Na marginesie wywiadu arcybiskupa Michalika


Wolność i odpowiedzialność w Kościele

Ks. Adam Boniecki



Rozmowa szefa Katolickiej Agencji Informacyjnej Marcina Przeciszewskiego z arcybiskupem Józefem Michalikiem, przedrukowana w „Gazecie Wyborczej” (11–12 stycznia), jest wydarzeniem godnym uwagi, bo nieczęsto nasi biskupi podejmują na łamach prasy tak, chciałoby się powiedzieć, spontaniczny dialog w sprawach dotyczących najbardziej delikatnych sfer życia Kościoła. 


Wywiad określam jako spontaniczny, bo czytelnik z łatwością może zauważyć, że jest to niemal dosłowny, bez retuszów, zapis rozmowy, w której hierarcha mówi po prostu to, co myśli. Nie zamierzam się tu zajmować nieścisłościami czy przekłamaniami faktów ilustrujących wygłaszane tezy (a niektóre są co najmniej zaskakujące, jak zestawienie roli środowiska Znak z rolą „księży patriotów” czy odwołanie się w związku z wydarzeniami w Tylawie do mającej usprawiedliwiać akcję „Wisła” komunistycznej agitki „Łuny w Bieszczadach”). Chcę zająć się tym, co stanowi najważniejszy, w moim przekonaniu wątek rozmowy: kwestią wolności i odpowiedzialności w Kościele.

Bezpieczna droga instytucji

Spróbujmy najpierw odczytać wskazania Arcybiskupa, odnoszące się do interesującego nas tematu.
W Polsce potrzebne jest stworzenie środowiska politycznego o inspiracji „prawdziwie chrześcijańskiej”, które by było „dostatecznie dojrzałe”.
Pluralizm domaga się budowania pomostów pomiędzy Kościołem a środowiskami od niego odległymi, w oparciu o pokorę, szczerość, szacunek do innego punktu widzenia, przekonań czy nawet zachowań. Bez rozmywania jednak własnej tożsamości, prawdy czy hierarchii wartości.
Obawami o Kościół katolicy mają prawo, „a może” i obowiązek dzielić się, ale powinni czynić to „w domu”, wobec biskupów, w szczerej rozmowie. W przeciwnym przypadku stają w opozycji wobec Kościoła hierarchicznego.
Pole działania świeckich to sfera życia rodziny, nieuczciwość partii i elit rządzących, etyka pracodawców i pracowników, niemoralność i „nieobowiązywalność” niektórych ustaw. Inne jeszcze zadania to tworzenie Akcji Katolickiej; opcja na rzecz ubogich, realizowana środkami ubogimi w zaradzaniu ubóstwu; zakładanie grup apostolskich czy modlitewnych dla zagubionej młodzieży; zbieranie podpisów i manifestacje w obronie poczętego życia, wprowadzanie etyki w wychowaniu do życia rodzinnego.
Z Akcją Katolicką Arcybiskup wiąże wielkie nadzieje. Zapewnia, że gwarantuje ona świeckim prawo do wspólnego działania na własny rachunek. Powołuje ją (Akcję Katolicką) biskup, i biskup nadaje duchowość tej grupie świeckich, która „jest »jego« stowarzyszeniem, ludźmi, którzy chcą stanąć obok niego i razem realizować wspólnie wyznaczone zadania”. Jest to bezpieczna i uprzywilejowana droga.

Granice zaufania

Rozpisany na szczegółowe wskazania obraz prowokuje wiele pytań.
Kto, i przy pomocy jakich kryteriów, ma osądzać, czy zaangażowanie świeckich jest „uczciwe”, czy ich chrześcijańska inspiracja jest „prawdziwie chrześcijańska” i czy środowisko jest już „dostatecznie dojrzałe”?
Czy np. umożliwiając w katolickim piśmie prezentację „innego punktu widzenia, przekonań, czy nawet zachowań” należy się do nich zawsze odnosić polemicznie lub apologetycznie?
Co robić, jeśli „szczera rozmowa z biskupem” nic nie daje? Co robić, jeśli „obawy o Kościół” są związane z zachowaniem własnego biskupa? Tej właśnie sprawy dotyczył list zdesperowanych księży poznańskich, przekazany polskiej delegacji na Synod Biskupów. Czy w takich przypadkach działanie wiernych nigdy nie może wykroczyć poza ramy Kościoła instytucjonalnego? Czy nie istnieje – po wyczerpaniu innych sposobów, także obowiązek poinformowania wspólnoty?
Jeżeli to ruchy, a nie Akcja Katolicka, pociągają ludzi – może dzieje się tak dlatego, że wymykają się ścisłym dyrektywom i kontroli Instytucji? Przecież Kościół stale ma z nimi kłopoty, by wspomnieć ruch „wspólnot podstawowych” czy wieloletnie problemy związane z opracowaniem statutu neokatechumenatu. Powodzenie ruchów Erich Fromm wyjaśnia zapotrzebowaniem słabszych osobowości na oparcie w takich strukturach. Ale co z tymi, których podobna forma zaangażowania i religijności nie pociąga? Czy są skazani na duchowość gorszą? Co mają zrobić członkowie Kościoła, kiedy zechcą w swym zaangażowaniu wyjść poza wymienione przez Autora „najbardziej podstawowe treści”, np. dlatego, że w danej sprawie duchowni wszystko powiedzieli? Jeśli nawet Akcja Katolicka jest „drogą pewną i bezpieczną”, co wtedy, gdy katolik zechce wybrać drogę mniej uprzywilejowaną i bezpieczną? Przecież Akcja jako „stowarzyszenie biskupa” angażuje jego autorytet, dlatego wiele debat, jak np. niegdysiejsza debata o nauczaniu religii w szkole, jest w tego rodzaju instytucji z góry skazana na ograniczenie, jako debata wśród ludzi tak samo myślących.
Czy debaty, w których do głosu obok „dobrych chrześcijan” dopuszczeni są także ludzie myślący inaczej niż Episkopat, muszą się toczyć poza mediami noszącymi tytuł „katolickie”? Na czym ma polegać „głęboka jedność z Kościołem hierarchicznym”? Na czym „posłuszeństwo wiary tym, którym jest powierzona troska o poprawność nauki”? Czy „głęboka jedność” ma zastosowanie także wtedy, gdy hierarcha zachęca do głosowania – jak to miało miejsce – na określoną listę wyborczą? Czy krytyczna ocena tamtego zaangażowania „posłuszeństwo wiary” narusza? Czy wskazane przez Księdza Arcybiskupa priorytety i w ogóle priorytety wskazywane przez biskupów mogą być przedmiotem dyskusji?
Dla Metropolity Przemyskiego mniej więcej takim samym zagrożeniem Kościoła w Polsce są „Radio Maryja” i „Tygodnik Powszechny” z tej racji, że – mniejsza, w jaki sposób – oba media nie są zdyscyplinowane. Więc co? Trzeba je zdyscyplinować, a wtedy wszystko zmieni się na lepsze? Jest rzeczą oczywistą, że nie wolno mieszać nauki Kościoła z własnymi pomysłami; że członków Kościoła obowiązuje posłuszeństwo w zakresie jego nauki i dyscypliny. Niepokój jednak budzi takie zaangażowanie w jakąś prawdę, które czyni zbędnym pytanie o jakąkolwiek inną prawdę. Niepokój budzi propozycja „bezpiecznej drogi”, jeśli ma być stawiana wyżej niż droga niebezpiecznych pytań, poszukiwań i otwarcia się na inne sposoby wierzenia.
Trudno negować potrzebę nauczania i dyscypliny w Kościele. Mój niepokój dotyczy granic wolności i zaufania do człowieka poszukującego, tych wspaniałych znamion Kościoła, które zaowocowały choćby Soborem Watykańskim II, przygotowanym w znacznej mierze przez ludzi, których odrzuciła lub przynajmniej zmusiła do milczenia instytucja.

Zarządzanie i nauczanie

Istota problemu zawiera się jednak we fragmencie, w którym Ksiądz Arcybiskup omawia zjawisko „beztroski eklezjalnej”.
Jedność – stwierdza on – jest największą siłą Kościoła. Środowisko przyjmujące przymiotnik „katolickie” nie może mieć najmniejszych wątpliwości w zasadniczych sprawach wiary czy nauki Kościoła. „Jestem przekonany – wyznaje arcybiskup Michalik – że powoli wszyscy dojrzewamy do tego, że każde pismo, książka, dom wydawniczy, radio czy telewizja katolicko-świecka czy zakonna stawać się będzie nie tylko głosem katolików, ale, bez najmniejszych wątpliwości głosem i słowem, i myślą katolickiego Kościoła”. Wszak różnice zdań i opinii są źródłem zgorszenia.
Ten fragment – w moim przekonaniu – to kluczowy punkt rozmowy. Odnoszę wrażenie, że mamy w nim do czynienia z tym, co znakomicie ukazał ks. Tomasz Węcławski w publikowanym na naszych łamach cyklu „Wielkie kryzysy tradycji chrześcijańskiej” (wydanym w 1999 r. przez Wydział Teologiczny UAM), opisując niektóre konsekwencje Oświecenia, ujawniające się już od drugiej połowy XVIII w. i trwające do naszych czasów. „Nowy porządek – pisał ks. Węcławski – zaczyna oddziaływać także na sposób sprawowania władzy w wielkich Kościołach chrześcijańskich. Również tu na pierwszy plan coraz wyraźniej wysuwa się nauczanie i zarządzanie (a czasem taki rodzaj nauczania, który w istocie jest bardziej zarządzaniem niż nauczaniem). Ludzie Kościoła tego czasu (...) okazują się w znacznym stopniu bezradni wobec tego, co się stało – i to nie tylko intelektualnie, ale także jako przywódcy religii. Prawdziwie twórczy religijny niepokój XIX stulecia rodzi się gdzie indziej, często poza chrześcijaństwem instytucjonalnym. (...) Rosnącemu znaczeniu kościelnego nauczania i zarządzania odpowiada pewne oczekiwanie czy wprost gotowy model szeregowego członka kościelnej społeczności. Można go nazwać modelem dobrego wyznawcy – wzór lojalnego i obowiązkowego obywatela, podwładnego, którego obowiązkowość wyraża się w praktycznym przestrzeganiu zasad głoszonych w kościelnym nauczaniu”. Rośnie ilość (i jakość) kościelnych dokumentów oraz sprawność administracyjna kościelnych instytucji – zwłaszcza centralnych. „Oba te działania – same w sobie uzasadnione i potrzebne – nie przekładają się jednak na taki wzrost obecności Ewangelii w naszym świecie, jakiego wielu zdaje się po nich oczekiwać – konkluduje autor „Wielkich kryzysów...”. – Jeśli wzrost ten mimo wszystko następuje, stoją za tym inne jeszcze przyczyny i działania, czasem – przynajmniej na pierwszy rzut oka – dość dalekie od kościelnych wyobrażeń i zamierzeń oficjalnych”.

*

Wiem, że u podstaw wskazań arcybiskupa Michalika leży autentyczna troska o pierwotną czystość chrześcijaństwa, że pokazany tu obraz Kościoła jest reakcją na rozpadanie się tradycji religijnych i związanych z nimi instytucji, a także coraz mocniej obecny w Europie pluralizm, który może prowadzić do relatywizmu religijnego i moralnego. Te obawy są uzasadnione, ale debata o tym, jak się wobec nich zachować, toczy się w Kościele i choć jest trudna, może nawet i niepokojąca, to przecież nie da się jej ukryć przed wiernymi.
Wywiad z Księdzem Arcybiskupem (przecież wywiad, a nie dekret ani nawet list pasterski) chcę odczytać jako zaproszenie do takiej debaty. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 3 (2793), 19 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl