Media i sumienie


Nowe stulecie bezczynnych gapiów

Zygmunt Bauman



Świadek zła wystawiony jest na moralną próbę. Co mogłem zrobić, by zło powstrzymać? Czy to, co robiłem (lub czego nie zrobiłem) mogło coś w tym, co się stało, odmienić? Czy przypadkiem nie wspomogłem zła, choćby i pośrednio, choćby nieopatrznie lub bezwiednie w jego niecnej robocie? 


Około pół wieku temu, przypatrując się powstawaniu globalnej sieci radiowych stacji nadawczych, Alfred Weber, młodszy i mniej głośny brat wielkiego Maxa, ale nie mniej tęgi od brata socjolog, zauważył, że świat się raptownie kurczy – a w skurczonym świecie trudno będzie ludziom twierdzić uczciwie, z ręką na sercu, że „nie wiedzieli, co się działo”. Nie słyszałem Webera, gdy o tym mówił, ale kiedy wczytywałem się w słowa na papierze spisane dobiegły mnie uczucia dźwięczące w jego głosie. Mieszane uczucia: niepokój, ale i nadzieja.
Niepokój: czy ludzie, kruche wszak i samolubne, niechętne na ogół samozaparciu i samopoświęceniu istoty, zdołają sprostać nowemu wyzwaniu? Czy potrafią dźwigać – cierpliwie, godnie, z zachowaniem prawości – niedoświadczony przez siebie dotąd ciężar informacji? Całą tę wiedzę o bezmiarze ludzkiej niedoli, zła, jakie ludziom się dzieje i bólu, jaki się im zadaje? Czy nie będą raczej – tchórzliwie, podle, niegodziwie – szukać schronienia przed sumieniem we wzajemnych pomówieniach, kalumniach, miałkich waśniach i podjazdowych wojnach? Czy nie będą węszyć złoczyńców, gdzie popadnie i gdzie wygodnie, byle tylko nie pod własnym dachem?
Nadzieja: może teraz wreszcie, gdy cierpienia wszystkich wszystkim będą znane i nikomu nie wolno będzie zasłaniać się ignorancją, uznamy i przyznamy swą odpowiedzialność wzajemną i pośpieszymy z pomocą komukolwiek, gdziekolwiek, kiedykolwiek pomoc ta będzie potrzebna? Może nasza nowa wiedza pomoże nam, skłoni nas czy zmusi, wspiąć się na wyżyny zawartego w niej etycznego wyzwania?

Telewizyjne imperium

Nie w tym tylko rzecz, że w ciągu tych lat pięćdziesięciu masa informacji wytwarzanej, nadawanej i dostarczanej do ludzkich domostw rosła w postępie logarytmicznym. Ilość informacji „dostępnej” (bez cudzysłowu tu się nie obejdzie, jako że czasy, gdy umysł ludzki mógł jeszcze ogarnąć i wchłonąć całość, lub przynajmniej najistotniejszą część, pozostającej w ludzkim zasięgu informacji w zamierzchłą już zapadły się przeszłość) jest zaprawdę bezprecedensowa, ale o ileż donioślejsza w skutkach jest jakościowa zmiana postaci, w jakiej informacja dociera do mieszkań ludzkich.
Radio, jak i gazety, „opowiadają historie”. Opowiadaniom można wierzyć lub nie, można przejąć się ich przesłaniem lub je zbagatelizować, przyjąć je do serca lub przejść nad nim, jak to się mówi, „do porządku dziennego”. Telewizja dostarcza obrazów – jaskrawych, klarownych, dosadnych, po wielekroć (w odróżnieniu od zdarzeń, o jakich donoszą) powtarzanych, a przy tym „przyklejonych”, jak to w fotografii naturze, „do rzeczy samej” – a i bardziej od „rzeczy samej” oczywistych i rzeczywistych, jako że doskonalszych technicznie niż „rzecz sama” w najśmielszych snach stać się mogła. W naszych czasach jakość „rzeczy samych” (ba, ich wiarygodność także) mierzy się standardem stanowionym przez kamery telewizyjne. Nad towarami wyłożonymi na półkach sklepowych zdarza się zobaczyć napis „jak pokazano w telewizji” – potwierdzenie najmiarodajniejszej z instancji, że rzecz, na jaką patrzysz, jest tą właśnie, jakiej szukasz. To, co uprawomocnia jakość dóbr w sklepach, stosuje się i do standardów człowieczego samostanowienia. Kartezjusz mógłby przeformułować swe Cogito: „widać mnie na ekranie, więc jestem”. W miarę tego jak doskonałość środków technicznych i kunszt operatorów degradują zwolna, lecz nieubłaganie rzeczywistość pozamedialną, którą kamery miały w założeniu oddawać wiernie i przekazywać w stanie nienaruszonym, coraz trudniej ignorować obrazy na ekranie, a już tym bardziej bagatelizować je lub potępiać, na mocy zasady Rankego wie ist es eigentlich gewesen („Jak to naprawdę było”). Z wszystkiego, co wiemy, wynika, że to, co widać na ekranie jest tym, co się naprawdę zdarzyło. To w prawdziwość zdarzeń nie pokazanych na ekranie wolno nam wątpić...

Brazylijskie motyle 

Wszyscy zatem, mieszkańcy „globalnego telemiasta” (jak nazwał naszą na wskroś zelektronizowaną planetę duński socjolog Henning Bech) jesteśmy (świadomie lub nie, z własnej chęci bądź z musu) świadkami krzywd dziejących się ludziom w najdalszych nawet zakątkach świata. O panoszeniu się zła wiemy nie tylko ze słyszenia; przyglądamy się złu w stawaniu się i działaniu, choć niewiele robimy, by naprawić wyrządzoną szkodę, a tym bardziej, by jej zapobiec. W na co dzień odgrywanym dramacie ludzkiej niedoli przypadła nam rola widzów. Nie mamy prawa usprawiedliwiać się niewiedzą. Możemy wiedzieć – i wiedzielibyśmy, gdybyśmy tylko wiedzieć chcieli.
Naoczny świadek zła wystawiony jest na moralną próbę. Widok czynionego zła godzi dotkliwie w sumienie. Co mogłem zrobić, by zło powstrzymać? Czy to, co robiłem (lub czego nie zrobiłem) mogło coś w tym, co się stało, odmienić? Czy przypadkiem nie wspomogłem zła, choćby i pośrednio, choćby nieopatrznie lub bezwiednie w jego niecnej robocie? Czuję się winny, choć poczucie winy jest mgliste i choć zaprzeczyłbym stanowczo, gdyby mnie o współsprawstwo oskarżono. Mam zresztą znakomite argumenty prawne, by się winy wyprzeć. Zarzut nie ostałby się zapewne w żadnym ziemskim sądzie. Nawet gdyby uznałaby go za uzasadniony ława przysięgłych – pośpieszyliby na ratunek uczeni prawnicy i powołując się na brak paragrafu niewinności mej dowiedli. Ale cóż: sumienie jest bystrzejsze, czulsze, a i bardziej uparte niż najrozsądniejsze z rozsądkowych argumentów. Winy się nie dowiedzie, ale poczucia winy się nie przepędzi, ani ukłuć sumienia nie uśmierzy...
Linię oddzielającą świadków zbrodni od jej sprawców i ich wspólników da się klarownie przeciągnąć tylko w sali sądowej. We wnętrzach sumień linia jest niewyraźna, rozmazana... W sądzie da się dowieść, że zachowanie się świadka na przebieg zdarzenia nie wpłynęło. Ale sumienia się nie przekona. Drążyć je będzie dalej podejrzenie, że gdyby tylko się człowiek postarał, i chciało mu się postarać, sprawy potoczyłyby się inaczej. Nawet dowód niemożności starań i chcenia nie ukoi sumienia; być może dołoży tylko wstyd do winy... Rozpoznacie nieczyste sumienie po pasji, z jaką zaprzecza się jego zbrukaniu.
Są i inne symptomy. Dla przykładu, oszałamiająca kariera tytułu artykułu opublikowanego dwadzieścia lat temu w mało znanym, a jeszcze mniej czytanym czasopiśmie przez Edwarda Lorenza: „Czy trzepot skrzydeł brazylijskiego motyla może wywołać trąbę powietrzną w Teksasie?”. „Butterfly effect” stał się frazą obiegową i jest dziś na wszystkich ustach. By dorobić się podobnej popularności, musiał ów zwrot dotknąć jakiejś czułej struny; albo obudzić przeczucie drzemiące na wygnaniu w głębinach podświadomości. Czy nie jesteśmy przypadkiem jak te brazylijskie motyle? Trzepotamy skrzydłami beztrosko, a po paru dniach oglądamy w „Panoramie” spustoszone w odległej krainie domostwa, choć, jak owym motylom, nigdy nie wpadnie nam do głowy, by te dwie sprawy powiązać. Z takim podejrzeniem trudno o błogi spokój. Szukamy zatem gorączkowo sposobu na ponowną jego banicję. A jaki sposób lepszy od odmowy podejrzeniu zasadności? Jeśli zaś bezzasadności dowieść się nie uda – od zaprzeczenia, że się podejrzenie żywiło?

„Zrobiłem, co w mojej mocy”

Informacyjna eksplozja pozbawiła mocy najczęściej niegdyś używaną formułę zaprzeczenia: „Nie wiedziałem”. Zastępuje ją więc coraz częściej inny wybieg: umieszczanie cierpiących poza obrębem moralnej powinności. Tak, to prawda, że cierpią, ale sami cierpieniom winni, grzesznikami są, a nie ofiarami, sami ściągnęli biedę na swe głowy – swą gnuśnością lub brakiem dobrej woli, niezgulstwem lub nikczemną intencją. Nie są takimi, jakimi ludzie być powinni, a przynajmniej nie są nimi w pełni, nie są takimi jak my ludźmi – a więc i nie zasługują na takie potraktowanie, jakie ludziom jak my się należy. Ich los jest słuszną karą za ich grzechy.
Pokusa, by się takim usprawiedliwieniem posłużyć jest ogromna i rośnie w miarę powiększania się liczby ofiar, których cierpień, dzięki dosadnym a wszędobylskim wizerunkom ich niedoli, jesteśmy świadomi. W końcu ta pokusa staje się nie do odparcia; ale też niecna to pokusa i oprzeć się jej trzeba, jeśli nie chcemy, by efektem informacyjnej eksplozji było jeno dokładanie zniewag do ran i dalsza porcja moralnej znieczulicy. Miast ułatwić nam pojmowanie źródeł ludzkiej niedoli i korzeni zła, powszechnie chwalona rewolucja informatyczna może uczynić zrozumienie naszej współodpowiedzialności za wspólnotę ludzką trudniejszym jeszcze – wręcz niemożliwym – do osiągnięcia.
Innymi znów popularnymi sposobami zagłuszania wyrzutów sumienia są stwierdzenia: „nie mogłem temu zaradzić” lub „zrobiłem co w mej mocy”. Takie stwierdzenia nie są dowodem wybujałej fantazji ani wyrazem samozakłamania. Ich wiarygodność znajduje co dzień na nowo potwierdzenie w doświadczeniach zindywidualizowanego społeczeństwa, które czyni więzi ludzkie kruchymi i zwiewnymi, a podejmowanie zobowiązań (szczególnie tych na długą metę) przedstawia jak kroki ryzykowne, których istota racjonalna winna się wystrzegać. W takim społeczeństwie ludzie zmuszeni są działać w warunkach dotkliwej niepewności. By użyć terminu Pierre’a Bourdieu, który powiadał, że żyją na co dzień w sytuacji nieuleczalnej. Są więc niepewni słuszności własnych poczynań i nieufni wobec poczynań innych „podobnych im” ludzi. Niepewność rodzi z kolei dojmujące i obezwładniające poczucie (jak to Bourdieu wyraził) „nie panowania nad teraźniejszością”. A temu, komu teraźniejszość z dłoni się wymyka, brak z reguły odwagi i zdecydowania, by stawić czoło realiom w imię lepszej, bardziej ludzkiej alternatywy. Zamiast podjęcia takiego wysiłku, ludzie skłaniani są (i skłonni) do poszukiwania (jak to z kolei sugeruje Ulrich Beck) życiorysowych (prywatnych, jednostkowych) rozwiązań dla systemowych (zbiorowo wytwarzanych) kłopotów. Dla większości ludzi poszukiwania te są beznadziejne i nie obiecują sukcesu. Zadanie jest ponad ich siły.
Zadanie przerastające siły skłania do ostrożności: poczekam, zobaczę, jak się sprawy potoczą. Najlepiej nie krępować sobie rąk, wystrzegać się długoterminowego zaangażowania i obciążania hipoteki, unikać umów bez klauzuli natychmiastowego wypowiedzenia. Przy takiej postawie, formuła „nie miałem na to rady” brzmi szczerze. „Nie mogę, nie stać mnie na to” znaczy wówczas „rozum każe, by się przed tym powstrzymać”; postąpiłem, jak na rozsądnego człowieka przystało. Rozsądny człowiek nie będzie starał się dociekać źródeł zjawisk na ekranie oglądanych; bo i na co by się ich zrozumienie przydało, gdy zalecana postawa nie pozwala wziąć się z nimi za bary? Sięganie do źródeł wymagałoby przyjęcia odpowiedzialności większej niż „zdrowy rozsądek” dźwigać nakazuje – a w warunkach, gdy każdy winien szukać lekarstwa na własne kłopoty, i na własną rękę, niewiele, albo i nic zgoła, z przyjęcia odpowiedzialności by wynikło...

Kultura kasyna

Są to zaiste potężne przeszkody dla przerobu uzyskanej w mediach informacji w zrozumienie zbiorowej kondycji ludzkiej i sposobów jej zbiorowej naprawy. Piętrzą się one na drodze, którą podążyć by musiał widz, bierny świadek, by dotrzeć do roli osoby działającej i pozbyć się na dobre dręczącego uparcie poczucia winy moralnej, którego żadne usprawiedliwienia słowne, najbardziej nawet pomysłowe, nie zdołają stłumić na długo. Utrudniają one jeszcze bardziej stawienie czoła etycznemu nakazowi pozostawionemu zdaniem Hanny Arendt przez (właśnie zakończone, jak powiada kalendarz – ale czy można kalendarzowi ufać?!) „stulecie bezczynnych gapiów” (jak należałoby chyba tłumaczyć nie mające dokładnego odpowiednika w języku polskim pojęcie bystander).
Podjąć odpowiedzialność za wszystkie zbrodnie popełnione przez istoty ludzkie – tak, by żaden naród nie miał monopolu winy i żaden się nie wywyższał, a przyzwoity obywatel nie cofałby się ze zgrozą na widok niemieckich zbrodni pocieszając się „dzięki Bogu, ja taki nie jestem”, lecz uznałby, lęku pełen i drżenia, ogrom zła, do jakiego ludzkość jest zdolna; i walczyłby z tym złem odważnie i bezkompromisowo, gdziekolwiek by się pojawiło.
Nie mylmy widzenia ze zrozumieniem. Zdarza się, że widzenie rozumieniu przeszkadza miast pomóc. Potoki informacji mknące z telewizyjnych ekranów zalewają oczy, oślepiają. Ludziom unoszonym na falach wiadomości trudno się zatrzymać, zebrać myśli, zastanowić nad sensem tego, co przed oczyma przemknęło. Trudno dostrzec związek między jednym obrazem a drugim; następny obraz wymazuje poprzedni, zanim zdołał on zakrzepnąć w pamięci. Obrazy widać, nie ich związki; biała plama tam, gdzie winny być przyczyny. Spoza widoków głodujących nędzarzy nie dostrzeże się sposobów życia zdewastowanych przez rynkową konkurencję i pozbawionych wartości przez technologię, na jaką ich nie stać i technikę, na jakiej zastosowanie brak im środków. Obrazy trupów zaściełających pola bratobójczych rzezi przesłaniają „agresywny handel” śmiercionośną bronią. Widoki wychudłych i krwawiących ciał nie informują o ranach duchowych, o ludzkim upokorzeniu, o ciosach zadanych ludzkiej godności. Może to być błąd czy zaniedbanie redaktorów; wiadomości można by wszak inaczej zmontować. Ale analizy dogłębne nie są „dobrą telewizją” w znaczeniu nadanym temu pojęciu pod rządami statystyk oglądalności. Jak to ujął dyrektor jednego z telewizyjnych gigantów – wiadomości muszą być podawane jak kawa: gorące i mocne. 
Jak my wszyscy, gdy nas o coś oskarżają, telewizja ma czym się bronić. Na zaciekle konkurencyjnym rynku przyciągnięcie widzów do ekranów jest dla rozgłośni sprawą życia i śmierci. Co ważniejsze jeszcze: mknąc od jednego zdarzenia do drugiego i nie zatrzymując się na żadnym, ludzie decydujący o zawartości i stylu programów podążają tylko za powszechną tendencją współczesnej kultury, która „nastroiła” widzów na długo zanim operatorzy telewizyjni posiedli sztukę przetrwania. Żyjemy dziś, jak to George Steiner, bystry i cięty krytyk współczesnych obyczajów, zaobserwował – w „kulturze kasyna”. W kasynie czas poszatkowany jest na gry, z których każda startuje od nowa, niepomna poprzednich gier i niedbała o następne. W kulturze kasyna każda kolejna oferta obliczona jest na wywołanie maksymalnego wrażenia, ale i na natychmiastowe grzybienie. Czas jest tu najcenniejszą z wartości. Jak to pewien dziennikarz francuski zażartował – gdyby sprawa Dreyfusa wybuchła dziś, Emila Zolę zaproszono by do studia na czas wystarczający, by zakrzyknąć J’accuse! („Oskarżam”). Cokolwiek wymaga więcej czasu niż wychowani w kulturze kasyna zdolni są wytrzymać bez pokusy zmiany kanału, skazane jest na milczenie.
Myśl krytyczna pada pierwsza ofiarą kultury kasyna. W walce o zrozumienie świata, przewaga przeciwników jest miażdżąca.

Myśl globalnie, działaj lokalnie 

Niewątpliwą zasługą mediów jest to, że czynią nas wszystkich świadkami i pozbawiają nas prawa wymawiania się niewiedzą – stawiając nas w ten sposób, celowo czy mimochodem, przed wyzwaniem etycznym, jakie może (może!) wieść do moralnego przebudzenia. Jak dotąd niewiele jednak media uczyniły (niewiele uczynić mogły?), by pobudzić nas do wysiłku rozumienia, jakie warunkuje przeobrażenie niemego świadka zła w jego czynnego przeciwnika.
Strzeżmy się przed zrzucaniem winy na ludzi telewizji. Mogliby pewnie zrobić więcej niż robią i robić to, co robią, lepiej – ale do pewnych tylko granic. Przejrzenie mechanizmu zdarzeń i zrozumienie ich sensu jest warunkiem koniecznym działania, ale nie wystarczającym. Za niespełnienie tych innych, równie niezbędnych warunków oskarżanie mediów byłoby bezzasadne.
Głównym bodaj wśród owych innych warunków moralnego działania na ogólnoludzką skalę są instytucje zdolne słowo ciałem uczynić i przetopić intuicje moralne i ideały etyczne w skuteczny opór przeciw złu i skuteczną walkę przeciw upośledzeniu, upokorzeniu i biedzie; instytucje skrojone na miarę planetarnej dziś skali zadania.
Od zarania ery nowoczesnej rolę takich instytucji, choć na mniejszą, terytorialnie ograniczoną skalę, spełniały z mniejszym lub większym powodzeniem instytucje państwa-narodu. Globalizacja prowadzi jednak do rozwodu mocy (zdolnością do skutecznego działania) z polityką (ustalaniem celów działania, i jego podejmowaniem), stadła skojarzonego, zdawałoby się na wieki wieków, w demokratycznych instytucjach państwa-narodu. Egzystencja mieszkańców planety zależy dziś od mocy unoszących się w planetarnych, eksterytorialnych przestworzach i uwolnionych od skrępowań politycznych, a więc i od etycznego nadzoru; podczas gdy narzędzia polityczne wynalezione i doskonalone w epoce terytorialnych państw-narodów (jedyne, jakimi ludzkość jak dotąd dysponuje) nadają się tylko do „użycia na miejscu” – ich zasięg jest, jak dawniej, zamknięty w obrębie państwowych granic. Tradycyjne pytanie „co robić” odsuwa się dziś na plan drugi, wyparte przez inne, znacznie kłopotliwsze: „kto miałby to zrobić, gdybyśmy wiedzieli, co robić należy?”
Wydolność istniejących instytucji nie jest na miarę planetarnych spraw. Między (by posłużyć się terminami Manuela Castellsa) „przestrzenią przepływów” a „przestrzenią miejsc” (obszarem opłotków zawiadywanych przez administracje państwowe) zieje przepaść, której państwa-narody ani w pojedynkę, ani pospołu zasypać nie mogą. Ich alternatywy – organizacje nie-rządowe lub ponad-rządowe, odrzucające dziś modne do niedawna, a mylące hasło „myślmy globalnie, działajmy lokalnie” i nacelowane na działania w skali współmiernej z planetarnymi mocami wymagającymi okiełznania i demokratycznej kontroli, muszą dopiero dopracować się drogą eksperymentowania, prób i błędów, sposobów efektywnego działania. Niełatwe czeka ich zadanie – zważywszy solidarność oporu mocy globalnych, chciwych na łupy swawoli, i władz miejscowych, zazdrosnych o swe administracyjne uprawnienia.

Nikczemne pytania Kaina

Media – agencje informacji masowej – mogą pomagać bardziej niż to dotąd czyniły w rozumieniu opisanego tu (w wielkim skrócie) stanu rzeczy. Ale świat nie zmieni się po prostu dlatego, że lepiej pojmiemy jego mechanizmy. By przywrócić moc zasadom moralnym, jakiej uznania moce globalne jak dotąd odmawiają, nie wystarcza przebyć wąwóz oddzielający widzenie od rozumienia. Trzeba jeszcze przekroczyć przepaść między rozumieniem a działaniem, i to skutecznym. Intensywniejsze wytwarzanie informacji i przyśpieszenie jej obiegu same przez się tego nie zapewnią. 
Separacja i rozwód mocy i polityki licznymi są brzemienne następstwami. Jednym z najdonioślejszych następstw jest prywatyzacja moralności i jej obezwładnienie w walce ze złem w jego obecnym planetarnym wydaniu. Z bezsiły moralnego popędu rodzi się dramat jaźni moralnej. Wzrok się wyostrzył, umysł się z dnia na dzień bogaci – ale ręce są zbyt krótkie, by sięgnąć tam, gdzie serce się wyrywa. W perspektywie – planeta niegościnna dla moralności.
Ale są też powody do nadziei. W wypełnionym po brzegi zglobalizowanym świecie, w którym ocieramy się o siebie łokciami i deptania sobie po piętach uniknąć nie możemy, w którym losy każdego z nas od wszystkich zależą, gdzie wszyscy sobie nawzajem gwarantujemy, jak to Anglicy powiadają, vulnerability (wrażliwość na ciosy i podatność na zranienia), w którym wszyscy znaleźliśmy się w jednym czółnie i albo pożeglujemy zgodnie, albo razem pójdziemy na dno – po raz pierwszy bodaj w ludzkiej historii „instynkt samozachowawczy i nakaz moralny wskazują ten sam kierunek i doradzają to same postępowanie”. W tym tkwi bezprecedensowa szansa moralności.
Poczynając od nikczemnego Kainowego pytania „Azalim stróżem brata mego?” (pytania, z którego, w opinii Levinasa, cała niemoralność się poczęła), od Kainowego żądania, by mu wyjaśniono, dlaczego właściwie winien on bliźniemu współczuć, o bliźniego dbać i o jego los się troszczyć („Co mi z tego przyjdzie?”, „Cóż takiego on dla mnie zrobił, by na moją troskę zasłużyć?”), filozofowie etyczni zachodzili w głowę, jak dowieść zgodności, a przynajmniej braku nierozwiązalnej sprzeczności, między nakazem moralnym a interesem własnym. Trudzili się daremnie – żadnego z proponowanych rozwiązań nie uznali koledzy filozofowie za zadowalające i żadnemu nie szczędzili krytyk. Dla ludzkiego gatunku, pokawałkowanego na szczepy i plemiona zajęte własnym przetrwaniem i szczęśliwością własnego bytu, dbałość o cudzą godność i dostatek znaczyła głównie rezygnację z własnego dobra. Obowiązki moralne wymagały samopoświęceń, jakim interes własny stanowczo się sprzeciwiał.
Gdzie nie powiodło się filozofom, udało się historii... Usadziwszy mieszkańców planety ciasno obok siebie w tej samej łodzi, uprościła historia ich wybory. Mówcie do siebie, dbajcie o siebie nawzajem, dogadajcie się co do steru i sterników, wiosłujcie zgodnie – inaczej łódź zatonie i wy wszyscy, co do jednego, razem z nią. Ignorowanie nakazów moralnych może się okazać na krótką metę zyskowne, ale i ta szansa jest wątpliwa i ryzyka pełna. A na długą metę (a w erze supertechnologii długości czasowe gwałtownie się kurczą), lekceważenie powinności moralnej jest receptą na (zbiorowe) samobójstwo.
Można trwożyć się o losy ludzkości, której nigdy przedtem nie wypadło stawić czoła podobnej próbie. Ale możemy też żywić nadzieję: nigdy przedtem wspólnota człowiecza nie miała lepszej szansy na spełnienie. Wybór należy do nas. Media? Mogą zrobić niemało, by dopomóc nam w dobrym wyborze.


ZYGMUNT BAUMAN (ur. 1925 r. w Poznaniu) – jest socjologiem i filozofem, emerytowanym profesorem Uniwersytetu w Leeds (Wielka Brytania) i Uniwersytetu Warszawskiego. Autor ponad 40 książek tłumaczonych na kilkanaście języków m.in. „Nowoczesność i zagłada”, „Kultura jako źródło cierpień”. Publikowany tekst jest polską wersją odczytu wygłoszonego w Rzymie 7 listopada 2002 do biskupów włoskiego Episkopatu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 3 (2793), 19 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl