieliczenie się koordynatora polityki społecznej ze stanem gospodarki, ale o to akurat ministra Hausnera nie można było oskarżać. Minister skarbu był kontrowersyjny, ale nie bardziej niż strategia prywatyzacyjna rządu, która taką pozostaje i wymaga jasnej deklaracji woli. Weteran PRL-owskiego aparatu i tajnych służb, powołany na to stanowisko, był od poprzednika mniej politycznie kontrowersyjny, dopóki nie ujawniono jego życiorysu. Jeśli szef kampanii informacyjnej o UE się nie sprawdził, to nie wiadomo dlaczego został pomocnikiem jej nowego koordynatora. Uczynienie najbliższym współpracownikiem szefa rządu osoby obsesyjnie forsującej ustawę skierowaną przeciw mediom prywatnym, to sposób na pogorszenie relacji z dziennikarzami i uwikłanie urzędu premiera w konflikt ze środowiskami opiniotwórczymi, co na dobre mu nie wyjdzie. Krok taki w sytuacji, gdy ustawa ta stała się tłem bulwersującej afery korupcyjnej, to wręcz prowokacja.
Kraj potrzebuje gruntownej reformy finansów publicznych i to jest obecnie pierwszoplanowe zadanie rządu. Roszadami personalnymi nie uda się tej potrzeby zagłuszyć.
 

Janusz A. Majcherek






Tydzień w Sejmie: od zakazu do zakazu 

Wub. poniedziałek poseł Ziobro z Prawa i Sprawiedliwości zgłasza wniosek
o zakazanie organizacjom pozarządowym, które czerpią fundusze z budżetu lub z zagranicy, udziału w radiowej i telewizyjnej kampanii przed referendum w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Argumentacja brzmi: skoro ktoś dostaje pieniądze od państwa lub z Zachodu, to nie może być obiektywny i na pewno będzie wychwalał proeuropejską politykę rządu albo sam Zachód. 
Teza ta jest dość trudna do udowodnienia (chyba żeby doprowadzić ją do końca: tyle że wtedy, przykładowo, posłowie nie powinni jeździć na konferencje organizowane przy współudziale Unii Europejskiej, korzystać z autostrady Wrocław-Gliwice budowanej po części z funduszy Unii itd. Nie mówiąc już, że bije w istotę organizacji pozarządowych oraz swobodę dyskusji i życia publicznego. 
Ale że wcześniej postulat taki zgłaszała Liga Polskich Rodzin, a teraz popierają go też niektórzy parlamentarzyści z Polskiego Stronnictwa Ludowego, więc niewykluczone, że sejm przegłosuje te zmiany. I absurd zostanie usankcjonowany. 
W ub. środę posłowie zgodnym chórem popierają rządowy projekt nowelizacji kodeksu postępowania cywilnego, przewidujący likwidację możliwości eksmisji. W chórze występują wspólnie posłowie SLD choć to właśnie SLD-owski rząd wprowadził przed paru laty prawo do eksmisji, powołując się na ideę racjonalizacji zasobów mieszkaniowych) i parlamentarzyści Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości, które to partie określają się jako prawicowe – a więc powinny, zdawałoby się, bronić prawa własności, wymagalności zobowiązań, swobody umów itd. Posłowie powołują się teraz na ideę humanitaryzmu (SLD) oraz naukę Jana Pawła II (PiS). Nie baczą na to, że prawo do eksmisji jest dziś mocno ograniczone – właśnie z uwagi na takie racje już dziś nie można wyrzucać z zajmowanych mieszkań kobiet w ciąży, obłożnie chorych, małoletnich, emerytów, rencistów, bezrobotnych itd., istnieje zakaz eksmisji w okresie zimowym, w każdym przypadku decyzję podejmuje sąd itp. Nie baczą na prawa właścicieli lokali czy zwykłą uczciwość, bo przecież, przykładowo, w przypadku spółdzielni mieszkaniowych to uczciwi ich członkowie płacą za tych nieuczciwych (a wedle statystyk 1/3 członków spółdzielni nie reguluje w terminie czynszów – i niekoniecznie są to osoby najgorzej sytuowane). Nie baczą wreszcie na rozsądek: skoro kogoś nie stać na większe mieszkanie w centrum miasta, to powinien zmienić lokal na mniejszy, położony w mniej atrakcyjnym miejscu, a przez to tańszy. Teraz – jeśli sejm przegłosuje zmiany – cwaniactwo i, znowu, absurd zostaną usankcjonowane przez prawo.  


Krzysztof Burnetko






Nabici w kanister

Pamiętacie telewizyjną akcję „Reklama dzieciom”? Pamiętacie wzruszone głosy prezenterów, informujących że dochód z bloku reklamowego, emitowanego w wieczór wigilijny przed Wieczorynką (Wigilia jest w TVP, poza wspomnianym blokiem, dniem bez reklam), miał być przekazany przez Telewizję „instytucjom i placówkom, które prowadzą działalność opiekuńczą, wychowawczą i zdrowotną na rzecz dzieci”? Pamiętacie? To posłuchajcie.
W styczniu 2001 „Wiadomości” zarzuciły koncernowi naftowemu Orlen sponsorowanie kampanii prezydenckiej Mariana Krzaklewskiego. Sprawa trafiła do sądu, a ponieważ informacja okazała się wyssana z palca, TVP zawarła z Orlenem ugodę: po pierwsze, opublikuje w mediach przeprosiny, po drugie, przekaże połowę dochodu z akcji „Reklama dzieciom” na konto... fundacji Orlen Dar Serca.
Wiecie, co to jest Orlen Dar Serca? Ja nie wiem, choć próbowałem się dowiedzieć. Wiem oczywiście, że wiele wielkich firm powołuje własne fundacje dla celów podatkowych – żeby przekazywać im w darowiźnie nadwyżki z dochodów. Ale myślę, że dla telewidzów instytucja „prowadząca działalność opiekuńczą, wychowawczą i zdrowotną na rzecz dzieci” to np. rodzinny dom dziecka czy hospicjum, a nie fundacja firmy paliwowej. Wychodzi więc na to, że znów zostaliśmy przez telewizję nabici – może nie tyle w butelkę, co w kanister.


Michał Okoński




Przygoda w Warszawie

Jakie mogą być konsekwencje sprzeczki z taksówkarzem? Jeśli pracuje on w stołecznej firmie Bayer Taxi – bardzo poważne. Doświadczyli tego nasi dwaj warszawscy współpracownicy, którzy z przyjaciółmi wracali nocą do domu. Zrezygnowawszy z usług zamówionej wcześniej taksówki Bayera, wsiedli do wozu innej firmy. Obrażony kierowca zawezwał przez radio posiłki i urządzono pościg za krnąbrnymi klientami. Wyciągnięci z samochodu, zostali poważnie pobici. 
Sprawę opisała „Gazeta Wyborcza”, pokazały ją telewizyjne „Wiadomości”. Reportażowi umieszczonemu na stronie internetowej „GW” towarzyszyły liczne głosy internautów. Wynikało z nich, że podobne zdarzenia nie są odosobnione i że w stolicy istnieją firmy, które słyną z brutalności, chamstwa i nieuczciwości, a „mafia taksówkowa” pod Dworcem Centralnym to tylko część większej całości. I tylko „Rzeczpospolita” zredagowała swoją notę w dość osobliwy sposób, jakby autorowi mniej zależało na podaniu faktów, bardziej zaś na podkreśleniu, że to właśnie dziennikarze naszego pisma „pobili się z taksówkarzami”. Niestety wyniki obdukcji nie pozostawiają wątpliwości co do tego, kto był napastnikiem, a kto ofiarą.
Wiem, że taksówkarz to zawód wysokiego ryzyka i rozumiem obawę przed możliwą napaścią. Czym innym jednak jest samoobrona, czym innym – zwyczajne gangsterstwo. Podobnego zdania zdaje się być nowy prezydent Warszawy, który zagroził firmie Bayer nieprzedłużeniem koncesji.
 


Tomasz Fiałkowski


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 3 (2793), 19 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl