O wszystkim


Pan premier i stół

ANDRZEJ DOBOSZ


5 listopada minionego roku w domu aukcyjnym Sotheby’s w Nowym Jorku sprzedano jedyną z wersji „Nenufarów” Claude Moneta z roku 1906, o rozmiarach 88,9 cm na 92,1 cm, za 18 milionów 700 tysięcy dolarów. Nie jest to zresztą żaden rekord. Ten należy do Rubensa, którego „Rzeź niewinniątek” w formacie 142 na 182, olej na desce, a ściśle na sześciu deskach dębowych spojonych horyzontalnie, Sotheby’s sprzedał 10 lipca w Londynie za 49 milionów 600 tysięcy funtów, co odpowiadało tego dnia 76 milionom 230 tysiącom dolarów. Tak więc suma 17 i pół miliona dolarów, o której tyle ostatnio słyszymy, nie zadowoliłaby na świecie żadnego poważnego kolekcjonera, skoro nie można za nią mieć nawet jednego obrazu. Inna sprawa, że u nas wystarczyłaby może na wykupienie niemal wszystkiego dobrego, co malowano w Polsce po wojnie.
W piątek 10 stycznia Instytut Polski w Paryżu zainaugurował tegoroczną działalność pokazem spektaklu telewizyjnego Andrzeja Seweryna według „Obłudnika” Moliera i spotkaniem z reżyserem.
W momencie, gdy pojawia się Tartuffe, byłem nieco zawiedziony, że to nie sam Seweryn objął tę rolę. Występowali w niej zawsze aktorzy doświadczeni. W roku 1925 wybrał ją na jubileusz 25-lecia pracy scenicznej, sam ją też reżyserując Aleksander Zelwerowicz. Miał wówczas lat 48. Jaracz grał ją w roku 1938, mając lat 55. Ludwik Solski – urodzony w roku zgonu Mickiewicza – reżyserował i grał Świętoszka w siedemdziesiątej dziewiątej wiośnie życia. „Jego Tartuffe – pisał Boy, recenzujący przynajmniej sześć różnych przedstawień tej przez siebie tłumaczonej sztuki – tracił przytomność od pierwszego widoku Elmiry, zaledwie zdołał się powściągnąć, aby nie przejść od słów do uczynków... Ze wszystkich Świętoszków, jakich dane było mi oglądać, Tartuffe Solskiego najsilniej przypiekany był ogniami pożądliwości. Cześć starej gwardii”.
Rewelacyjny Michał Żebrowski w pełni sprostał tej legendarnej roli. Obsadzenie go było świetnym pomysłem. Młody człowiek osiągający taką klasę obłudy jest znacznie groźniejszy od kogoś, kto doszedł do niej dopiero z wiekiem. Szczęśliwy był też wybór przekładu Bohdana Korzeniewskiego i zastąpienie tradycyjnego Świętoszka – Obłudnikiem, co poszerza sens epitetu. Andrzej Seweryn okazał się równie doskonałym reżyserem, jak jest aktorem.
Zwykle Tartuffe przyćmiewał Orgona. „Figurę równie ważną, a niemal trudniejszą do zagrania; nie da się go zbyć pulchnym brzuszkiem i gierkami” – narzekał Boy z okazji inscenizacji Solskiego. Chmielewski przy Jaraczu i Maszyński obok Zelwerowicza byli po prostu nieodparcie komiczni.
Spektakl Seweryna pokazał, że tekst Moliera nie jest dziś „banałem za nudnym dla gimnazjalistów, a za dziecinnym dla ludzi dojrzałych” – jak skłonny był w r. 1939 sądzić Irzykowski, może na złość Boyowi. Tego wieczoru zdaliśmy sobie sprawę, że jest to ostry dramat całkiem współczesny. Gdyby Telewizja Polska pokazywała takie rzeczy w porze dziennika, a nie gdzieś w głębiach nocy, zmieniłbym o niej zdanie. Cieszę się zresztą, że widziałem rzecz w naprawdę dużej grupie ludzi reagujących podobnie.
Orgon Krzysztafa Kolbergera jest u Seweryna poważnym uczestnikiem dramatu. Gdy nakłoniony przez żonę Orgon lokuje się pod stołem, wcale nie było na widowni nadmiernej wesołości. W tym momencie przypomniłem sobie nagle słowa pana prezydenta, że Adam Michnik wykonał pracę operacyjną. Jeśli w naszych czasach obłuda rozkwita równie bujnie jak za Moliera, to nowoczesne metody jej demaskowania okazują się nieporównanie mniej skuteczne.
Gdyby autor „Z dziejów honoru w Polsce”, mający łatwy dostęp do pana premiera, zechciał i zdołał namówić szefa rządu przed decydującą rozmową z p. Rywinem, by zechciał na kilka minut znaleźć się pod stołem, nie byłoby żadnej afery. 
Orgon Kolbergera jest zacnym, poważnym i nawet zasłużonym człowiekiem. Nie ma w nim nic błazeńskiego. Nawet się pod ten stół wcale nie pcha, pozwala się tam umieścić z najwyższym trudem. W ten sposób niezawodnie jednak poznaje prawdę.
„Agora” byłaby z pewnością w stanie dostarczyć stół pozwalający do minimum zredukować niedogodność przebywania pod nim. Nie ulega wątpliwości, że pan premier słysząc p. Rywina zareagowałby niezwłocznie i właściwie. A tak są tylko taśmy, ale nie wiadomo, czy taśmy oryginalne, czy już przegrane. Taśmy trzeba przesłuchiwać. Przy przesłuchiwaniu mogą się zniszczyć albo zginąć. Minister sprawiedliwości-prokurator generalny, a zarazem członek formacji, na którą padł cień, zleca w końcu śledztwo podległym sobie prokuratorom. Obok przesłuchania taśm zaczynają się przesłuchiwania osób. Powstaje komisja parlamentarna pod przewodnictwem członka tej właśnie koalicji. Kolejna sprawa nie do rozwikłania.
Tyle że wiele nasuwających się pytań – dlaczego akurat 17 i pół miliona? czemu proponowanej sumy nie zaokrąglono? – odwraca skutecznie uwagę od spraw naprawdę istotnych, takich jak próby sparaliżowania działalności Instytutu Pamięci Narodowej przez kolejne pozbawianie go środków czy to, że ludzie zamarzają na śmierć podczas zimy. We Francji w tym roku także zamarzło dziewięć osób – co wywołało jednak stanowcze reakcje zarówno władz, jak opinii publicznej.












 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 3 (2793), 19 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl